POLECAMY

"Miałam 9 lat, kiedy rodzice się rozstali. Zostałam z tatą." O potędze rodzinnego klanu i swojej ścieżce opowiada Lara Gessler

Gesty i mimikę odziedziczyła po mamie. Pragnienie smakowania życia – po obojgu rodzicach, Magdzie i Piotrze Gesslerach. Nie bez problemów, czasem płacąc wysoką cenę, szukała swojej drogi. Przeczytaj szczery wywiad z Larą Gessler, opublikowany w kwietniowej Urodzie Życia.
Agata Bernaciak / 6 miesięcy temu
"Miałam 9 lat, kiedy rodzice się rozstali. Zostałam z tatą." O potędze rodzinnego klanu i swojej ścieżce opowiada Lara Gessler fot. Wojciech Affek, Wojciech Borkowski/Uroda Życia

Nie boi się już – jak kiedyś – kreowania własnej marki. Pisze książki kulinarne, prowadzi warsztaty, a przede wszystkim wraz z mamą prowadzi dwie warszawskie restauracje. Jesienią wyszła za mąż. Ma inną wizję własnego domu niż ten, który zna z własnego dzieciństwa. Jednocześnie jest silnie związana z rodziną. Choć jej rola w układance klanu Gesslerów mocno zmieniła się przez lata. Kim jest dziś Lara?

Marta Bednarska: „Jestem medialnym wypłochem” – to twoje słowa. Trudno namówić cię na publiczne zwierzenia. Kto jednak zobaczy sztućce i haftowaną serwetkę, wytatuowane na twoich plecach, wie, że…

Lara Gessler: Właśnie, jak to odczytujesz?

MB: Że kochasz gotować? Jeść? Że masz w sobie kulinarny gen Gesslerów?

LG: Tatuaż jest integralny ze mną. To pomysł, którego nie żałuję. Stąd odwzorowane nóż i widelec z czasów dzieciństwa w rodzinnym domu w Łomiankach. Kształtowały moje poczucie smaku. Obok serwetka z Fukiera – wspólnej restauracji taty i mamy, gdzie spędzałam masę czasu. 20 lat temu w szarawej Warszawie było to miejsce wyjątkowo inspirujące kulinarnie, towarzysko, artystycznie. „Wyhaftowałam” też inicjały rodziców. Ten tatuaż to wyraz mojej miłości do gotowania i hołd dla mamy i taty.

MB: Za co najbardziej jesteś im wdzięczna?

LG: Nauczyli mnie chłonąć życie. Z dziecięcą ciekawością poznawać świat, odbierać go wszystkimi zmysłami. Mnóstwo podróżowaliśmy – Hiszpania, Włochy, Niemcy. Mama potrafiła w środku tygodnia zapytać: „Jutro Madryt? Nic się nie stanie, jak nie będzie cię w szkole”. Uwielbiałam to nasze wspólne celebrowanie każdego momentu w podróży. Zawsze na długie śniadanie ubieraliśmy się ładnie – dla siebie wzajemnie, potem odkrywaliśmy galerie, restauracyjki, chłonęliśmy ludzi, jedzenie, sztukę i kulturę każdego z miejsc. Rodzice postawili na wielopoziomową edukację, jakiej w szkole bym nie zdobyła. Wyszło to naturalnie, bo byli tak pochłonięci kreatywnym życiem, że nie mieli głowy do nauki ze mną, pilnowania ocen, wywiadówek. Mama powtarzała mi, że „trójkowicze” najlepiej radzą sobie w życiu. A ja te tróje i tak miałam dzięki wiecznym korepetycjom. Nauka w podstawówce była dla mnie gehenną. Wkuwać tablicę Mendelejewa?

MB: Po co, gdy wokół działo się tyle fascynujących rzeczy?!

LG: Właśnie. Lata 90. były bardzo kolorowe. Jestem świadoma, że takie życie, jak wtedy, nie wróci. W Fukierze byli niesamowici goście, niezwykłe menu, dyskusje i zabawa do świtu. Dla mnie to była planeta cudów.

MB: Planeta dla bogaczy. I snobów?

LG: Raczej dla socjety – artystów, twórców, pewnie też ludzi majętnych. W tamtych czasach rozwarstwienie społeczne było znacznie większe niż dziś. I można zażartować, że rodzice byli takimi polskimi Carringtonami.

MB: A twoje dzieciństwo – musujące jak szampan?

LG: Wychowali mnie w poczuciu, że wartością jest piękno życia. Nie było mowy o tym, że jesteśmy lepsi. Zero snobizmu. Równie fajne były wyjazdy do butikowego hotelu za granicą, jak jeżdżenie na sianie na wsi i przeprowadzanie krów na pastwisko. Nie widziałam wyższości anchois nad ziemniakami z kwaśnym mlekiem. Wszystko było równie atrakcyjnie, fascynujące, dynamiczne. Nawet za bardzo.

MB: Dużo bodźców. A dziecko czasem potrzebuje nudy.

LG: Podświadomie szuka stabilizacji i paradoksalnie nuda dobrze mu robi. Fajne było szalone życie, goście, wyjazdy, imprezy, ale taka duża nieregularność była też dla mnie jak turbulencje.

MB: Bo brakowało „niedzielnego obiadu”?

LG: Zdarzał się, ale w codzienności ciężko było doszukać się rytmu. Mama miała więcej pomysłów niż minut w dobie. Rano mówiła: „Róbmy to, to, to i tamto, a wieczorem o 22 przyjadą do nas supergoście, więc gotujemy!”. Oczywiście, urzekała mnie jej fantazja. Pamiętam, jak przed imprezą karnawałową z przyrodnim bratem, Mikołajem, trzy godziny darliśmy gazety, bo mama wymyśliła, że cały dom pokryjemy strzępkami papieru. Była inna od wszystkich mam, była zjawiskiem. Torpedą pełną pasji.

MB: Córki powielają często wzorzec matki.

LG: Mama była dla mnie tak idealna, tak kreatywna, uzdolniona, że w dzieciństwie nie śmiałam jej naśladować. Bałam się jej oceny. Pamiętam, że jako mała dziewczynka chciałam malować jak ona. Spojrzała na mój obraz i pogłaskała mnie. „Nie maluj, bo ci to nie wychodzi”. Myślę, że jestem miksem rodziców. I na pewno –  córeczką tatusia. On od zawsze szanował moje wybory. Przenigdy nie oceniał. Bezkrytycznie zaakceptował mój pierwszy związek z dwa razy starszym ode mnie mężczyzną. „Jesteś szczęśliwa, to dobry człowiek dla ciebie? OK”. Tata opowiadał bajki, pilnował kąpieli, kładł spać. Miał czas na te z pozoru zwykłe rzeczy. Ale czynił je nienudnymi. Spacery z rozmowami o architekturze. Wyprawy na targ antyków, gdzie opowiadał mi o starociach. Miał i ma nadal cichą magię w sobie. Do dziś słyszę, że w dzieciństwie „oblepiałam” tatę, wciąż się przytulałam, wspinałam po nim. Mama była zbyt ruchliwa. A tata jest oazą spokoju. Skałą. Do krzty dobrym człowiekiem, moim drugim sumieniem. Może nie jest najbardziej przedsiębiorczą osobą, może na wielu rzeczach się nie zna, może nie ma czasami inicjatywy, którą według wielu powinien mieć…

 MB: Nie jest samcem alfa…

LG: Dla mnie jako dziecka nie miało to znaczenia. Podświadomie szukałam odrobiny spokoju, rytmu. W tym naszym dynamicznym życiu tata uczył mnie olbrzymiego szacunku do codziennych rytuałów. Pierwszy rano schodził do kuchni, szykował śniadanie, pilnował, żebym zabrała do szkoły coś do jedzenia. Jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo taka rutyna jest mi potrzebna. Choć pamiętam, że jako ośmiolatka wymyśliłam, że chcę uczyć się w podstawówce z internatem. Nic z tego nie wyszło, ale podświadomie szukałam większej dyscypliny, stabilności. Może paradoksalnie to zabrzmi, ale poniekąd uratowało mnie rozstanie rodziców.

MB: Ile miałaś lat, gdy się rozeszli?

LG: Dziewięć. Bałam się, że będę musiała wskazywać, z kim chcę być, ale tak się nie stało. Tato był dla mnie naturalnym wyborem. Mama przekierowała swoje życie w inną stronę.

MB: Wybrała innego mężczyznę?

LG: Również. Ale przede wszystkim bardzo skupiła się na pracy. Myślę, że chyba wiedziała, co jest dla mnie lepsze.

MB: Poruszyły mnie pewne słowa w twojej książce: „Dziękuję rodzinie Borkowskich, którzy pokazali, jak powinna wyglądać rodzina”.

LG: To rodzice mojego byłego partnera. Niesamowicie zżyci z czwórką swoich dzieci. Pokochałam ich wszystkich. Jestem im wdzięczna za mnóstwo rzeczy – za rodzinne zjazdy w weekendy, wspólne ogniska, śpiewanie, gry w planszówki. Z nimi było tak, jak być powinno. Śmieję się, że ludzie dzielą się na tych, którzy wychowywali się na radiowej Trójce, i resztę. Mają w sobie rodzaj nostalgii, tacy „ludzie gór”, co śpiewają z gitarą, czytają poezję, są wrażliwsi, potrzebują kontaktu z  naturą. „Przeżywają” świat spokojniej, bez krytykanctwa. Rodzina Borkowskich taka właśnie była. Do dziś mamy bliski kontakt.

MB: Szczerze mówisz o rodzinnych turbulencjach. Zapłaciłaś za nie cenę?

LG: Myślę, że kilkanaście lat temu podświadomie, choć w ekstremalny sposób, chciałam uporządkować sobie świat. Dostałam bzika na punkcie odpowiedniego jedzenia. Nadmiernie uważałam na to, co jem, jak i kiedy. Wszystko musiało być dokładnie tak, jak zaplanowałam. W dbałości o posiłki nie chodziło mi o wygląd, szczupłość, tylko o zdrowie i obsesyjną kontrolę nad nim. To się nazywa ortoreksja.

MB: Kiedy zorientowałaś się, że chorujesz?

LG: Przyjaciółki z liceum wepchnęły mnie na wagę. Niepokoiły się, że jestem strasznie chuda. Zanim zaczął się ten bzik, ważyłam 58 kilogramów, tamtego dnia na wadze zobaczyłam 45, co przy wzroście 173 cm jest, delikatnie mówiąc, przesadą. Mama gotowa była porwać cały świat do interwencji. Ale wiadomo – ortoreksja to zaburzenie psychiczne, więc jeśli ktoś z zewnątrz próbuje ingerować, reagujesz agresją. Powiedziałam: „Zostawcie mnie na dwa miesiące”.

Rozmawiała Marta Bednarska
fot. Wojciech Affek, Wojciech Borkowski, archiwum prywatne

Cały wywiad z Larą Gessler do przeczytania w Urodzie Życia 4/2018 (już w kioskach).

Polecamy!

Wszystkie tajemnice Magdy Gessler

Lara Gessler i jej partner przez 3 miesiące byli na diecie, ostro ćwiczyli. Jakie się zmienili? Mamy zdjęcia!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/4 miesiące temu
HAHAHA to dobre ! to fałszywe brzydkie dziecię w "urodzie życia ?