Algorytm karmi twoje kompleksy, a ty scrollujesz iluzję szczęścia. Czas przerwać ten teatr
Czasem mam wrażenie, że nieustannie jesteśmy toczone obrazami, na tle których wypadamy gorzej. Na pierwszym planie bohaterowie o idealnych ciałach, odziani w drogie ubrania, a w tle wspaniałe widoki. Po trzech zdjęciach i krótkim filmiku zaczynam się zastanawiać, czy wystarczająco dbam o siebie i gdzie popełniłam błąd, że moje życie tak nie wygląda. Też tak masz?

Powiem ci w tajemnicy, że od czasu do czasu lubię wcielić się w rolę milczącej obserwatorki. Patrzę sobie wtedy na świat jak na dzieło sztuki i zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi i czy tak naprawdę wygląda prawdziwe życie. Czuję się wtedy jak XIX-wieczny przyrodnik, który podkręcając wąsa, trzyma lupę i wnikliwie analizuje budowę liścia, amebę, czy też inne stworzonko. Tyle że mogę mieć co najwyżej doklejony zarost, a moim okienkiem na świat są media społecznościowe. Może pomyślisz, że to dziwne hobby, ale moim zdaniem to fascynująca przygoda. Szczególnie jeśli wyjdzie się ze swojej bańki algorytmów. Bo spoglądając nie tylko na to, co oferuje nam mainstream, można dostrzec to, co zazwyczaj nam umyka.
Omamione iluzją idealnego ciała
Dawno, dawno temu tematyką cielesności zajadałam się łyżkami. I wiem jedno. Ciało to konstrukt. Przestrzeń pełna znaczeń, symboli oraz nośnik norm społecznych. Co prawda, nie ocenia się książki po okładce, ale... jak cię widzą, tak cię piszą. W tej kompilacji mądrości ludowych kryje się sporo prawdy. Zawsze tak było. W przeszłości, jak i współcześnie, ubiór, fryzura, biżuteria, a także tatuaże, deformacje, skaryfikacje były i są znakiem przynależności do określonej wspólnoty. Najlepiej to widać na przykładach, które z naszej, europejskiej perspektywy są „egzotyczne”, a nawet moralnie naganne. Krępowanie stóp młody Chinkom, praktykowane w kulturach Bliskiego Wschodu „rytualne obrzezanie” kobiet i mężczyzn, czy też noszenie metalowych obręczy na szyjach przez „kobiety żyrafy”. Aż mnie boli na samą myśl. Jednak czy my jesteśmy lepsze? Czy w pogoni za pięknem, nie jesteśmy skazane na cierpienie?
Nie jest to żadną tajemnicą, że nasze ciała stały się projektem. Jednostkową ekspresją tożsamości, która wymaga nieustannej pracy i nierzadko sporych nakładów finansowych. Świadomie inwestujemy w siebie i z całego dostępnego nam wachlarza możliwości wybieramy to, co najbardziej nam odpowiada. To, co nam się podoba. I super. Mamy tyle możliwości do wyboru, tyle opcji. Jednak to bywa złudne. Treningi, diety, moda, zabiegi medycyny estetycznej, filtry wygładzające twarz w aplikacjach – wszystko to buduje przekonanie, że ciało jest inwestycją, a ty możesz być, kim chcesz, ale... na określonych zasadach. I gdzie tu ten indywidualizm? Żeby nie wyjść na gołosłowną, poprosiłam o zabranie stanowiska w tej sprawie dr Iwonę Morozow, kulturoznawczynię, antropolożkę, filmoznawczynię i wykładowczynię Uniwersytetu SWPS.
Kultura wizualna, a może lepiej poszerzyć to pojęcie do audiowizualnej, nie jest jednorodna, choć oczywiście to wariant popularny ma największe zasięgi, a ten jest zdominowany przez standardy charakterystyczne dla kultury Zachodniej, a mówiąc dokładniej dla kultury amerykańskiej
Ups.
Gdy prowokacja staje się standardem
Nie znoszę czczego gadania, a jak słyszę: „kiedyś to było, nie to, co dzisiaj”, to nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. A jednak w kontekście norm społecznych i sposobów prezentowania ciała w przestrzeni publicznej ma to swoje uzasadnienie. Nie dość, że jesteśmy bombardowani obrazami, to mają one dość jednoznaczny przekaz: zmysłowe ciało.
Przeładowanie dzisiejszej kultury audiowizualnej erotyką jest zjawiskiem stosunkowo nowym, bo dopiero w latach 60. XX, a w rodzimej kulturze jeszcze później, zaczęto przełamywać ograniczenia cenzury i wykorzystywać ją jako element kontrkulturowy, również do łamania tabu. W sztuce nowoczesnej echa buntu i kontrkulturowości mogą wciąż wybrzmiewać, jednak w kulturze popularnej zwykle chodzi o estetyzację lub ewentualne wywołanie szoku, a nawet obrzydzenia
Forma buntu stała się dominującą estetyką. Od razu przyszły mi na myśl zdjęcia młodych kobiet, które pozują do zdjęć z tak zwanym kaczym dzióbkiem. Jednak to nie tandetna zmysłowość ani wulgarna golizna robi nam papkę z mózgu. W takich przypadkach momentalnie wychwytujemy niuanse, a w głowie zapala się nam czerwona lampka.
Najtrudniejsze do wyłapania są te przekazy, które naturalnie, nienachalnie, mimowolnie zaczynają zmieniać nasze postrzeganie świata i samych siebie. Karmią nas iluzją. Podsycają kompleksy. Budzą zazdrość. Sprawiają, że czujesz się gorsza. Bo wyglądają jak kadry „z życia wzięte”, choć w rzeczywistości są doskonale wyreżyserowane, ale o tym wolisz nie pamiętać. Kuszą, składają obietnice bez pokrycia, otaczają cię aurą luksusu i unoszą na puszystej chmurce utkanej z marzeń. To, co widzimy, zaczynamy uznawać za normę, a gdy się już nią oswoimy, będziemy oceniać się według jej kryteriów. W efekcie zaczynamy patrzeć na siebie cudzymi oczami.
A ruch body positive? Jestem absolutnie za. Szkoda tylko, że hasła postulujące akceptację siebie często występują w kampaniach reklamowych, które sprzedają kolejne produkty poprawiające wygląd i mające na celu przybliżenie nas do ideału. I koło się zamyka.
Zrób krok ku równowadze
Może to naiwne z mojej strony, ale jestem przekonana, że kulturowy mainstream nawet w najgorszym wydaniu nie musi działać na naszą szkodę. Choć warto mieć świadomość, że zawsze istnieje ryzyko, iż porównywanie się do innych osób, a przede wszystkim do nierzeczywistych obrazów, może przyczynić się do:
- spadku pewności siebie,
- obniżenia samooceny,
- niezadowolenia z własnego wyglądu.
W końcu żadna z nas nie chce się czuć jak uboga krewna. Jedak to także świetna inspiracja, pole do eksploatacji i zabawy, a nawet przyczynek do głębszej refleksji. Może się okazać, że to, co do tej pory uważałyśmy za wstydliwe, jest akceptowalne. Że nie jesteśmy w tym same. A w konsekwencji mamy większe poczucie sprawczości i kontroli nas własnym życiem. I to jest bezcenne. To jednak wymaga troski także o sferę psyche. Zdaniem specjalistów powinniśmy zawsze mieć z tyłu głowy kilka prostych i oczywistych „złotych rad”.
- Ludzie pokazują tylko wyselekcjonowany kawałek własnego życia.
- Widzisz zretuszowane obrazy, które nie odzwierciedlają rzeczywistości.
- Celem reklamy jest sprzedać.
- Algorytmy pokazują ci treści mające przyciągnąć uwagę.
- Nadmiar informacji sprawia, że czujesz się zagubiona.
Tak sobie myślę, że w gruncie rzeczy wcale nie chodzi, o to, by demonizować wszechobecne obrazy wyidealizowanych ciał. Bo klucz dobrej relacji z sobą samą to świadomy wybór: czy to, co robię, robię dla siebie, czy dlatego, że takie są oczekiwania innych. Jestem przekonana, że już znasz odpowiedź.
Bibliografia:
- Bourdieu P., „Męska dominacja”, Warszawa 2005;
- Foucault M., „Historia seksualności”, Warszawa 2012;
- Foucault M., „Nadzorować i karać”, Warszawa 2010;
- Giddens A., „Nowoczesność i tożsamość”, Warszawa 2001;
- Melosik Z., „Tożsamość, ciało i władza w kulturze instant”, Kraków 1996;
- Szlendak, T., „Supermarketyzacja”, Warszawa: 2008;
- Wolf, N., „Mit urody” Warszawa 2014.
Czytaj także:
- Zdarza ci się co chwilę zaglądać do lodówki z nadzieją, że zajdziesz w niej coś pysznego? To nie jest przypadek
- Ulubione krzesło w domu to nie tylko domena silversów. Wyjaśnienie tego mikrorytuału może cię zaskoczyć
- Wiele osób mówi do siebie, ale nikt się do tego nie przyznaje. Ten wstydliwy nawyk pomaga nam w codziennym życiu

