Atak z Mar(k)sa

Do pięciu miast Polski zawita fantastyczny przegląd: produkcje science fiction z byłych demoludów, szalona wyprawa na Mar(k)sa!
Dawno temu w odległej galaktyce, gdzie jedynym powszechnie znanym kosmicznym pojazdem był trabant, ludzie uparcie wierzyli w rychły początek ery międzygwiezdnych podróży. Czekając na nadchodzący XXI wiek, który nie wiedzieć czemu miał przynieść technologiczną rewolucję (również niżej podpisana była przekonana, że w 2000 roku dzieci będą wyposażone w latające tornistry, a co więcej, że ona sama wówczas nadal będzie dzieckiem), mieszkańcy galaktyki snuli futurystyczne wizje. Pożywki dostarczały im kolejne sukcesy radzieckich astronautów oraz, nie da się ukryć, pomysły kosmitów z Hollywood, którzy zadziwiali planetę Ziemię „2001 – Odyseją kosmiczną”, „Star Trekiem” czy „Gwiezdnymi wojnami”.
Ci z Mar(k)sa w Układzie Warszawskim nie zamierzali pozostać w tyle. Efekt ich starań możemy dziś podziwiać na zorganizowanym przez warszawski Kino.LAB przeglądzie Atak z Mar(k)sa!, na którym znalazło się dziewięć zdumiewających filmów science fiction z Czechosłowacji, Węgier, Związku Radzieckiego, NRD tudzież PRL. Na okrasę dołączono zestaw krótkometrażówek z Wytwórni Filmów Oświatowych, w których zresztą zdecydowanie więcej jest fiction niż science (a niemal wszystkie wyreżyserował człowiek o adekwatnie brzmiącym nazwisku – Janusz Star). Atak z Mar(k)sa to jedyna w swoim rodzaju podróż w czasie.

Epizod I: Bohaterowie są z Mar(k)sa, a najeźdźcy z Wenus
W zestawie zaproponowanym przez Konrada Wirkowskiego, kuratora CSW, na próżno szukać dzieł pokroju „Solaris” Tarkowskiego czy „Na srebrnym globie” Żuławskiego. Są za to filmy dziś już niemal całkowicie zapomniane, które 30–40 lat temu kształtowały w masowej wyobraźni popularny obraz kosmosu, a przy okazji (choć może raczej – przede wszystkim) mniej lub bardziej subtelnie sączyły ideologiczne treści. Bohaterowie SF z demoludów zwykle wyprawiają się w kosmos, by tam nieść pomoc uciśnionym ludom, krzewić ideę pokoju oraz poznawać smutny los planet, na których imperialne, militarystyczne ambicje doprowadziły mieszkańców do samozagłady.
– Ten film to wkład filmowców do dzieła obrony pokoju – deklarowali aktorzy biorący udział w wielkiej enerdowsko-polskiej koprodukcji z 1959 roku, „Milczącej gwieździe” Kurta Maetziga. Zrealizowana na podstawie „Astronautów” Stanisława Lema opowieść mentalnie głęboko jeszcze zanurzona jest w epoce nuklearnej paranoi. Oto na Wenus w poszukiwaniu śladów życia wyrusza na statku Kosmokrator międzynarodowy kolektyw pod przewodnictwem radzieckich kosmonautów. Na miejscu odkrywa jednak tylko ślady po gigantycznej katastrofie atomowej, która doprowadziła do samozagłady wenusjańskich agresorów planujących zniszczenie Ziemi.
Cały film przesiąknięty jest zimnowojenną retoryką: są szlachetni Rosjanie i źli, opici whisky, żujący gumę Amerykanie, twórcy bomby jądrowej. Jest nawet amerykański „postępowy” naukowiec, który odrzucił swą podłą ojczyznę i próbuje zmazać winy, stając się członkiem kolektywu.
„Milcząca gwiazda” to najbardziej zideologizowana, ale i najbardziej wystawna produkcja na przeglądzie. Prace nad nią trwały aż trzy lata, powstało 15 wersji scenariusza. Ideologiczna warstwa dziś tylko śmieszy, ale wciąż zachwyca wspaniała, surrealna scenografia Anatola Radzinowicza z fantastycznym szklanym lasem. Na szczęście wyobraźnia nie podlegała partyjnym wytycznym.
W głównych rolach wystąpili aktorzy z ośmiu państw. Największą furorę zrobiła Yoko Tani, która rzekomo salwowała się ucieczką z Japonii przed zaaranżowanym małżeństwem. Jej twarz zobaczyć można było na okładkach wszystkich filmowych magazynów, a Zygmunt Kałużyński wyrażał zdumienie, że nikt z bohaterów jej w filmie nie podszczypuje. Niestety, japońska piękność szybko katapultowała się do... Ameryki.
Mimo wielu starań (– Tym razem nawet Murzyni się pocą – zachwycał się ilością oświetlenia obecny na planie reporter) „Milcząca gwiazda” nie przekonała krytyków. „Prelegenci w kosmosie” – wyzłośliwiali się recenzenci, zaś Stanisław Lem nazwał po latach „Milczącą gwiazdę” „dnem dna”.

Epizod II: za Żelazną kurtynę
Nie zawsze jednak ideologiczne treści brzmiały tak czysto i jednoznacznie. W młodzieżowym „Spotkaniu na Kasjopei” nastoletni kosmonauci z ZSRR walczą na przykład z robotami, które pokonały ludzi i teraz poddają ich obowiązkowemu uszczęśliwianiu. W ZSRR pomysł masowego prania mózgów mógł wyglądać na niemal wywrotowy, może dlatego na wszelki wypadek muzyka, za której pomocą roboty ogłupiają ludzi i pozbawiają ich woli, wyraźnie pobrzmiewa jazzowo. Żeby nikt nie miał wątpliwości, że chodzi jednak o „zgniły Zachód”.
Jeszcze bardziej dwuznaczny, a przez to intrygujący, jest film „W pyle gwiazd”. Oto kolejna załoga śpieszy na pomoc uciśnionym kosmitom, od których odebrała sygnał „Pomocy!”. Ale mieszkańcy planety Tem-3 przekonują, że mają się świetnie, a co więcej, wyprawiają rozliczne uczty, na które zapraszają astronautów. Te uczty to jest coś! Psychodeliczne klimaty, modny design, transowa elektroniczna muzyka, kusicielki w przezro- czystych, króciutkich tunikach (nie mógł im się oprzeć Leon Niemczyk), tace z jedzeniem, grzechotniki pełzające po stołach i czerwony promień, który wprawia wszystkich w stan ekstazy. A na koniec mocno erotyczna scena tańca nagiej kosmonautki na tle świetlistych modułów... Właśnie o takim Zachodzie musieli fantazjować i marzyć mieszkańcy szarych, purytańskich demoludów.
„W pyle gwiazd” był jak sonda kosmiczna wysłana za żelazną kurtynę, by podglądać tamtejsze zepsucie; a pod obowiązkową warstwą potępienia (rozpustni mieszkańcy ciemiężą prawych dziedziców planety, a ceną za bogactwo są krew, pot i łzy niewolników) kryła się fascynacja, podziw i zazdrość.

Epizod III: Kosmiczne jaja
Z największym luzem do podboju kosmosu i technologicznej rewolucji podeszli jak zwykle w Czechosłowacji. Ich opowieści o przyszłości to przezabawne komedie pomyłek, których głównym tematem jest podróżowanie w czasie. Kto pamięta „Arabelę”, której bohaterowie nieustannie przenosili się w różne epoki za pomocą pierścienia, kufra i peleryny, wie, że był to rodzaj czeskiej obsesji. I tak w „Jutro wstanę i oparzę się herbatą” chodzi o to, by wrócić do roku 1944 i wesprzeć Adolfa Hitlera bombą wodorową, zaś bohaterowie „Panowie, zabiłem Einsteina” chcą cofnąć się w czasie, żeby zamordować słynnego naukowca, ponieważ XXI pokazał, że jego wynalazki doprowadziły do tego, że... kobietom wyrosły brody. Absurd goni absurd, idiotyzm idiotyzm, a zabawa jest naprawdę przednia.
Czechosłowacy umownie podchodzili do futurystycznego sztafażu. I na tym wygrali – wizje ich kolegów z ZSRR czy NRD zestarzały się bowiem i skompromitowały. Wprawdzie guru polskiej krytyki filmowej Bolesław Michałek chciał uciekać z kina, tak przeraziła go chlupocząca plazma z „Milczącej gwiazdy”, ale dziś nikogo ona nie przerazi. Śmieszy wystrój kosmicznych statków z mnóstwem migoczących przycisków, a same rakiety przypominają szczytowe osiągnięcia Eda Wooda. Astronauci paradują w gumowych skafandrach, a ich hełmy wyglądają jak odwrócone do góry dnem aluminiowe wiadra. Nonszalancja twórców sprawia, że podziurawione jak sito statki startują bez problemu, a kosmonauci w podartych skafandrach wygłaszają przed zgonem długie monologi. Zygmunt Kałużyński dopatrzył się w „Milczącej gwieździe” starej obrabiarki i laubzegi do wycinania ornamentów z dykty – skądinąd to wyposażenie należy do polskiego inżyniera i konstruktora (Ignacego Machowskiego).
Cóż, Polska nigdy nie była technologiczną potęgą, a jeśli chodzi o kosmos, naszą specjalnością są do dziś jedynie kosmiczne bzdury.

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

Atak z Mar(k)sa,
1–9.07 Warszawa, CSW, Kino.LAB,
10–16.07 Kraków, kino Pod Baranami;
22–28.07 Toruń, kino Orzeł;
29.07–6.08 Poznań, CK Zamek;
8–13.08 Gliwice, kino Amok
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)