Reklama

Zawsze uważałem się za odpowiedzialnego człowieka. Wstawałem przed świtem, wracałem, gdy dzieci już spały, a na koncie firmy rosły kolejne zera. Wierzyłem, że miłość mierzy się spokojem, rachunkami opłaconymi na czas i poczuciem bezpieczeństwa. Basia mówiła kiedyś, że jestem jej skałą. Z czasem przestała tak mówić. Coraz częściej milczała przy kolacji, a ja tłumaczyłem to zmęczeniem.

Wtedy w naszym domu coraz więcej miejsca zaczął zajmować Konrad – mój przyjaciel ze studiów. Człowiek od wszystkiego, zawsze pod ręką, zawsze gotowy pomóc. Byłem mu wdzięczny. Nie zauważyłem momentu, w którym przestałem być w swoim domu głową rodziny.

Byłem gościem w domu

Pewnego wieczoru wróciłem wcześniej niż zwykle. W salonie paliła się lampka, z kuchni dochodził śmiech.

– I wtedy Olek powiedział, że smok nie może mieć zielonych zębów! – śmiała się Basia.

– Bo to był elegancki smok! – dopowiadał Konrad.

Stanąłem w progu. Lena siedziała mu na kolanach, Olek budował z nim zamek z klocków. Nikt mnie nie zauważył.

– Tata! – zawołał w końcu Olek. – Wujek Konrad zbudował wieżę wyższą niż ty!

Uśmiechnąłem się sztywno.

– To świetnie – odpowiedziałem. – Widzę, że dobrze się bawicie.

Basia spojrzała na mnie krótko.

– Kolacja jest w lodówce. My już jedliśmy.

Tak wyglądało coraz więcej wieczorów. Konrad „wpadał tylko na chwilę”, naprawiał klamkę, przykręcał półkę, zostawał na herbatę. Dzieci mówiły o nim z zachwytem.

– Wujek obiecał, że nauczy mnie jeździć szybciej na rowerze – chwaliła się Lena.

Zauważyłem, że przy nim Basia śmieje się swobodniej. Ja siadałem z laptopem, sprawdzałem kosztorysy. Mówiłem sobie, że przesadzam. Że to tylko zazdrość zmęczonego faceta. Przecież Konrad był jak brat. A jednak któregoś dnia Olek powiedział coś, co utkwiło mi w głowie.

– Tata, czemu ty nigdy nie masz czasu?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wtedy pierwszy raz poczułem, że w moim własnym domu zaczynam być gościem.

Czułem się oszukany

Nie planowałem niczego sprawdzać. Tamtego popołudnia szukałem w telefonie Basi numeru do hydraulika, bo znowu przeciekał kran w łazience. Jej telefon leżał na blacie, ekran się podświetlił. Powiadomienie od Konrada. „Tęsknię za waszym śmiechem. Za Tobą najbardziej”. Zamarłem.

Otworzyłem wiadomości. Nie było tam nic wprost, żadnych deklaracji, które można by pokazać komuś jako dowód. Były za to słowa miękkie, pełne niedopowiedzeń. „Dziękuję, że jesteś”. „Czuję, że mnie rozumiesz”. „To wszystko jest takie trudne”. Poczułem, jak coś ściska mnie w gardle. Przecież to tylko słowa – powtarzałem sobie. Przyjaciele też tak piszą. Ale ja do własnej żony tak nie pisałem od lat. Basia weszła do kuchni i zobaczyła mnie z jej telefonem w ręku.

– Co robisz? – zapytała cicho.

– Czytam – odpowiedziałem. – Może wytłumaczysz mi, za czym Konrad tęskni najbardziej?

Zbladła.

– Michał…

– To może ja zacznę. Za twoim śmiechem? Za rozmowami przy kolacji, kiedy mnie nie ma? A może za tym, że przy nim jesteś inna?

Usiadła ciężko na krześle.

– Nie planowałam tego – powiedziała. – To po prostu się stało.

– Co się stało? – uniosłem głos. – Pisanie do mojego przyjaciela, że on cię rozumie?

– Bo tak było! – odpowiedziała nagle ostrzej. – On był przy nas. Kiedy Lena miała występ, ty byłeś na budowie. Kiedy Olek bał się zasnąć, Konrad siedział przy jego łóżku. Ty wysyłałeś wiadomość, że wrócisz późno.

– Pracowałem dla was!

– Dla nas czy zamiast nas? – zapytała cicho.

Zabrakło mi słów. Wściekłość mieszała się z upokorzeniem. Zdrada bolała, ale jeszcze bardziej bolało to, że część jej słów była prawdą. Mimo to czułem się oszukany i to podwójnie – jako mąż i jako przyjaciel.

– Czy wy…? – nie potrafiłem dokończyć.

– Tak – odpowiedziała bez unikania mojego spojrzenia. – Pojawiły się... uczucia. Nie chciałam tego, ale to było silniejsze.

To zdanie rozdarło mnie bardziej niż wszystkie wiadomości razem wzięte.

– Powiedziałaś mu, że go kochasz? – zapytałem.

– Powiedziałam, że przy nim czuję się ważna.

W tamtej chwili zrozumiałem, że przegapiłem moment, w którym moja żona przestała czuć się przy mnie ważna. Nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero początek prawdziwego rozpadu.

Byłem zazdrosny i przerażony

Zadzwoniłem do Konrada tego samego wieczoru.

– Spotkajmy się – powiedziałem. – Teraz.

Przyjechał szybko. Stał przy furtce, jakby wahał się, czy wejść. Wyszedłem do niego, nie chciałem, żeby dzieci słyszały.

– To prawda? – zapytałem bez powitania.

Nie udawał zaskoczonego.

– Tak.

Jedno krótkie słowo. Bez tłumaczeń.

– Od kiedy? – zacisnąłem dłonie w kieszeniach, żeby nie było widać, jak drżą.

– Od kilku miesięcy. Michał, ja nie planowałem…

– Nie planowałeś zakochać się w mojej żonie? – wszedłem mu w słowo. – To może planowałeś odbierać moje dzieci z przedszkola? Siedzieć przy ich łóżkach? Być wszędzie tam, gdzie mnie nie było?

– Byłem, bo ty nie mogłeś – odpowiedział spokojnie. – A one potrzebowały kogoś obok.

– Miały ojca.

– Miałeś firmę – odparł cicho.

Te słowa zabolały bardziej niż przyznanie się do uczuć. Patrzyłem na człowieka, którego znałem od dwudziestu lat. Dzieliliśmy akademik, pierwsze porażki, pierwsze sukcesy. Wpuściłem go do domu bez wahania.

Wynoś się z naszego życia – powiedziałem w końcu. – Nie chcę cię tu więcej widzieć.

Skinął głową.

– Jeśli to pomoże dzieciom, odejdę. Ale nie udawaj przed sobą, że to tylko moja wina.

Odwrócił się i odszedł. Patrzyłem za nim z poczuciem, że tracę nie tylko przyjaciela, ale coś znacznie większego. Najtrudniejsze przyszło później. Lena siedziała na schodach, gdy wróciłem do domu.

– Dlaczego wujek Konrad już nie przyjdzie? – zapytała zapłakanym głosem.

– Tak będzie lepiej – odpowiedziałem sztywno.

– Dla kogo? – wtrącił Olek. – To przez ciebie? Pokłóciliście się?

Nie wiedziałem, co im powiedzieć. Nie mogłem obarczyć ich prawdą, ale milczenie brzmiało jak przyznanie się do winy.

Wujek nas już nie kocha? – wyszeptała Lena.

Te słowa uderzyły mnie prosto w serce. Zazdrość mieszała się z przerażeniem. Moje dzieci opłakiwały nie mnie, tylko jego. Tamtej nocy pierwszy raz pomyślałem, że może oddałem komuś swoje miejsce na długo przed tym, zanim się zorientowałem.

Poczułem palący wstyd

Po odejściu Konrada dom zrobił się nienaturalnie cichy. Nikt nie śmiał się w kuchni, nie było spontanicznych wizyt ani stukania narzędzi w garażu. Została za to cisza, która ciążyła coraz mocniej. Basia poruszała się po mieszkaniu jakby ostrożniej. Unikała mojego wzroku.

– Musimy porozmawiać – powiedziałem któregoś wieczoru.

– O czym? – odpowiedziała bezbarwnie. – O tym, że go już nie ma? Czy o tym, że wcześniej ciebie też nie było?

Usiadłem naprzeciwko niej.

Chcę wiedzieć, czy to koniec.

Westchnęła.

– Nie wiem. Jestem zmęczona walką. Zmęczona udawaniem, że wszystko jest w porządku.

– Pracowałem dla was – powtórzyłem po raz kolejny, jakby to zdanie mogło mnie obronić.

– A my potrzebowaliśmy ciebie, nie twoich przelewów – odpowiedziała cicho.

Próbowałem spędzać więcej czasu z dziećmi. Wziąłem wolne popołudnie i zaproponowałem wspólne budowanie z klocków.

– Może zrobimy wyścig? – zapytałem z wymuszonym uśmiechem.

Olek wzruszył ramionami.

– Wujek Konrad zawsze budował z nami mosty – powiedział. – Ty nie umiesz tak jak on.

Zamiast się obrazić, poczułem wstyd. Bo miał rację. Nie wiedziałem, jaką Lena lubi herbatę, nie pamiętałem imion ich kolegów. Byłem obecny w dokumentach szkolnych, ale nie w ich opowieściach. Kulminacja przyszła podczas jednej z kłótni z Basią. Dzieci słyszały podniesione głosy i weszły do salonu.

– Przestańcie! – krzyknęła Lena. – Wujek nigdy się tak nie kłócił!

Zamarłem.

– To nie o niego chodzi – powiedziałem.

– Chodzi – odpowiedziała stanowczo. – On był z nami. Ty zawsze byłeś w pracy.

Te słowa były jak lustro, w którym zobaczyłem siebie bez usprawiedliwień. Walczyłem o dumę, o zdradzone zaufanie, ale nie walczyłem o codzienną obecność. Zostawiłem pustkę, którą ktoś inny wypełnił.

Wybieram powrót do domu

Tamtej nocy długo siedziałem w pokoju dzieci. Patrzyłem, jak śpią. Zrozumiałem, że jeśli teraz się wycofam, naprawdę ich stracę. Następnego dnia ograniczyłem zlecenia. Wspólnicy patrzyli na mnie z niedowierzaniem.

– Zwariowałeś? – pytali.

Może tak. Ale pierwszy raz od lat odebrałem dzieci ze szkoły. Lena spojrzała na mnie zaskoczona.

– Ty? – zapytała.

– Ja – odpowiedziałem. – I chciałbym, żeby to się nie skończyło na jednym razie.

Nie było łatwo. Basia nie rzuciła mi się w ramiona, dzieci nie zapomniały od razu. Konrad zniknął z naszego życia, nie próbował wracać. Został po nim cień i pytania, na które musiałem odpowiedzieć czynami. Po kilku miesiącach coś zaczęło się zmieniać. Olek przyniósł mi kiedyś rysunek.

– To my – powiedział. – Na rowerach.

Na kartce byliśmy tylko we trójkę. Bez „wujka”. Poczułem, że to mały krok, ale w dobrą stronę. Z Basią długo odbudowywaliśmy bliskość. Nie zapomnieliśmy tego, co się stało. Nie udawaliśmy, że nie boli. Ale powoli zaczęliśmy mówić o tym, czego potrzebujemy, zamiast o tym, kto zawinił.

Dziś wiem jedno: zdrada była ciosem, ale nie pojawiła się znikąd. Najbardziej bolało nie to, że przyjaciel mnie zawiódł, tylko odkrycie, że moje dzieci szukały ojca w kimś innym, bo ja sam wybrałem bycie nieobecnym. Nie odzyskałem wszystkiego od razu. Ale każdego dnia wybierałem powrót do domu zmiast siedzenia po godzinach w firmie. I w końcu przestałem być w nim gościem.

Michał, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama