Aishwarya Rai
Jest największą gwiazdą hinduskiego Bollywood. Dostaje dwie propozycje pracy dziennie.

Kiedy Robert De Niro zapytał ją o pierwszy wolny termin, usłyszał: „Za półtora roku”. Nam udało się porozmawiać z nią już teraz, na Słowacji, na planie filmu „Ostatni legion"
W Indiach jest obiektem zbiorowego szaleństwa, niemal kultu. Kiedy złamała sobie mały palec u nogi, informację o tym razem ze zdjęciem aktorki eskortowanej przez lekarzy zamieściły wszystkie ogólnokrajowe dzienniki. Pieszczotliwie mówią o niej „Ash”. Tylko skąd ta Ashmania?
Urodziła się w tradycyjnej, średnio zamożnej rodzinie na południu Indii. Ślicznotka z wzorowym świadectwem, najpierw chciała zostać architektem, a potem lekarzem. Do czasu, kiedy znajomi namówili ją na występ w wyborach miss. Wystąpiła i wygrała. W 1994 roku została Miss Świata. Potem nie było już mowy o studiach. Piękna modelka otrzymywała kolejne lukratywne kontrakty (została między innymi twarzą L’Oréala), które zresztą sama negocjowała. Szybko okazało się, że ma i talent, i głowę do interesów. Znakomicie potrafi pokierować swoją karierą. W ciągu kilku lat zagrała w blisko 30 filmach. Zaczęło się oczywiście od Bollywood, gdzie występowała u boku lokalnych bóstw ekranu. Jedno z bóstw, Salman Khan, został jej narzeczonym. Podejrzewany o kontakty z przestępczym półświatkiem Bombaju, podobno bił aktorkę i groził jej. Rozstali się w aurze skandalu. Gwiazda chyba dostała nauczkę, bo teraz na temat związków milczy jak zaklęta. Uśmiecha się, a pytania na ten temat komentuje jednym zdaniem: „To trafi do mojej autobiografii”. Zanim ta się jednak ukaże, plotkuje się, że Aishwarya zostanie kolejną dziewczyną Bonda. Póki co plotki się nie potwierdziły. Ale i tak Rai ma pełne ręce roboty i grafik wypełniony na najbliższe półtora roku. Pracowita, piękna i bardzo religijna, dla milionów Hindusów jest wzorem kobiety. Do tego założyła fundację i udziela się charytatywnie. Czy ma jakieś wady? Na razie nie stwierdzono..
Beata Sadowska: W Indiach masz status megagwiazdy. Jesteś już gotowa sprostać Hollywood?
Aishwarya Rai: Przylgnął do mnie tytuł „królowej Bollywood”, ale to tylko tytuł. Jako aktorka jestem zachłanna: chcę się uczyć, rozwijać skrzydła. I nie ma znaczenia, czy to się będzie działo w Indiach, czy za granicą. Hollywood to kwintesencja Ameryki, co nie oznacza, że to jest mój jedyny cel, jedyny kierunek. Mam oczy szeroko otwarte na cały świat, nie tylko na Stany Zjednoczone.
- Zapytam inaczej: wyobrażasz sobie, że na dobre porzucasz Bollywood?
Nie widzę takiej konieczności. Tak jak nie widzę konieczności przeprowadzki. Mogę nadal mieszkać w Indiach i pracować za granicą. Aktorzy i tak są jak Cyganie. Jestem włóczęgą, ciągle na walizkach. Jadę, gdzie każe mi jechać praca.
- Proponują Ci lukratywny kontrakt, ale rola mało ciekawa, masz być tylko ładną buzią. Odmawiasz?
Odmawiam, chociaż doskonale rozumiem, że film to obraz i tak jak wykorzystuje piękno natury, tak chce pokazać piękną kobietę czy przystojnego mężczyznę. To jest w porządku, ale mnie jako aktorce i jako kobiecie to nie wystarcza. Moja rola musi mieć sens, nie chcę robić za ślicznotkę.
- W Bollywood sceny erotyczne są zakazane. Wywołasz skandal w Indiach, jeśli w zachodnim filmie zaczniesz się całować?
Dyskusję na pewno! Na razie tylko udawałam, że się całuję w jednym hinduskim filmie, ale kiedy zrobię to naprawdę, uruchomię lawinę komentarzy.
- Boisz się krytyki?
Zawsze powtarzam: przekroczę most, kiedy już się na nim znajdę. Jeśli scena erotyczna będzie kluczowa dla filmu, zagram w niej. Jestem aktorką, a przed aktorami ciągle stawia się wyzwania.
- Colin Firth, z którym właśnie grasz, to perfekcyjny kandydat do „przeprowadzenia Cię przez most”. Jest sexy?
Lubię go jako aktora...
- Daj spokój, jest sexy czy nie?
Ma w sobie pewien niepokój, jakąś intensywność, to na pewno duża osobowość. To wszystko czyni go bardzo atrakcyjnym, interesującym. No i ma genialne poczucie humoru. Te przymrużone oczy i inteligentne dowcipy... Bez wątpienia działa na kobiety.
- Miss World, którą zostałaś w 1994 roku, na pewno wciąż działa na mężczyzn! Magazyn „Time” umieścił Cię wśród setki najbardziej wpływowych ludzi na świecie.
Honor i niespodzianka w jednym. Ale też poczucie odpowiedzialności. Na szczęście takie zaszczyty nie zagłuszają moich marzeń. Teraz odnoszę sukcesy jako aktorka, ale to tylko początek mojej podróży.
- Podróży dokąd?
Za wcześnie, jeszcze nie powiem. Na pewno jednak nie poprzestanę na aktorstwie.
- Myślałaś o zmianie nazwiska? W Hollywood połamią sobie na nim języki.
Nie widzę takiej potrzeby. Jak będą chcieli, nauczą się.
- Na razie nauczkę dostał Robert De Niro! Kiedy zapytał Cię o pierwszy wolny termin, odpowiedziałaś: „Za półtora roku”. No, ale jeśli ktoś dostaje dwie propozycje pracy dziennie...
...to jest potem strasznie zapracowany. Kiedy po zakończonych zdjęciach pytają mnie o przerwę, odpowiadam: „Tak, ale najpierw jeden film, drugi, trzeci...”
- A czas dla Ciebie, na miłość, dla najbliższych?!
W przerwach... Ciągle mam nadzieję, że będzie łatwiej, że będę miała mniej pracy i mniej zobowiązań, ale teraz - kiedy staram się łączyć karierę w Indiach z karierą zagraniczną - to niemożliwe. Już podpisałam kontrakty na cztery kolejne filmy. Ale nie narzekam: to mój wybór, nikt mnie do niego nie zmusza. Poza tym, kocham to, co robię.
- Tylko co z tą miłością?
Muszę jakoś godzić dwa światy: zawodowy i prywatny. Moi rodzice odwiedzają mnie na planach filmowych, kiedy tylko mają na to czas. Mamy więc kontakt i... to jest piękne.
- Czyli na miłość do mężczyzny nie ma czasu i póki co musisz zadowolić się miłością fanów. Britney Spears chyba Cię nienawidzi: w Internecie jest 17 tysięcy poświęconych Ci stron! Taka popularność przytłacza?
Cieszy, czasem onieśmiela, ale też dodaje odwagi. Jak każde uwielbienie...
Rozmawiała Beata Sadowska

