In vitro od kuchni
Oddział patologii ciąży. Na sześć zajętych łóżek pięć okupowanych jest przez kobiety zapłodnione igłą. Każda historia ciężka.

Oddział patologii ciąży. Na sześć zajętych łóżek pięć okupowanych jest przez kobiety zapłodnione igłą. Każda historia ciężka.
15 jajeczek
Lidka ma trzydzieści lat. Kiedyś już była w ciąży, ale maleństwo zabiła tarczyca, którą trzeba było, jak płód, usunąć. To było z innym facetem. Jej obecny ma problem ze spermą, co kosztowało ich dodatkowe wydatki i wysiłki, jakby samo in vitro nie wystarczyło.

Sześć miesięcy przed procedurą Lidkę zgodnie z zasadami zaczęto szpikować hormonami, aby pobudzić jajniki do wzmożonej produkcji. Skutków ubocznych? Tyle, że trudno wymienić od strasznych obrzęków i wypadania włosów zacząwszy. Potem codzienne badania USG, żeby określić moment owulacji i wreszcie pobranie. Partner poszedł dwie godziny wcześniej ulżyć sobie nad świerszczykiem w plastykowy kubeczek, jej pod narkozą wybrali długą igłą 15 jajeczek.
Od tego momentu życie zaczęło kwitnąć w probówce. W końcu udało się pomyślnie zapłodnić 9 komórek, dwie przeznaczono do wszczepu, resztę do zamrożenia na kolejne próby. Znowu szpital, znowu manipulacje w pochwie, ale wracasz do domu pewna, że nasionka są w tobie. Lidce utrzymało się jedno, co jest zwykle założeniem. Po sześciu tygodniach zaczęła krwawić, więc wylądowała w szpitalu - worek płodowy otacza duża skrzeplina. Szanse są 50/50. „Jak nie wyjdzie, to sprawimy sobie psa, więcej już tego nie zniosę” - mówi blada, mizerna dziewczyna w szpitalnej pościeli.
Niepewność
Marta i Kasia są jeszcze w fazie, że o ciąży nawet nie mówi się w tygodniach. Owszem zostały zaimplantowane przez jajeczka, ale ich ciała przyjęły to kiepsko. Straszne opuchlizny, jajniki wypompowane na 8 cm i wystające z brzucha jak guzy, płyn w jamie brzusznej. U Marty odkryli nawet wodę w płucach, więc cały czas jest na sterydach. Kasia wygląda jakby była w dziewiątym miesiącu.
Obie są pełne zapału i nadziei, Kasia skończyła zaledwie 24 lata, więc ma jeszcze kilka lat na starania. Bo wiadomo jak jest - tylko co drugiej udaje się za pierwszym razem. Marta ma nadzieję, że zagnieżdżą się oba jajeczka, bo chciałaby mieć dwójkę i wie, że dla niej lepiej załatwić całą sprawę jednym rzutem.
Dziewczyny siedzą w szpitalu dziesięć dni. Ciągle robią im badania, starają się zapanować nad hormonami i reakcjami immunologicznymi. Czy coś z tego będzie? Może, ale żaden lekarz nie chce obiecywać, bo na monitorze serduszka jeszcze wciąż nie widać.
Bliźniaki
Ola ma 36 lat i mówi, że jest już stara i dla niej to ostatni gwizdek. Gdy miała osiemnaście lat urodziła córkę w młodzieńczym, jednorocznym związku, z którego wyszła jako samotna matka. Po dziesięciu latach poznała nowego partnera i w końcu postanowili powalczyć o potomstwo. Naturalnie się nie dało, więc w grę ruszyły strzykawki. Pierwsza ciąża się nie przyjęła. Strach, łzy, zniechęcenie. W badaniach lekarze odkryli jednak poważną anemię i Olę przez rok leczono na krew.
Za drugim razem się udało. I to od razu podwójnie. Wielka radość, choć trzeba będzie dobudować piętro do domu. W ósmym tygodniu miny rzedną, bo Ola ląduje na patologii z krwawieniem. To przy bliźniakach częste - uspokajają lekarze. Wychodzi po tygodniu, kolejny miesiąc żyje jak staruszka ograniczając wszystkie zbędne ruchy, aby krwiak się lepiej wchłonął.
Teraz, w dwudziestym tygodniu, ląduje w tym samym łóżku z twardnieniem brzucha. Macica za szybko zaczęła się kurczyć, potrzeba kroplówek z magnezem. Ola się nie zraża i odbębnia kolejny szpitalny wyrok ze spokojem wyjadaczki. Wybiera w gazetach podwójne wózki, zastanawia się nad szerokością drzwi do supermarketu.
Walka
Rozmawiając z nimi nad szpitalnym bulionem w kubku nabieram do wszystkiego innej perspektywy. Dotąd macierzyństwo wydawało mi się wyzwaniem samym w sobie i roztrząsałam głównie trud decyzji o odstawieniu tabletek. Tutaj nagle stanęłam oko w oko z kobietami, dla których poświęcenie minimum pół roku życia na żmudne przygotowania do połączenia jajeczka i spermy jest największym błogosławieństwem. Od początku wiedzą, na co się piszą - że szanse są ograniczone, skutki uboczne częste, a ciąża po in vitro ma największe szanse na komplikacje. A mimo to się nie poddają, bez żalu rezygnują z pracy, seksu na kilkanaście miesięcy, urody, sportów, przyjemności. Coś nie pozwala nie wątpić, że będą z nich kiedyś świetne matki. Oby udało się tym razem.

