Reklama

Coś bym zjadła. Sama nie wiem co. Może coś słodkiego, a może plasterek sera. Żeby szybko coś przekąsić, bez zbędnych ceregieli. Nie, nie, gotowanie, a nawet krojenie nie wchodzi w grę. Nie mam na to czasu. W sumie to aż tak nie jestem głodna, ale coś bym wrzuciła na ząb. Więc idę do kuchni, otwieram lodówkę, patrzę na zawartość półek i... Nie ma w niej nic, co by mnie zachęciło do zjedzenia. Niby półki pełne, warzywa leżą w koszyczku, wczorajszy obiad chłodzi się w rondelku, ale to nie to. Wzdycham tylko i wracam do biurka. Tekst sam się nie napisze.

Jednak po kilku minutach wstaję i idę do lodówki. Już nawet się nie zastanawiam, na co mam ochotę. Idę. Jak robot. Jak jakaś maszyna przyciągana niewidzialną siłą w stronę lodówki. Nim się obejrzę, już stoję u jej wrót. I znów skanuję wzrokiem półki. Nic mnie nie zachwyca. No ale trudno, już zjem ten kawałeczek kabanosa, chociaż w sumie nie mam na niego ochoty. Wracam do biurka i wcale nie czuję się lepiej niż pięć minut wcześniej. Hm, o co w tym właściwie chodzi? Dlaczego tak zrobiłam?

Mózg, który nie znosi pustki

Zaglądanie do lodówki w poszukiwaniu czegoś potencjalnie pysznego to powszechne zjawisko. Czasem nawet nie zwracamy na nie większej uwagi. Może tłumaczymy to słabą wolą, uleganiem zachciankom albo nieszkodliwym nawykiem. Tymczasem takie zachowanie to nic innego jak reakcja mózgu na stres, nudę lub negatywne emocje. A co z tym wspólnego ma lodówka? Bardzo wiele. Jedzenie, a w szczególności słodkości, to jeden z najsilniejszych bodźców nagradzających. Dziś żyjemy w krainie mlekiem i miodem płynącej. Wystarczy wyciągnąć rękę i już zajadamy się słodziutką bezą, chrupiącymi czipsami lub, jak kto woli, marchewką. Jednak przez tysiące lat dostęp do pożywienia był niepewny, więc trzeba było jeść „na zapas”, a poczucie sytości wywoływało błogi stan. Już dawno opuściliśmy jaskinie, świat zmienił się nie do poznania, lecz nasz mózg wciąż funkcjonuje według utartego schematu. Na sam widok lodówki dopamina rośnie, a w nas pojawia się uczucie, że jeszcze chwila, jeszcze moment i będzie dobrze. Dlatego nie musisz być głodna, żeby chcieć jeść. Bo chęć poprawienia sobie nastroju może być silniejsza niż głód.

To wyjaśnienie brzmi przekonująco, jednak nie wyjaśnia, dlaczego po chwili znów zaglądamy do lodówki. Przecież doskonale wiemy, że nie ma w niej nic, na co mielibyśmy ochotę. Co się za tym kryje? Obietnica nagrody. Nasz mózg nie lubi ani chaosu, ani poczucia wewnętrznej pustki. Intuicyjnie dążymy do tego, by ją zagłuszyć. Lodówka, a raczej jej zawartość daje nam poczucie iluzji, że tę emocjonalną pustkę da się szybko czymś wypełnić.

Głód, którego nie widać

Nasze „wędrówki” do lodówki najczęściej nie mają nic wspólnego z głodem. Bo podążamy do kuchni, nawet gdy jesteśmy pełni. Zdaniem psychologów takie zachowanie to ważny sygnał, jaki wysyła nam mózg, a który często bagatelizujemy. Co on oznacza? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, jednak w większości przypadków jest to znak, że potrzebujemy:

  • uznania,
  • pocieszenia,
  • odpoczynku,
  • wyciszenia,
  • bliskości

lub brakuje nam poczucia bezpieczeństwa. Nieświadomie oczekujemy, że jedzenie przyniesie nam ulgę. W ten sposób staramy się uregulować własne emocje i sprawić, że poczujemy się lepiej. Jedzenie staje się narzędziem. Niestety, ulga, która się pojawia, jest krótkotrwała. Bo przekąska nie rozwiązuje problemu, lecz jedynie go maskuje. Dlatego chwilę później możemy odczuwać:

  • rozczarowanie,
  • poczucie winy,
  • potrzebę zjedzenia kolejnego „pocieszacza”.

Zdaniem specjalistów to wyuczony skrót myślowy, szczególnie jeśli jako dzieci:

  • byłyśmy uspokajani jedzeniem,
  • nagradzane słodyczami,
  • odwracano naszą uwagę przekąską, gdy znalazłyśmy się w trudnej sytuacji.

Warto jednak pamiętać, że taka strategia radzenia sobie z emocjami nie wynika ze słabości charakteru, ale z nieumiejętności nazywania własnych emocji oraz... chemii mózgu.

Codzienne rytuały

Lubimy myśleć o sobie jako o istotach racjonalnych, które świadomie podejmują decyzje. Mózg jednak często płata nam psikusa. Bo to, co powtarzalne postrzega jako bezpieczne. Okazuje się, że wiele naszych zachowań, codziennych rytuałów jest uproszczonym schematem działania. Nie wymaga już myślenia, analizy ani oceny. Wystarczy impuls i dokładnie wiemy, co powinniśmy zrobić. I tak właśnie jest z zaglądaniem do lodówki. Pojawia się pewien bodziec (np.nuda, stres, zmęczenie), więc zaczynamy podświadomie szukać rozwiązania i udajemy się do kuchni. Jeśli pierwsze podejście nie przyniosło oczekiwanego rozwiązania, podejmujemy kolejną próbę. Przecież dobrze wiemy, że tylko jeden krok dzieli nas od szczęścia. I im częściej ten cykl się powtarza, tym mniej świadomy się staje.

Ze smutkiem muszę przyznać, że w tej sytuacji lodówka wgrywa z rozsądkiem. Psychologowie mówią tu o minimalizacji kosztów poznawczych. Mózg wybiera rozwiązania, które wymagają najmniej energii. Szybka przekąska daje nam obietnicę szczęścia, jest łatwo dostępna i nie trzeba długo czekać na efekty. A nazwanie swoich emocji jest trudne, czasochłonne i wiąże się z niepożądanymi, nie zawsze przyjemnymi myślami. Nic zatem dziwnego, że wybieramy pierwsze rozwiązanie.

Teraz już wiem, że gdy następnym razem stanę przed lodówką w poszukiwaniu chwilowego szczęścia, nie powinnam automatycznie ulegać „zachciance”. Bo to mój mózg domaga się uwagi. Zamiast sięgać po przekąskę, zadam sobie pytanie: czego naprawdę teraz potrzebuję? I to właśnie odróżnia świadomość od walki z samą sobą.

Bibliografia:

  • Czepczor K., Brytek-Matera A. „Jedzenie pod wpływem emocji”, Warszawa 2017.
  • Juruć, A. Wierusz-Wysocka, B. Bogdański, P., „Psychologiczne aspekty jedzenia i nadmiernej masy ciała”, Farmacja Współczesna; 2011. 4: 119- 126.
  • Pawełczyk-Jabłońska P., „Nie jestem głodny, ale jem, bo lubię, jem, bo się boję, czyli psychologiczne funkcje jedzenia”, Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej 2018, za: https://ncez.pzh.gov.pl/abc-zywienia/nie-jestem-glodny-ale-jem-bo-lubie-jem-bo-sie-boje-czyli-psychologiczne-funkcje-jedzenia, data pobrania 21.01.2026.

Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama