"Pożyczony narzeczony" - We-Dwoje.pl recenzuje

To dość zgrabna, sprawnie zrobiona ekranizacja książki Emily Giffin. Całość jest bez wątpienia znacznie lepsza niż setki, produkowanych taśmowo komedii romantycznych, chociaż to na pewno nie jest arcydzieło. To jedynie, a może aż, całkiem przyzwoite kino na niedzielne popołudnie. I bardzo dobrze wydane pieniądze.
/ 13.06.2007 08:46

To dość zgrabna, sprawnie zrobiona ekranizacja książki Emily Giffin. Całość jest bez wątpienia znacznie lepsza niż setki, produkowanych taśmowo komedii romantycznych, chociaż to na pewno nie jest arcydzieło. To jedynie, a może aż, całkiem przyzwoite kino na niedzielne popołudnie. I bardzo dobrze wydane pieniądze.

Rachel (Ginnifer Goodwin) obchodzi właśnie 30 urodziny. Przyjęcie wyprawia jej najlepsza przyjaciółka Darcy (Kate Hudson), która niedługo bierze ślub z przyjacielem Rachel, Dexem. W dniu przyjęcia, upojeni alkoholem, Rachel i Dex lądują ze sobą w łóżku. Przerażeni tym co się stało, odsuwają się od siebie, tylko po to aby powoli zrozumieć, że łączy ich coś znacznie więcej niż tylko przyjaźń. Wygląda na to, że nie uda się wybrnąć z tego impasu bez zranienia kogoś bardzo bliskiego. Czy warto walczyć o coś, co jest najwyraźniej prawdziwą miłością czy też może przyjaźń powinna wziąć górę?

Już na starcie było kilka dobrych argumentów, żeby ten film obejrzeć. Film Luke’a Greenfielda to adaptacja bardzo ostatnio popularnej i modnej autorki Emily Giffin. Giffin pisze książki dość do siebie podobne, niemalże wszystkie opowiadające o życiu kobiet, uczuciach i odnajdywaniu siebie. Jej plusem jest to, że nie popada w schematy. Nie szuka tanich rozwiązań czy mających zadowolić wszystkich happy endów. Być może dlatego ta książka („Coś pożyczonego”) jest tak dobrym tematem do adaptacji, a film doskonale się ogląda. Greenfield wykorzystał do maksimum możliwości dość zdolnych aktorów, na pierwszy plan wysuwając kobiety. Spokojna ale zdeterminowana Ginnifer Goodwin doskonale kontrastuje z szaloną Kate Hudson, która w tym filmie osiąga wyżyny aktorskie równe jej początkom z „U progu sławy”. Być może dzięki swojej postaci, być może dzięki swoim umiejętnościom, ale to właśnie Hudson jest w tym filmie najlepiej widoczna. Pozornie głupia, nadmiernie ekspansywna, w gruncie rzeczy pokazuje inne swoje oblicze. To jej losy są tymi, które śledzimy z największym zainteresowaniem. Paniom partnerują słabsi od nich panowie, uroczy John Krasinski i najsłabszy ze wszystkich Colin Egglesfield.

Ale nawet aktorzy polegną bez wytycznych scenariusza. Ten do „Pożyczonego narzeczonego” napisała Jennie Snyder, autorka scenariusza do uroczych, pełnych klimatu i prześmiesznych „Kochanych kłopotów”. I to właśnie ona stworzyła klimat całej tej opowieści. To dzięki niej postacie nabrały życia, dialogi humoru i to właśnie dzięki niej my przejmowaliśmy się historią bohaterki, która stoi przed problemem, z którego nie ma dobrego wyjścia. Jest w tym filmie kilka bardzo trafnych spostrzeżeń co do codziennego życia w związku, jest kilka porządnie skonstruowanych refleksji odnośnie ludzkich relacji. Jest sporo dobrego humoru, takiego ludzkiego, nie powodującego odruchów wymiotnych u widza. Jest wreszcie kilka momentów do autentycznego wzruszenia. To porządny, sensowny, miejscami doskonały film o życiu i problemach. Prawdziwych, ludzkich, tych, które mogą spotkać i często spotykają nas samych. Niespełna dwie godziny mija w oka mgnieniu. Panie i panowie, ustawiajcie się w kolejce po bilety.

Fot. Filmweb

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)