POLECAMY

Roszczeniowa Trzydziestka: Kosz dla kolesia, czyli kiedy lepiej zerwać

Roszczeniowość zobowiązuje. Co jakiś czas – rzadziej niż się wydaje, częściej niż by się chciało – trzeba dać kosza jakiemuś panu. Nic przyjemnego, ale jeszcze mniej przyjemne byłoby spotykać się z kimś, kogo w zasadzie nawet się nie lubi. Albo to lubienie jest toksyczne.
Roszczeniowa Trzydziestka: Kosz dla kolesia, czyli kiedy lepiej zerwać fot. Roszczeniowa Trzydziestka

Pamiętam taką rozmowę ze znajomym. Rozwodnik, przystojny, lat 40, zarobki więcej niż w normie, żywot stabilny, horyzonty szerokie. A mimo to zdarzało mu się aż za często dostawać kosza. Jemu i jego kumplowi. Zastanawiali się, czy to przypadkiem nie przez dzieci, które spędzają u nich weekendy. Zaryzykowałam opinię, że niekoniecznie.

Dziewczyny w moim wieku, w mojej sytuacji, napatrzyły się już na tyle rodzin patchworkowych i widzą tak wiele pozytywnych przykładów, że można ułożyć sobie życie, nawet jeśli „twoje dzieci i moje dzieci biją nasze dzieci”, że nie – na to bym nie stawiała. „Więc na co?” - zapytał nieco rozpaczliwie znajomy. No właśnie. Mały research wśród znajomych Roszczeniowych Trzydziestek, chwila skanowania własnej pamięci i oto proszę bardzo – przewodnik po tym, za co i dlaczego można dostać kosza. Gotowi? Lecimy!

1. Kosz ze światopoglądem

Inne poglądy polityczne, religijne, społeczne, inne podejście do rodziny. Tu może być ciężko. Nawet stara, dobra polityka to dziś nie bułeczka z masłem. Dawniej rozbieżność poglądów potrafiła skończyć się pyskówką u cioci na imieninach, a w skrajnych przypadkach doprowadzić do usunięcia ze znajomych na fejsie ;) Dziś wiadomo, jak jest. I coraz łatwiej to sprawdzić.

Roszczeniowa Trzydziestka: Czujesz się gorsza? I dobrze!

Kiedy facet uśmiecha się do mnie pięknie, prawi komplementy, a na wallu wyzywa wszystkie uczestniczki czarnego protestu od cór Koryntu, które swoje parasolki powinny sobie wsadzić w…, to ja jednak podziękuję.

Oczywiście wierzę, że nadal można pięknie się różnić. W tym kontekście mówię jednak o takich właśnie ekstremach, jak pan powyżej, czy inny koleś, który zadeklarował – to już ustnie, że „wszyscy lewacy powinni wisieć”. Jakoś nie nastroiło to mojej znajomej do kontynuowania randki. Czy znajomości w ogóle.

2. Kosz z humorem

Mam znajomego. Dla niepoznaki nazwijmy go tu Walduś. Przesympatyczne chłopię, całkiem przystojne, świetny fachowiec. Jednak na jego chrzciny ewidentnie nie zaproszono Wróżki Humoru. Gdyby jeszcze Walduś po prostu nie rozumiał dowcipów. Gdyby ich nie mówił. Wszystko to betka. Ale Walduś potrafi jako jedyny z towarzystwa nawet się nie uśmiechnąć, a następnie wyjaśnić ci, co jest nie tak z żartem – tu ustali, że przepisy stanowią inaczej, tam przypomni, że prawa fizyki nie pozwoliłyby na…, gdzie indziej będzie wyłuszczał, że z psychologicznego punktu widzenia…

Wyobraziłam sobie życie z Waldusiem. Któregoś dnia, po którymś wyjaśnionym dowcipie, poszłabym siedzieć za napaść.

3. Kosz z zarządzaniem

Kumpela wróciła z randki wściekła. Z pierwszej randki, dodajmy. I ostatniej. Facet, z którym wcześniej rozmawiała kilka razy na firmowym korytarzu, a potem jeszcze kilka na fejsie, przyszedł na spotkanie z gotowym planem na życie. Jej życie.

Wyjaśnił, że powinna natychmiast skończyć z bieganiem, bo są inne sporty, które zajmą jej mniej czasu (tu przedstawił listę do wyboru), zdecydowanie ma przestać farbować włosy, bo w naturalnych jest jej lepiej, za tydzień on jej przyniesie Wajdy dzieła zebrane, ona obejrzy i zachwyci się, bo tak to się nie da rozmawiać. A i za rok w lipcu, niech rezerwuje urlop, bo jadą do Gruzji. A dzieci to dobrze mieć dwoje. Pewnie i dobrze. Ale nie z nim – uznała kumpela i znajomość zerwała.

4. Kosz z seksem

OK, są różne podejścia – są dziewczyny, które śmiało korzystają z życia i fakt, że panu chodzi „tylko o jedno”, wcale im nie przeszkadza. Ale są też i takie, dla których wyczucie, że jest się na celowniku tylko z jednego względu i tylko na jedną noc, stanowi wystarczający powód, żeby dać kosza. Nie oceniam. Natomiast jeśli mogę doradzić – kosz na głowę i kopniak w tyłek będzie jednak lepszą opcją.

5. Kosz z okolicznościami

Ty masz czas tylko w weekendy, on tylko na co dzień – taka praca. Ty mieszkasz trzydzieści kilometrów na północ od miasta, on tyle samo, ale na południe. Macie całkowicie różne rytmy dnia, różne grona znajomych – w zasadzie wszystko różne. W teorii można się dostosować, w praktyce – kiedy siadacie po pierwszej randce z kalendarzami i okazuje się, że następny możliwy termin to szybki lancz na mieście mniej więcej za miesiąc, to coś jest nie tak. Ale to sytuacja najmniej kłopotliwa i do uratowania przy sporym (obopólnym!!!) wysiłku. Chyba, że pojawia się kosz najważniejszy, superkosz:

Kosz z chemią

„To coś”, chemia, szybsze bicie serca – nie mam zielonego pojęcia, skąd się bierze (gdyby to był wygląd, to byłoby za proste; może zapach – feromony i spółka; może jakiś miks naszych wyobrażeń, potrzeb i oczekiwań – nawet tych nieuświadomionych, nie wiem). Jeśli tego nie ma i to za grosz, spokojnie można spodziewać się kosza. Jeśli – co gorsza, zamiast „chemii” pojawia się jakiś wewnętrzny odruch „wiać i nie oglądać się za siebie”, to tym bardziej. Oczywiście, nasze prababki, a przynajmniej ich spora część chwaliły sobie małżeństwa aranżowane. Jeśli jednak szukacie czegoś więcej niż partnera do spłaty kredytu, to jak w pewnym obrazku na Roszczeniowym Fanpejdżu, lepiej zadeklarować – „nie ma chemii, nie będzie fizyki”. I kropka. I żeby nie było – działa to w obie strony. (Sama długo musiałam się otrząsać po Pewnym Panu, którego spojrzenie przestało mówić „a może by tak?” a zaczęło: „nie i to bardzo nie”. Auć!)

Jednak wydaje mi się, że panowie mają jeszcze inne kryteria na uwadze i inne kosze do rozdania. A może Wy też macie? Dajcie znać w komentarzach!

Przeczytaj więcej komentarzy naszych autorów!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)