Diabeł ubiera się u Prady

Film oparty na bestsellerowej powieści Lauren Weisenberg. Opowiada o świecie wielkiej mody, ale najlepsza kreacja to ta aktorska – Meryl Streep.
/ 23.01.2009 13:26
diabel1.jpgTo film, który kusi i napomina jednocześnie. Oparty na bestsellerowej powieści Lauren Weisenberg wprowadza nas – szaraczków w poplamionych sweterkach – do świata magazynu mody „z górnej półki” (nazywa się on „Runaway”, ale wiadomo, że chodzi o „Vogue’a”).

Tutaj „stawką większą niż życie” jest nowy ciuch podlegający bezwzględnej ocenie redaktor naczelnej pisma Mirandy Priestley (Meryl Streep). Monarchini absolutnej o wyglądzie i sposobie bycia Królowej Śniegu, która z redakcji uczyniła swój Wersal. Jego dziwa i luksusy oglądamy oczami „jednej z nas” – szarej myszki Andy (Anne Hathaway) marzącej o karierze dziennikarskiej. Niespodziewanie dla samej siebie zostaje ona drugą asystentką Mirandy.

Razem z Andy możemy się więc poocierać o markowe szmatki za tysiące dolarów i nawdychać zapachu luksusowych perfum w towarzystwie high society. Nie grozi nam jednak frustracja z powodu myśli, że nigdy tych dóbr nie posiądziemy, gdyż twórcy od samego początku utwierdzają widzów w przekonaniu, iż prawdziwa wartość duchowa tkwi w hamburgerach i wytartych dżinsach, a nie w blichtrze, którego i oni, i my pożądamy. Już sam tytuł sugeruje, że wybory Andy rozgrywają się w wysokich rejestrach Dobra i Zła. Nietrudno zgadnąć, po której stronie koniec końców stanie.

I to jest właśnie w tym filmie najbardziej denne. Zamiast kolejnej odsłony dylematu bohaterki „być albo nie być” w ciuchach od Chanel wolałbym dodatkową porcję wyrachowania z teatru haute couture. Zwłaszcza że aktorska kreacja Meryl Streep jak zwykle warta jest tysiąckrotnie więcej niż wszystkie kreacje, które nosi. Pozostaje mi, skromnemu wyrobnikowi pióra, żywić nadzieję, że polscy redaktorzy naczelni po obejrzeniu filmu nie zechcą być jak Miranda Priestley.

Bartosz Żurawiecki/ Przekrój

„Diabeł ubiera się u Prady”, reż. David Frankel
USA 2006. CinePix, premiera 6.10