"Niebo nad Sacharą" fot. Kino Świat

"Niebo nad Saharą"

Wielka przygoda i wielkie uczucie w niebezpiecznych warunkach. Zniewalająca Marion Cotillard i zbuntowany Guillaume Canet w filmie opartym na bestsellerowej powieści Sylvaina Estibala.
/ 06.07.2011 10:56
"Niebo nad Sacharą" fot. Kino Świat
Francuska Sahara, rok 1933. Gdy samolot słynnego pilota Billa Lancastera ginie w trakcie lotu z Londynu do Kapsztadu, jego partnerka – nieustraszona łowczyni przygód Marie ValliŹres de Beaumont (Marion Cotillard) – wyrusza na poszukiwanie ukochanego. Zmuszona do lądowania na terytorium Algierii, pilotka bezskutecznie zwraca się o pomoc do dowódców wojsk francuskich, zmagających się z buntem miejscowych plemion Tuaregów. Jedynym sprzymierzeńcem podróżniczki okazuje się skłócony ze zwierzchnikami pułkownik Antoine Chauvet (Guillaume Canet). Nie mogąc odwieść Marie od niebezpiecznej podróży w samo serce malowniczej, acz morderczej pustyni, Antoine zabiera ją w kolejną, ryzykowną misję na terenie wroga. Wyprawa będzie ostatnią szansą na odkrycie zaskakującej prawdy o losie Lancastera, ale także początkiem wielkiego uczucia, które połączy dwie niepokorne dusze
w bezkresnych piaskach Sahary.

Zobacz zwiastun filmu:




Wywiad z reżyserem filmu Karimem Dridi

Jak się narodził pomysł na ten film?

Film ten narodził się z mojego spotkania z pustynią w 2003 r. w Timinoun, na południu Algierii. Po powrocie rzuciłem się do księgarni, by zgłębić temat. Zaproponowano mi książki Le ClŹzio, bardzo znane, oraz „Le dernier vol de Lancaster”, pierwszą powieść Sylvaina Estibala wydaną przez wydawnictwo Actes du Sud. Powieść oparta była na prawdziwej historii Billa Lancastera, którego samolot rozbił się w samym sercu Sahary w 1933 r., gdy próbował pobić rekord oraz jego narzeczonej Chubbie Miller, która wyruszyła na jego poszukiwanie.

Dlaczego postanowił pan odejść od powieści Sylvaina Estibala?
Postać Billa Lancastera interesowała mnie mniej, niż osoba jego kochanki.
Z Pascalem Arnoldem wymyśliliśmy sobie, że Marie ValliŹres de Beaumont będzie szukać swojego kochanka na pustyni, lecz ostatecznie znajdzie innego mężczyznę. Moim pragnieniem było stworzenie filmu historycznego i romantycznego, ale bez typowych dla tego gatunku scen. Nie chciałem, na przykład, budować struktury wokół miłości od pierwszego wejrzenia, rosnącego miłosnego napięcia i przewidywalnego uwieńczenia, gdy dwoje kochanków splata się w gorących piaskach malowniczej pustyni. Chciałem zrobić film o dwójce ludzi, którzy idą, bliscy wyczerpania, w poszukiwaniu Lancastera i powoli poddają się, by w końcu zaakceptować swoją nieuniknioną miłość.
„Lot na Saharą” jest filmem romantycznym, który opowiada historię dwojga ludzi, nie mających ze sobą nic wspólnego, ale odkrywających podczas kataklizmu, że mogą się nawzajem uratować. On znajduje powód, by być z nią. A ona zdaje sobie sprawę, że pomimo swojej miłości do Billa, jest w błędzie. Dla mnie ten film zadaje egzystencjalne pytanie: jaka jest różnica między pragnieniem miłości, a prawdziwym uczuciem. Nie ma jasnej odpowiedzi, ale Antoine i Marie zadają sobie to pytanie. Okoliczności zmuszają ich do tego i mam nadzieję, że wraz z nimi czynią to widzowie.
Guillaume Canet doskonale streścił przesłanie filmu: trzeba zawsze iść do przodu w nadziei znalezienia czegoś, a nawet jeśli nie znajdzie się tego, czego się szuka, to znajdzie się coś innego. Trzeba iść, by żyć.

Powściągliwość, która cechuje relacje między Antoinem, a Marie jest odważnym posunięciem. Czy wahał się pan przed dokonaniem tego wyboru?
Specjalnie nie mnożyłem scen miłosnych między bohaterami, by kulminacyjnym momentem tej historii mogło być ich ostateczne zespolenie fizyczne i duchowe. Nie ma sceny miłosnej, lecz jedynie pocałunek. Jeden, jedyny pocałunek, który jest dla Antoine’a życiodajny, gdyż Marie podaje mu życie (wodę) zanim go pocałuje. Film kończy się w momencie, gdy zaczyna się ich historia. Scena miłości fizycznej wydawała mi się nie na miejscu, gdyż chciałem jedynie pokazać bardzo zmysłowy, lecz nie seksualny moment, gdy dwoje ludzi się ledwie dotyka. To naturalne. Marion znalazła idealne słowa, by opisać film: „to zacisze domowe bez ścian”! Intymny film na bezkresnej pustyni.

Wyruszają samotnie na pustynię Ténéré. Czy są w pełni świadomi szaleństwa, które popełniają?
Czyż absolutna miłość nie jest trochę samobójcza? Nigdy nie uważałem, że Marie chce umrzeć. Według mnie, jest przekonana, że będzie w stanie odnaleźć swojego ukochanego ryzykując nawet życiem. To takie ekstremistyczne zachowanie. Antoine  natomiast, doskonale zna niebezpieczeństwa Ténéré, ale również nie może się wycofać. Nigdy nie będzie Tuaregiem, a po zerwaniu z armią czuje się zupełnie zagubiony. Poszukiwania Marie nadają sens jego dezercji, nawet jeśli musi wiele ryzykować.

Czy rola Marie dla Marion Cotillard była z góry przesądzona?
Były trzy ważne spotkania: pustynia, powieść Sylvaina Estibala i to przesądzające o wszystkim, z Marion Cotillard. To było przed rozdaniem Oskarów, mieliśmy się spotkać na 10 minut, a trwało to półtorej godziny. Nie zamierzałem jej opowiadać „Lotu nad Saharą” ale wydawała się tak zainteresowana, że opowiedziałem do końca historię. Po naszym spotkaniu powiedziała swojemu agentowi, że to będzie jej pierwszy francuski film po „Niczego nie żałuję – Edith Piaf”. Byłem nie tylko zaszczycony - jej udział w tym filmie nadał mu wymiar, o którym nawet nie śniłem. Razem z Guillaumem walczyli jak lwy, żeby ten film został nakręcony. Nie udałoby się bez ich determinacji. Nie robili tego dla moich pięknych oczu, sądzę, że w tej historii zobaczyli cząstkę siebie.

Czy praca z oscarową aktorką była dużym wyzwaniem?
Marion jest obecnie u szczytu sławy, ale nie sądzę, by Oskar gruntownie zmienił jej styl pracy. Marion jest wirtuozem, wielką aktorka, która doskonale zna swój instrument artystyczny. To aktorka perfekcjonistka, która niesamowicie dużo pracuje. Gdy już wszystko zostanie dopowiedziane, odgrywa scenę w sposób niesamowity. Tak jak przy „Niczego nie żałuję…”, całkowicie żyła postacią Marie. Absolutnie nas zamurowało jak zagrała ostatnią scenę w filmie.

Powierzając rolę Antoine’a Chauveta Guillaumowi Canetowi, zdublował pan w filmie parę, która jest razem w rzeczywistości. Czy to było zamierzone?

Wręcz przeciwnie. Kręcenie z parą nigdy nie jest proste: mówisz do jednego, oboje odpowiadają. Marion i Guillaume są niesamowicie zgrani, byli cały czas razem, bardzo solidarni. Ale poza tą okolicznością, szybko zauważyłem, że kamera chwyta ich spojrzenia, ich prawdziwe uczucia. Chwilami Marion i Guillaume nie grali. Oni się naprawdę kochają i na ekranie pojawiają się prawdziwe uczucia, rzadkie, wyjątkowe.

Jak Guillaume Canet pojawił się w filmie?
Z początku nie myślałem o Guillaumie. Dopiero, gdy zobaczyłem go w „Les Liens du Sang”, pomyślałem sobie, że ta rola mogłaby do niego pasować. Wiedziałem od Marion, że jest zainteresowany. Trzeba podkreślić, że postać Antoine’a Chauveta jest wyjątkowo złożona: to łowca przygód, niesamowicie współczesny żołnierz. Zrozumiał jako pierwszy, że kolonialna Francja wprowadza zamęt w okupowanym regionie.

Kim byli ci francuscy żołnierze?
To byli prawdziwi awanturnicy, którzy opuszczali swoje strony, by żyć na pustyni innym życiem. Można by ich porównać do odkrywców, którzy ruszali ku nieznanym i tajemniczym obszarom. Jechali na pustynię, tak jak później ludzie mieli ochotę lecieć na księżyc. Epopeja tych francuskich żołnierzy jeżdżących na wielbłądach była mało wykorzystywana w kinie. Poza „Fort Saganne” Alaina Corneau, którego akcja toczy się przed I wojną światową. Dobrze jest wykorzystywać swoje dziedzictwo narodowe. Amerykanie nie bali się tego zrobić z kowbojami i Indianami. Dzięki temu mają doskonałe westerny. My też mamy nasze pustynne westerny w kepi i turbanach. Jeśli chodzi o estetykę, wygląda to zupełnie nieźle!

Zależało panu, by historyczny kontekst tej historii miłosnej, a mianowicie kolonizacja francuska na Saharze w latach trzydziestych, był wyjątkowo dokładnie przedstawiony.
„Lawrence z Arabii”, „Indochiny”, „Pod osłoną nieba”, „Fort Saganne” … wiele filmów mówi o kolonizacji, ale Afrykańczycy czy Azjaci są tam przede wszystkim statystami. Dla mnie jest nie do pomyślenia, że mógłbym Berberom i Tuaregom nie dać prawdziwych ról, nie popadając przy tym w nadmierne uproszczenie. Przeciwstawianie dobrego Czarnego i złego Białego jest równie upraszczające jak odwrotna sytuacja. Nic nie jest oczywiste, nawet jeśli, moim zdaniem, nic nie usprawiedliwia kolonizacji. Wszystkie postacie w filmie mają swoje przekonania i bronią ich uczciwie. W trakcie przygotowań, znalazłem przykład francuskich żołnierzy, którzy nauczyli się lokalnych języków, zbliżyli się do nomadów, by lepiej się nimi porozumiewać. Byli też tacy, którzy nie chcieli nawet próbować. Jedni i drudzy istnieli. „Niebo nad Saharą” nie jest filmem politycznym, który krytykuje kolonizację. On ją pokazuje ale nie ocenia.

Chciał pan koniecznie kręcić z prawdziwymi Tuaregami. Dlaczego to było takie ważne?
To prawdziwi nomadowie z Mali, którzy przyjechali na miejsce zdjęć po dwunastodniowej podróży terenówkami. Już sama ta podróż mogłaby być niezłym filmem dokumentalnym. Dla mnie ważna jest prawda, zarówno w kostiumach, jak i w rekwizytach z epoki. Jesteśmy na granicy filmu dokumentalnego. Lubię w filmie łączyć rzeczywistość z fikcją. Podobnie jest przy samej dystrybucji, mieszam gwiazdy i mniej znanych aktorów, profesjonalistów i amatorów.

Jednym z odkryć filmu jest Guillaume Marquet.

Guillaume Marquet jest wspaniałym aktorem teatralnym. Wzruszam się za każdym razem gdy go oglądam na scenie. Będzie o nim jeszcze głośno. Alain Corneau już go zatrudnił do następnego filmu.

Dlaczego film był kręcony w Maroku, w Merzouga?

Mieliśmy kręcić w Nigrze, lecz z różnych powodów nie wyszło. Ostatecznie wybraliśmy Merzougę, przy granicy algierskiej. Na stosunkowo niewielkim obszarze można tu znaleźć olbrzymie wydmy i różne pustynne krajobrazy. Piękno tych krajobrazów podkreślone przez światło Antoine’a Monoda – bratanka jednego z największych znawców Sahary Theodore’a Monoda – naprawdę zachęca do podróży, oderwania się.

Zażyczył pan sobie, żeby przez kręceniem, część ekipy przeszła na miejscu, w Maroku, przygotowanie artystyczne. Dlaczego?
We Francji faworyzuje się przygotowanie techniczne nad artystycznym. Nie mamy w zwyczaju przywozić aktorów kilka tygodni przed rozpoczęciem zdjęć, by trenowali, uczyli się jeździć na wielbłądzie, żyli pod namiotem. Mieliśmy szczęście, że mogliśmy tak właśnie zrobić. To 90% sukcesu filmu. Poza tym aktorzy musieli być wiarygodni jako żołnierze jeżdżący na wielbłądach i pustynni awanturnicy.

Z czego jest pan najbardziej zadowolony w filmie?

Cieszę się, że ten film jest mi bliski; jestem szczęśliwy, że udało się nam go nakręcić. Jak również, że mogłem zrobić film tego typu z dwoma bardzo znanymi aktorami i to zaledwie rok po realizacji „Khamsa” z młodym Cyganem z Marsylii. Zawsze chciałem przeskakiwać między filmami niskobudżetowymi, społecznie zaangażowanymi,
a filmami romantycznymi i przygodowymi, nie zdradzając przy tym mojej jedynej religii - Kina! We Francji szufladkowanie jest bardzo silne. Mam nadzieję, że nadal będę mógł robić filmy, które czuję, nie zastanawiając się, czy to film autorski czy wysokobudżetowy.

W filmie występują:

MARIE - MARION COTILLARD
ANTOINE - GUILLAUME CANET
VINCENT - GUILLAUME MARQUET
SAžDOU - SAžDOU ABATCHA
LOUIS - FRÉDÉRIC EPAUD
VASSEUR - MICHAŤL VANDER MEIREN
TCHALOU - NABIL IMTITAL
AMANA - HALIMATA GRAILLE
ADOUA - MOHAMED KOUNDA
LIMANE - MOHAMED IXA

"Niebo nad Saharą", Reżyseria: Karim Dridi, Produkcja: Francja 2009, Czas trwania: 94 min., Premiera filmu: 8 lipca 2011
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)