"Titanic II" - We-Dwoje.pl recenzuje

Amerykański przemysł filmowy potrafi naprawdę zadziwić. Zadziwić, że coś tak infantylnego, okropnego, źle zagranego i fatalnie zrobionego może znaleźć swoje miejsce na ekranach. Nawet tych telewizyjnych. James Cameron powinien się poczuć oburzony, że ktoś próbuje w tak okropny sposób zarobić pieniądze na zbudowanej przez niego filmowej legendzie.

Amerykański przemysł filmowy potrafi naprawdę zadziwić. Zadziwić, że coś tak infantylnego, okropnego, źle zagranego i fatalnie zrobionego może znaleźć swoje miejsce na ekranach. Nawet tych telewizyjnych. James Cameron powinien się poczuć oburzony, że ktoś próbuje w tak okropny sposób zarobić pieniądze na zbudowanej przez niego filmowej legendzie.

Tym bardziej, że historia napisana i wyreżyserowana przez Shane’a Van Dyke’a to tylko trochę zmodernizowana kopia scenariusza Camerona. Sto lat po tragedii oryginalnego Titanica, na morze rusza jego wierna kopia. Stylizowana na oryginał, jest jednak znacznie bardziej zmodernizowana; ma też odpowiednią ilość szalup ratunkowych, czego zabrakło w pechowym pierwowzorze. Na dziewiczą podróż, na pokład wsiadają możni tego świata, w tym także projektant statku Hayden Walsh i jego była dziewczyna Amy.

To właśnie o bezpieczeństwo Amy obawia się jej ojciec, chyba klimatolog (coś pomiędzy klimatologiem, a Jamesem Bondem), który jeszcze tego samego dnia powiadomiony jest o zmieniającej się dramatycznie sytuacji z topnieniem lodowca. Gdzieś (chyba na północy) odrywają się jego ogromne części. Kolejna nie tylko podróżuje po oceanie, ale wywołuje też tsunami. A gdzie miałoby ono iść jak nie na kolejną, niezatapialną łódź stulecia?

Głupie, głupie, głupie! Na dodatek fatalnie zagrane, źle zrobione, a zmontowane chyba na przedpotopowym PC-ecie kuzyna reżysera. W Paincie! Van Dyke jest najwyraźniej wielkim fanem twórczości Camerona, bo oprócz bezpośrednich zapożyczeń z „Titanica”, są też niemalże takie same dialogi i sceny z równie legendarnej „Głębi”. Niestety Dyke ma do dyspozycji jedynie budżet równy zakupom na obiad oraz aktorów z ostatniej ligi aktorskiej hierarchii. Drewniani są wszyscy, nawet bardzo dobry aktor Bruce Davison, który tutaj chyba zdaje sobie sprawę, że gra w szmirze i musi dostosować się do ogólnie panującego poziomu. Wszystko jest robione przez kalkę, dialogi wydają się być żywcem wyjęte z brazylijskich telenoweli, a efekty specjalne wołają o pomstę do nieba. Ten zrobiony w garażu model statku! To tsunami lane z konewki, miejscami narysowane na kartce! I te głupoty, jak zatamowywanie krwotoku kartą kredytową! Ale cóż, trudno się dziwić, w końcu całość powstała pod sztandarem studia Asylum, znanego z bardziej niż tylko tandetnych podróbek. Pozostaje więc tylko zacytować jedną z licznych opinii, na jakie trafiłam przeglądając portale filmowe, idealnie podsumowującą całe to „dzieło”. „Czekałem z niecierpliwością kiedy ten film się skończy, na koniec myślałem że wyskoczy Godzilla z tej wody, a za nią Chuck Norris, może by jakoś na koniec uratowali ten gniot”. Na koniec polecę jeszcze, całkowicie szczerze i bez ironii, robiący w sieci furorę trailer do kolejnego Titanica. Zmontowane z różnych filmów, niespełna 5-minutowe dzieło i propozycja na kolejny film to rozrywka znacznie większa niż cały film Van Dyke’a. Uff… Naprawdę trudno było wytrzymać.

Fot. Filmweb

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)