Koniec wiosny w Landckoronie fot. Wydawnictwo Nasza Księgarnia

"Koniec wiosny w Lanckoronie"

Zabawna i pełna ciepła opowieść o uczuciach, odważnych zmianach i urokach jedzenia.
/ 18.05.2011 11:17
Koniec wiosny w Landckoronie fot. Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Mężczyźni uwielbiają poręczne kobiety. Poręczne i wygodne jak neseserki – można się z nimi gładko wcisnąć do zapchanego wagonu metra, można pomajtać nimi od niechcenia, pogładzić ich lśniącą skórę i otworzyć je jednym ruchem ręki. Jest oczywiste, że nikt nie chciałby pchać się przez życie z wielką, pękatą walizką.
Magda nigdy by nie pomyślała, że zgodzi się z podobnym stwierdzeniem. Może miała tu i ówdzie mały nadmiar, ale lubiła siebie i swoją bujną figurę. A, co ważniejsze, ów nadmiar lubił również on – jej idealny mężczyzna.

Pewnego dnia jednak wszystko się posypało i Magda uznała, że nie ma wyjścia – musi wymienić garderobę na mniejszą, a ukochane przysmaki zastąpić zieleniną. Postanowiła więc wyjechać do malowniczo położonego miasteczka, by podjąć walkę ze zbędnymi kilogramami. Uzbrojona w sterty poradników o dietach, z zaplanowanym zestawem ćwiczeń, zdeterminowana, by po powrocie wbić się w seksowny kostium kąpielowy, czuła, że cel jest na wyciągnięcie ręki.
Nieprzewidziany wypadek jednak wszystko skomplikował…


O autorze:
Agnieszka Błotnicka
– urodziła się w 1966 roku w Warszawie. Po pięcioletnim związku z dziennikarstwem (praca w Radiu Zet) postanowiła zmienić coś w swoim życiu. W podjęciu tej decyzji pomógł jej amerykański scenarzysta Josh Selig, z którym pracowała nad polską wersją „Ulicy Sezamkowej”. Do dzisiaj pamięta wiele jego porad. Po scenariuszach do „Ulicy Sezamkowej” przyszły następne, między innymi do „Tata, a Marcin powiedział”, „Marzenia do spełnienia”, „Na Wspólnej”, „Rodziny zastępczej”, a ostatnio do „Ojca Mateusza”. Jak mówi, film to fabryka, w której piszący jest tylko jednym z trybów. Natomiast literatura daje jej wolność i niezależność. Jest cenioną autorką powieści dla dzieci i młodzieży (za „Kiedy zegar wybije dziesiątą” Polska Sekcja IBBY przyznała jej wyróżnienie w konkursie Książka Roku 2010). Lubi życie z wszystkimi jego smakami, ma słabość do Ronniego O’Sullivana, angielskiego snookerzysty, marzy o wakacjach w Toskanii i upiera się, że bez poczucia humoru nic nie ma sensu.



"Koniec wiosny w Lanckoronie", Agnieszka Błotnicka, Gatunek: literatura dla kobiet, proza polska, Wydawnictwo: Nasza Księgarnia


Rozdział 1
Trzęsienie ziemi


Zatrzymałam samochód przed wejściem do restauracji. Zahamowałam z takim impetem, że dwóch przechodniów z lękiem spojrzało w moją stronę. Sama się przestraszyłam. „Co się ze mną dzieje?”. Zacisnęłam dłonie na kierownicy. Upłynęło dobrych kilka minut, nim ruszyłam z miejsca.
Gdy przekraczałam próg, marzyłam tylko o jednym – by znaleźć stolik w najbardziej ustronnym miejscu, gdzie ukryję się ze swoim psychicznym rozkawałkowaniem i gdzie spróbuję złożyć do kupy tę garść skorupek, jaką się czułam. Najlepiej znika się w samotności, ale w mieszkaniu z pewnością padłabym na łóżko i zaniosła się spazmatycznym szlochem. Na spektakularną rozpacz zawsze znajdę czas – postanowiłam zostawić ją na potem.
Restauracja stanowiła idealne miejsce na chwilowe wytchnienie, oczywiście pod warunkiem że żadnemu z gości nie przyjdzie do głowy wbić we mnie wścibskiego spojrzenia. Twarze, z których można było wyczytać tragikomiczną historię, takie jak moja teraz, zawsze przyciągały uwagę.
Znalazłam miejsce przy oknie, w najdalszym kącie sali. Od sąsiedniego stolika oddzielała mnie potężna donica z jakimś zielonym wiechciem – cicha ostoja bezpieczeństwa. Rozważałam przez chwilę, czy nie podejść do baru i nie wyżalić się barmanowi, ale zrezygnowałam. Po pierwsze, za barem stała smutna kobieta, która nijak nie przypominała życzliwego spowiednika, a po drugie, takie zwierzenia zaanektowali dla siebie zdołowani faceci – opisy ich smętnie zwieszonych nad setką wódki głów i konfidencjonalne mruczenie odnotowano w tonach literatury i zarejestrowano na kilometrach taśmy filmowej.
Psychiczny ekshibicjonizm panów był usprawiedliwiony, mój – nie.
Zerknęłam w menu, czując się jak posąg z papier-mČché, symbol uchwyconej w biegu codzienności: „Kobieta z jadłospisem”. Czy w kartach restauracyjnych nie powinny znajdować się jakieś krzepiące zdania, wrzucone od niechcenia pomiędzy królika w burakach a halibuta na gorących prawdziwkach? Coś w stylu: „Nie martw się, jutro będzie gorzej”, „Nie ty jedna, nie ostatnia, a jeść trzeba”, „Głowa do góry, bo jeśli już doczołgałaś się do naszej restauracji, to chyba nie jest aż tak źle”?
Nie mogłam sobie przypomnieć, od czego się wszystko zaczęło. Jak doszło do tego, że siedziałam teraz w tej niewielkiej, gustownej restauracyjce na Mokotowie i za wszelką cenę próbowałam wziąć się w garść? Byłam pewna, że pierwsze sygnały nadchodzącej katastrofy musiały pojawić się znacznie wcześniej. Niestety tylko nieliczne dopuszczamy do świadomości. Zazwyczaj docierają do nas wtedy, kiedy już za późno na jakikolwiek ruch i pozostaje jedynie rozpaczliwe chwytanie haustów powietrza. Zresztą aby odczytać właściwie wszystkie te sygnały, musiałabym przeanalizować tysiące faktów – przesłanek – gestów, min, słów oraz przemilczeń. Może nawet stworzyłabym z tych elementów zgrabny emocjonalny landszaft, ale jako dzieło rażące dosłownością i tak wylądowałoby w śmieciach. Rzetelność stanowiła poza tym ostatnią rzecz, na jaką miałam w tej chwili ochotę. Mogłam jedynie skupić się na najbardziej wyrazistych znakach.
W restauracji panował spokój. Szum cichych rozmów wypełniał przestrzeń, poruszany wiatrem lufcik miarowo uderzał o framugę, a przez szerokie witryny wpadały smugi żywego wiosennego słońca. Trzymałam kartę jak koło ratunkowe, wiedząc, że dopóki ją dzierżę, kelnerka nie naruszy mojego terytorium. Kamienie nie składają zamówień.
Wieczorny powrót z Konstancina. To wtedy po raz pierwszy poczułam, że coś jest nie tak.
Wycieraczki pracowicie rozbijały strużki wody spływające po przedniej szybie samochodu, czarny asfalt lśnił w świetle reflektorów. Wydawało mi się, że jest świetnie. Deszcz szumiał, z radia sączyła się muzyka, a tuż obok siedział facet, o jakim marzyło wiele kobiet. Bo taki męski, taki seksy, trochę nawet drań. Damskiej zawiści towarzyszyła lekka irytacja, że wybrał akurat mnie – kobietę z nadwagą. Zupełnie niezrozumiała sytuacja. Niepokojąca. Jak fałszowanie młodzika z mutacją na oficjalnym występie chóru. No bo jak to? Przecież mężczyźni uwielbiają tylko poręczne kobiety. Lekkie i wygodne jak neseserki, z którymi można gładko wcisnąć się do zapchanego wagonu metra, pomajtać sobie nimi od niechcenia, pogładzić je i otworzyć jednym ruchem ręki. To oczywiste, że żaden nie chciałby się pchać przez życie z wielką pękatą walizą. Jeszcze kilka miesięcy temu stanowiłam żywe zaprzeczenie tego poglądu i dowód na to, że mężczyzna jest istotą bardziej skomplikowaną, niżby się zdawało. Może nie każdy, ale ten na pewno. Teraz moja pewność gdzieś się ulotniła. Jakich szukałam znaków? Przecież wszystko było oczywiste. Po prostu nie mieściłam się w dłoni.
– Podać coś do picia? – usłyszałam głos kelnerki.
– Tak, cappuccino.
Dziewczyna kiwnęła głową i odeszła w stronę baru. Natrętne pytania znowu zawisły nade mną jak chmura komarów. „Czyżbym coś przeoczyła? Kiedy zaszła w nim zmiana? Gdzie szukać przyczyny tego, co się stało? A może tu nie chodziło o moją niewymiarowość? Dlaczego przyszła mi do głowy ta droga z Konstancina?”. Zacznijmy jeszcze raz.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)