Kto sieje strach?

"Zodiak" Davida Finchera. Morderca odchodzi w mrok z miejsca zbrodni. "Mogliście mnie wtedy złapać" – napisze w kolejnym liście.
Do kin wchodzi kolejny film o Zodiaku. Sprawca morderstw sprzed paru dekad do dziś rozpala wyobraźnię twórców, może dlatego, że nigdy nie zakończył gry, którą kiedyś zaczął. Stworzył nawet własne logo - kółko z krzyżykiem, jak w celowniku broni.




"Czekam na dobry film o sobie. Ciekawe, kto mnie zagra" – napisał w swoim ostatnim liście do prasy z kwietnia 1978 roku Zodiak, człowiek, który na przełomie lat 60. i 70. siał postrach w San Francisco i okolicach. Ostatecznie doczekał się nie tylko filmów, ale też książek, komiksów, a nawet piosenek na swój temat. Do kin wchodzi właśnie świetny "Zodiak" Davida Finchera pokazujący koszmar sprzed paru dekad z perspektywy trzech mężczyzn ogarniętych obsesją na punkcie wytropienia nieuchwytnego zabójcy: detektywa Dave’a Toschiego (kapitalny Mark Ruffalo), dziennikarza śledczego Paula Avery’ego (Robert Downey Jr) i rysownika Roberta Graysmitha (Jake Gyllenhaal).
Seryjni mordercy to jeden z ulubionych motywów kultury popularnej: zapraszają do wyprawy w najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy, a przede wszystkim dają złu twarz. Pozwalają je nazwać, zdiagnozować, osądzić i ukarać. A w efekcie wszyscy możemy odetchnąć z ulgą i znów uwierzyć w sprawiedliwość.
Problem z Zodiakiem polega na tym, że on nie ma twarzy.

Pomścić króliczka
Tożsamości człowieka, który przypisywał sobie 37 morderstw (policja wiąże z nim siedem ofiar, spośród których dwie cudem przeżyły), do dziś nie udało się ustalić. Śledztwo nigdy zresztą nie zostało ostatecznie zamknięte, nowe techniki policyjne pozwalają bowiem rewidować zebrany przed laty materiał dowodowy, choćby listy wysyłane do trzech redakcji w San Francisco przez mężczyznę podpisującego się "Zodiak".
Pierwszy z nich trafił do dziennikarzy w sierpniu 1969 roku i zawierał przyznanie się do zbrodni oraz zaszyfrowaną wiadomość – miała ona skrywać jego tożsamość – z żądaniem opublikowania jej na czołówkach gazet. Tak rozpoczęła się trwająca wiele miesięcy spektakularna gra między gazetami, policją i głodnym sławy przestępcą, który słał kolejne groźby i żądania. Niezliczone poszlaki, tropy prowadzące donikąd, podejrzani, którzy drwili z policji, i wreszcie inteligentny, przebiegły i nieuchwytny morderca. Czy kino mogło wymarzyć sobie lepszy scenariusz?
Zodiak pojawił się na ekranie błyskawicznie, bo już w 1971 roku, kiedy śledztwo szło pełną parą. Niskobudżetowy "Zodiac Killer" Toma Hansona do dziś uwielbiany jest przez fanów filmowych kuriozów. Sprawcą serii okrutnych zabójstw ukazanych na ekranie nadzwyczaj realistycznie okazuje się bowiem poczciwy listonosz, miłośnik białych króliczków. To właśnie śmierć jednego z futrzanych podopiecznych doprowadza go do furii i popycha do kolejnych zbrodni.
– Powinniśmy wszyscy umierać ze strachu, że pewnego dnia jakiś psychopata zastuka do naszych drzwi. W końcu świat jest pełen szaleńców oczekujących na swoją szansę – rozszyfrował mało pocieszające przesłanie dzieła jeden z recenzentów. Inni z kolei dziwili się, że prawdziwy Zodiak nie zastukał do drzwi reżysera i scenarzysty.
Powstała nawet intrygująca teoria – niepotwierdzona oficjalnie ani przez ekipę, ani przez policję – że "Zodiac Killer" powstał jako wabik na mordercę, który niechybnie pojawiłby się na jednym z seansów. Brzmi to jednak raczej jak rozpaczliwa próba obrony słabego filmu.



Ale jeszcze w tym samym roku Zodiak został, choć tym razem pośrednio, bohaterem kultowego "Brudnego Harry’ego" Dona Siegela. Wzorowany na mordercy z San Francisco Scorpio (Andy Robinson) podobnie jak Zodiak wysyła zaszyfrowane listy do redakcji i podobnie jak on grozi porwaniem autobusu szkolnego i zabiciem dzieci. U Siegela Scorpio dokonuje zresztą porwania, tyle tylko, że na jego drodze staje nieobliczalny glina, niejaki Callahan (Clint Eastwood), i paroma celnymi strzałami likwiduje kłopot, rzucając chwilę wcześniej parę równie celnych grepsów.
Sprawa Zodiaka też miała swojego Callahana, którym był prowadzący śledztwo detektyw Dave Toschi. Chociaż nie udało mu się wytropić zabójcy (w końcu został odsunięty od sprawy), dla wielu był bohaterem. Wzorował się na nim sam Steve McQueen, przygotowując się do roli zbuntowanego policjanta w "Bullitcie". McQueen nie tylko spotkał się z Toschim, ale na potrzeby roli zamówił sobie nawet kopię jego szelek na broń. Toschi powrócił na ekran w 1996 roku w filmie "The Limbic Region" jako Jon Lucca (Edward James Olmos), gliniarz, który oczywiście obsesyjnie podąża za seryjnym mordercą. Uparty detektyw jest, rzecz jasna, także jednym z najważniejszych bohaterów filmu Davida Finchera.

Morderca przeciw przemocy
Sprawa Zodiaka stała się dla kina kapitalną kopalnią bohaterów i wątków, które okazywały się nadzwyczaj żywotne, nawet wówczas gdy dogorywało prawdziwe śledztwo nieprzynoszące przez lata żadnych rezultatów. Zodiak po prostu zniknął. Zanim się ostatecznie pożegnał przywołanym na początku tekstu zdaniem, w listach wysłanych po długim milczeniu, w 1974 roku, zajął się komentowaniem bieżącej produkcji filmowej. Podpisując się pseudonimem "Obywatel", zażądał od redakcji "San Francisco Chronicle" zdjęcia reklamy "Badlands", ponieważ "gloryfikuje przemoc". Ironia była oczywista – wszak głośny film Terrence’a Mallicka opowiadał o parze morderców. Z kolei "Egzorcysta" wydał się Zodiakowi bardzo zabawny.
Twórcy tego ostatniego filmu nie oparli się zresztą pokusie włączenia go do grona swoich bohaterów. W części trzeciej "Egzorcysty" (1990) pojawia się bowiem seryjny morderca wzorowany właśnie na Zodiaku.
W ostatnich latach powstały dwie kolejne produkcje, których bohaterem jest zabójca z San Francisco – "Zodiac Killer" Ulli Lommela i "The Zodiac" Alexandra Bulkleya. Bohater pierwszego filmu to młody chłopak z Los Angeles, który próbuje stać się współczesnym Zodiakiem. "The Zodiac" to thriller bliski faktom. Dziś Zodiak powraca po raz kolejny, tym razem w filmie Davida Finchera zrealizowanym na podstawie książki Graysmitha zbierającej wszystkie jego ustalenia, poszlaki i domysły z prywatnego śledztwa. Co ważne, Fincher przyjął perspektywę tropicieli, nie fantazjując na temat tropionego.
Nic dziwnego, że Zodiak do dziś rozpala wyobraźnię twórców. Człowiekowi, którego tożsamości nie znamy, można nadać każdą i przypisać mu wszelkie cechy oraz wszelkie intencje. Doskonale nadaje się na metaforę zła w najczystszej postaci: irracjonalnego, nieprzewidywalnego, którego nie da się uzasadnić nieszczęśliwym dzieciństwem, kłopotami w pracy, ideologią czy chorobą psychiczną. Takiego, którego nie można uwznioślić, przerobić na mit i zamknąć w morale.
Takie zło niszczy nie tylko wtedy, kiedy zabija – jak u Finchera, gdzie tropienie zabójcy zamienia się w nałóg doprowadzający trzech bohaterów na skraj życiowej i zawodowej przepaści. Toschi, Graysmith i Avery to też ofiary Zodiaka. Uszli z życiem, ale nigdy nie zaznają spokoju.

Małgorzata Sadowska/ Przekrój



Fot. Warner

"Zodiak", reż. David Fincher, USA 2007, 158’, Warner, premiera 15 czerwca.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)