POLECAMY

"Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu" - We-Dwoje.pl recenzuje

Dokumenty nie zamydlają oczu spektakularnymi efektami specjalnymi. Nie wyciskają łez przesadnie ckliwymi scenami. Nie czarują widza misternie uszytymi kostiumami. Są do bólu prawdziwe, bowiem w centrum uwagi stawiają niezwykłe problemy zwykłych ludzi, którzy swoją postawą zmieniają świat na lepsze.

Dokumenty nie zamydlają oczu spektakularnymi efektami specjalnymi. Nie wyciskają łez przesadnie ckliwymi scenami. Nie czarują widza misternie uszytymi kostiumami. Są do bólu prawdziwe, bowiem w centrum uwagi stawiają niezwykłe problemy zwykłych ludzi, którzy swoją postawą zmieniają świat na lepsze.

Rupert Isaacson oraz jego żona Kristin są takimi cichymi bohaterami. Są wzorem godnym do naśladowania. Gdy u ich kilkuletniego synka Rowana zdiagnozowano autyzm, Rupert i Kristin nie poddali się.

Każdego dnia staczali walkę z niekontrolowanymi atakami histerii oraz tymi bombowymi w majtkach. Starali się pojąć autystyczny bełkot syna, aby lepiej zrozumieć jego potrzeby. Próbowali leczyć go konwencjonalnymi metodami, lecz gdy odkryli dobroczynny wpływ koni oraz szamanów na zachowanie Rowana, ani chwili nie wahali się zamienić swojego dotychczasowego trybu życia na koczowniczy, a wygodnych łóżek na mało wygodne karimaty. Zebrali ekipę filmowców i razem z nimi wyruszyli w magiczną podróż przez mongolskie stepy, aby odnaleźć szamana, który uzdrowi Rowana, a przynajmniej sprawi, że chłopiec zacznie w końcu korzystać z toalety. Choć brzmi to jak wyczarowana przez hollywoodzkich scenopisarzy bajka, dokument ten jest autentycznym zapisem owej podróży. To profesjonalnie zrealizowany film okraszony cudnymi zdjęciami Michela O. Scotta oraz melancholijną muzyką Kim Carroll oraz Lili Haydn, która delikatnie wtopiła się w tą krzepiącą, pełną nadziei opowieść o sile rodzicielskiej miłości i cudzie, tak jest, najprawdziwszym w życiu cudzie, o czym z pewnością wiedzą wszyscy ci, którzy sięgnęli już po książkę Ruperta Isaacsona (pojawiła się pod tym samym tytułem nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia).

"Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu"

"Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu"

W książce dzieje się oczywiście więcej niż w filmie. Rupert Isaacson bardziej szczegółowo dzieli się swoimi przemyśleniami towarzyszącymi mu podczas podróży i nie tylko. Wprawnym piórem prowadzi żywą, wolną od banału i patosu narrację. Film nie jest jednak książką. Powinien być odpowiednio wyważony i pozbawiony fabularnych dłużyzn, aby nie zanudzić widzów na śmierć. I taki właśnie jest obraz „Opowieści ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu”. Momentami przerażający (sceny histerii Rowana), w gruncie rzeczy mający bardzo pozytywny wydźwięk, przekraczający z pozoru nieprzekraczalne granice. Gloryfikujący konwencjonalne metody leczenia sceptycy prawdopodobnie podejdą do niego z przymrużeniem oka. Uważam więc, że obraz ten najbardziej docenią ci, którzy wyzbyją się tego zachodniego myślenia, by dać się ponieść tej ujmującej opowieści.

Życie pisze najlepsze scenariusze, choć nie zawsze takie, jakbyśmy chcieli. Na przykładzie Ruperta, Kristin i Rowana widać jednak, że nawet ten najczarniejszy może zakończyć się happy endem. Trzeba tylko chcieć i wierzyć, że wszystko skończy się dobrze. „Opowieści ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu” to przepiękny film, który koniecznie trzeba zobaczyć.

Fot. horseboymovie.com

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)