Balsam długiego pożegnania
Opowiadania Marka Huberatha osiągały na Allegro zawrotne ceny, teraz klasyk fantasta doczekał się wyboru the best of.


Do tej pory był autorem równie istotnym, co trudno dostępnym. „Balsam długiego pożegnania” nie wyczerpuje dorobku Huberatha, pisarza, którego każdy tekst jest wydarzeniem. Przynajmniej w pewnych kręgach: „Wrócieeś Sneogg”, „wiedziaam...”, „Kara większa”, „Ostatni, którzy wyszli z raju” wstrząsały nieodmiennie światkiem polskiej fantastyki, a do niedawna ludzie stawali na głowie, by je zdobyć – stare wydania Huberatha osiągały na Allegro zawrotne ceny. Książki dopełniają trzy nowe, niepublikowane teksty.
Fajnie, bo za sprawą chronologicznego ułożenia opowiadań da się prześledzić zmiany w myśleniu autora. Huberath, zdzierając sobie paznokcie, wygrzebuje się spod zwału trupów, okrucieństwa i pesymizmu w stronę światła bijącego z ostatnich opowiadań. Dalej też nie jest wesoło, ale może nie wszystko stracone. Problem w tym, że niemal narkotyczne okrucieństwo futurystycznej wizji „Wrócieeś Sneogg”, „wiedziaam...” i „Trzech kobiet Dona” rzuca przemożny cień na resztę. Autor się stara, samego siebie nie przełamie. Przyjemnie nie będzie i cześć.
Fantastyka brzydko się starzeje, pomysły – zwłaszcza w zakresie wizji przyszłości – bledną i po kilku latach. Tu jest inaczej, bo choć wizja posiwiała, broni się dramatyzmem samych sytuacji. Nie można też zapomnieć o klasie Huberatha – pisarza, który czysto literacko wspiął się na szpicę polskiej literatury popularnej. Werbalna siła jego prozy pozwala zapomnieć o kilku słabszych tekstach w środku tomu. Książka z tych, które się pochłania, a potem pyta: co ten facet ma w głowie?
Łukasz Orbitowski/ Przekrój
Marek S. Huberath „Balsam długiego pożegnania”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006

