Krzysztof Hołowczyc z rodziną fot. Krzysztof Opaliński/Purple Talents

Wywiad z Krzysztofem Hołowczycem w "Vivie!"

Szczera rozmowa dla "Vivy!"
/ 19.06.2014 07:57
Krzysztof Hołowczyc z rodziną fot. Krzysztof Opaliński/Purple Talents
– Jak się Pan dowiedział, że został dziadkiem? 
Krzysztof: Byłem na Dakarze. Rajd się jeszcze nie zaczął, ale ja już mentalnie byłem przygotowany do jazdy. Poród zaczął się w sylwestra w nocy. Po wszystkim zadzwoniła żona i usłyszałem, że Karolcia zdrowa, Alabama zdrowa, dziesięć paluszków u góry, dziesięć u dołu, dziesięć punktów w skali Apgar. Już wiedziałem, że wszystko hula. Pomyślałem: znowu babiniec się powiększył… 

– Alabama? Skąd pomysł na takie oryginalne imię?
Karolina: Z filmu „Prawdziwy romans”.
Krzysztof: Na początku moja reakcja była nieco dziwna. Dobrze, że nie urodził się chłopak, bo byłby… Teksas. Ale później zostałem sprowadzony do pionu. Okazało się, że Alabama to imię pięknej kobiety, na której cześć nazwano stan w USA. Już je polubiłem. Ale najcudowniejszy był dziadek Karoliny. „Co wy chcecie od tego imienia?”, pytał. 

– Nie żałował Pan, że nie mógł być wtedy przy córce?
Krzysztof: Nie jest łatwo być daleko, kiedy w domu dzieją się tak ważne rzeczy. Od lat mam poczucie, że, cholera, przez ten mój sport dużo tracę. Takie chwile, jak poród Karoliny boleśnie to uświadamiają. 

– Co czuje mężczyzna, który zostaje dziadkiem?
Krzysztof: Że jakiś kolejny etap się rozpoczął. Teraz jak widzę relacje naszej najmłodszej córki Antosi z Alabamą, śmieszna sprawa, bo sześcioletnia Antosia jest ciocią córki Karoliny, mam poczucie, że coś mi się w życiu udało. Rodzina rośnie, jak siadamy do obiadu, to jest już prawdziwy gwar. Jedni mówią o tym, inni o tamtym. Zabawne jest jeszcze to, że dziewczyny mają duży problem z nazywaniem nas dziadkami. O mnie nie mówią dziadek, a o Danie, babcia.
Karolina: Alabamie mówię, że jedziemy do mamy, a nie do babci. 
Krzysztof: Mnie wydaje się, że jestem tatą. To dziwne uczucie. Mówię do wnuczki: „Chodź tu, córuniu moja”. 

– Zauważyłyście jakąś zmianę w tacie, od kiedy został dziadkiem?
Alicja: Tak! Powiedziałabym, że tata ostatnio nawet odmłodniał. Dakar i te wszystkie rajdy, w których bierze udział, wymagają od niego dobrej formy. 
Krzysztof: Doszedłem do wniosku, że teraz będę tylko w majtkach występował, żeby pokazać moją sprawność i siłę. Byliśmy na wakacjach na Wyspach Kanaryjskich i na plaży mówiłem córkom: „Zobaczcie, jak dziadziuś wygląda!”. Kiedyś zarzekałem się, że nie jestem biegaczem, tylko kierowcą rajdowym. A teraz biegam i wykonuję mnóstwo specjalistycznych ćwiczeń. Mam świetnego trenera i on naprawdę mnie naprostował, mimo że zawsze byłem za wysoki do sportów motorowych. Nawet mówiłem ojcu, że spaprał robotę. Piętnaście centymetrów mniej i byłbym normalnie supergościem. 

– Cała rodzina jest wysoka. 
Krzysztof: Jedynie Ala taka karłowata. 
Alicja: Karłowata? Mam 175 centymetrów!
Krzysztof: Jak na nasze rodzinne warunki karłowata. Karolina powyżej 180 centymetrów, mama też. 

– To może „najniższa” Alicja pójdzie w Pana ślady?
Krzysztof: Największy talent miałaby do tego Karolina. Dwadzieścia cztery punkty karne. Jak ona jedzie, wszyscy się rozjeżdżają. 
Karolina: To nie jest śmieszne! Muszę od nowa zdawać egzamin. 
Krzysztof: Ala natomiast jest wielką fanką żużla. Jeździmy razem na mecze i kibicujemy. 
Alicja: Moi koledzy pytają: „Jak możesz lubić żużel?”. 
Krzysztof: Ale wystarczy pójść na stadion i zmienia się zdanie. My z Alą schodzimy jak najbliżej areny. Wdychamy spaliny, dostajemy żużlem po twarzy. Niesamowite widowisko i świetni kibice. 

– Macie jeszcze jakieś wspólne pasje?
Krzysztof: Zasuwamy za naszą motorówką po jeziorze. Teraz na wakeboardzie, wcześniej Karolina z Alą nauczyły się pływać na nartach wodnych. Ostatnio Antonina zaczęła się dopominać. Mówi: „Tato, już czas”. Z Tosią jest jednak problem. Mało nam się nie utopiła. Wypadła z łodzi i fest opiła się wody. Troszkę się też przestraszyła. (Krzysztof pokazuje filmiki z wakacji, na których Tosia wskakuje do basenu).

– Bomba!
Krzysztof: Skarżyła się, że bolał ją brzuszek. Skoczyła na „dechę”. Mówiłem: „Ma boleć!”. Tłumaczę córkom, że żeby się czegoś fajnego nauczyć, trzeba czasami pocierpieć. Dzięki bólowi człowiek doświadcza życia. Ja już na przykład w ogóle nie używam środków przeciwbólowych. Robię wszystkie zęby bez znieczulenia. Tak jak Karolina. Tosia wcześniej wskakiwała z łódki do wody, zawsze w kamizelce, więc czasami się nawet nie patrzyliśmy. Aż nagle się przechyliła, zniknęła i jak się zorientowaliśmy, to trzeba było ją wyciągać. Alicja dla odmiany połamała kręgosłup. Skakaliśmy łodzią przez fale. Usiadła z przodu, jakoś tak niefortunnie, i walnęła tyłkiem w kadłub. Okazało się, że to tylko pęknięcie. Pomyślałem: czy ty ojciec aby nie przesadzasz za bardzo z tymi swoimi dziećmi? Z drugiej strony mają w genach pociąg do adrenaliny. Lubią prędkość, ryzyko.

– Która córka jest najbardziej podobna do Pana?
Krzysztof: Każda ma coś innego ze mnie. Najrozsądniejsza jest Alicja. Ja jej nawet mówię, że gdyby coś się działo, to ma się zaopiekować mamą. Dana jest cudowną, wspaniałą kobietą. Stworzyła fenomenalny dom, będę przy niej trwał do końca swoich dni. Ma niesamowitą mądrość życiową, ale kompletnie nie wie, skąd się biorą pieniądze. W ciężkich momentach, kiedy ja się przewracam, kiedy psychicznie leżę, nie mam lepszego psychologa niż żona. Momentalnie stawia mnie na nogi, mówi o priorytetach, co jest ważne, a co nie. Lamentuję, że nie mam kontraktu, że już nie będę jeździł, a Dana odpowiada, że to nie ma znaczenia. Przecież jesteśmy stabilni finansowo, mógłbym dwa, trzy, pięć lat nie pracować. Tak rzeczywiście jest, ale zabawne jest, że to mówi kobieta, która nie jest w stanie kontrolować kasy. 

– Wytrzymałby Pan tyle bez ścigania?
Krzysztof: Proszę pana, ja nie jestem w stanie pojechać na dwa tygodnie na wczasy. Mnie posadzić na leżaku, rano śniadanko, plaża… trup na miejscu. Muszę coś sobie znaleźć. Przebiegnę się, skoczę gdzieś, wypożyczę skuter... A jakby pan zobaczył Karolinę i Alę na skuterach. Szok! 

– Tak szczerze, nigdy Pan nie żałował, że nie ma syna?
Alicja: „Córeczko, wolałabym, żebyś była chłopcem…”.
Krzysztof: Jest taka piosenka! Ale ja śpiewam: „Córeczko, nie chciałbym, żebyś była chłopcem!”. Brakowało mi kogoś, kto może mi podać odpowiedni klucz w garażu. Ale Tośka nieźle sobie z tym radzi. Dziewczyny w ogóle mają zakodowane, poprzez przebywanie z takim facetem jak ja, różne dość nietypowe rozrywki. Chłopaki aż przecierają oczy ze zdumienia, jak widzą je na skuterach.

– Jak wychowywał Pan córki?
Krzysztof: Uznałem, że programowanie następuje do 10., maksymalnie 12. roku życia. A później to już tylko mogę wspierać swoje dzieci.

– Karolina i Alicja się buntowały?
Krzysztof: Obie mają mocne charaktery. W pewnym momencie dorastania u Karoliny nastąpiła totalna negacja. My byliśmy smutnymi frajerami, żyjącymi w nudnym domu. Nie podobało jej się to, że trzeba było wstawać rano, jeść jakieś głupie śniadanie. To wszystko dla frajerów. 
Karolina: Tata z mamą nigdy nie pracowali od 8 do 16, jak rodzice moich koleżanek. U nas domu wszystko było na wariackich papierach. Wyjazdy z dnia na dzień, zero planowania. 

– To przecież nie ma nic wspólnego z nudą, rutyną!
Krzysztof: Jeszcze nie skończyłem historii! Dwadzieścia jeden lat i nagle przychodzi takie dziecko: „Wiesz, tato, jaka ja byłam głupia. Jak wy mogliście ze mną wytrzymać”, mówi. A ty słyszysz takie słowa i myślisz, że jednak dobrze programowałeś. Ala jest zupełnie inna, spokojniejsza. Ale teraz, trzecia córka jest jak Karolinka. Wizualnie też. Patrzę na Tosię i już wiem, że mogą być z nią kłopoty. 

– Wkurzał się Pan, jak córki przynosiły złe oceny do domu?
Krzysztof: Zawsze stałem po tej samej stronie co one. Wolę je z różnych opresji wyratować, niż poddać się temu reżimowi, bzdurnej filozofii, że dziecko musi być odtąd dotąd. Nie chciałem, żeby dawały się tym często zupełnie przypadkowym ludziom, którzy zostali nauczycielami, wciągać w ich gierki.
Alicja: Miałam taką sytuację, że dostałam poprawkę z matematyki. W klasie było sześć osób z takimi samymi ocenami i tylko ja musiałam zdawać dodatkowy egzamin. Zacisnęłam zęby. Ocenę poprawiłam i już nigdy nie widziałam więcej tego faceta na oczy. Zmieniłam szkołę. 
Krzysztof: Jeżeli Ala uważała, że było coś nie w porządku, wierzyłem jej. Ja jestem dla moich dzieci. Wspieram je.  

– Tego nauczył się Pan od swojego ojca?
Krzysztof: Mam fantastycznego tatę, bardzo konsekwentnego, logicznego. On zna życie. To człowiek stateczny. Trochę jak Alicja. Ja jestem świrem, jak mój dziadek, który wyrabiał różne cuda, ale jednak gdzieś te podstawy od mojego ojca mam zakodowane. We mnie wrodziły się Karolina i Tosia. Dzięki mojemu ojcu zrozumiałem, że w codziennym życiu jest tyle szczęścia. Mój tata mówi: cieszcie się sobą. On żyje chwilą. Dziewczyny lubią chodzić do niego po radę, bo jak dziadek coś powie, to na pewno tak właśnie jest. Ma raka i powoli kończy życie, on już siebie i nas do tego przygotowuje, ale pokazuje też, że nawet w jego wieku można tak wiele ciekawych rzeczy zobaczyć, doświadczyć. 

– Karolina, teraz sama jesteś mamą. Zamierzasz wychowywać córkę, tak jak rodzice wychowywali Ciebie?
Karolina: Odkąd Alabama pojawiła się na świecie, nabieram coraz większego szacunku do moich rodziców. Miałam superdzieciństwo. I chciałabym, żeby moje dziecko też mogło to kiedyś powiedzieć.

– Panie Krzysztofie, trudno odnaleźć się w domu pełnym kobiet? 
Krzysztof: Ja się przyczaiłem. Widzę, że są kwestie, w których nie ma z nimi żadnej dyskusji. Całe postrzeganie świata przez kobiety jest niesamowite. Wszystkie cztery mogą mieć jednego dnia różne nastroje, ale mogą się też tymi nastrojami łączyć. 
Alicja: Kiedy mamy gorszy dzień, tata często obrywa. Potrafimy się na niego wydrzeć o byle co. 
Krzysztof: Są takie momenty, że patrzę na nie i czuję, że temperatura w tym garnku rośnie. Bulgoce i bulgoce. Jak wulkan. Następuje prawdziwa erupcja i znowu jest spokój.

– Kto pierwszy wyciąga rękę?
Alicja: Raz mama, raz tata. Zależy, kto bardziej nabroił.  

– Wasi rodzice poznali chyba sekret prawdziwej miłości. Po tylu latach wciąż są w sobie zakochani! 
Karolina: Tata jest z mamą od 16. roku życia! W dzisiejszych czasach to jest wręcz abstrakcyjne. 
Alicja: Ich uczucie nie jest udawane. Mamy znajomych, których rodzice też są tak długo ze sobą, ale oni tylko żyją obok siebie. 
Krzysztof: Ile my jesteśmy z mamą małżeństwem? 25 lat?
Alicja: 30!
Krzysztof: Ale Dana mówi: „Spoko, przecież ciebie tyle nie ma, że nawet 15 lat nie jesteśmy razem”. Na Wielkanoc miałem być w domu, a tu dzwonią od sponsora, że mam się stawić w piątek w Katarze. Święta, wszystko ustalone, a trzeba wsiąść w samolot i na pustyni tydzień spędzić. 

– Denerwujecie się, kiedy tata jedzie na rajd?
Alicja: Denerwujemy się dopiero, kiedy tacie nie idzie.
Krzysztof: Niezłe świry, nie? Dzwonię do mojej żony i mówię jej, jak ciężki był rajd. Super, w ostatniej chwili przeskoczyłem na drugie miejsce. Na to Dana: „A wygrać nie mogłeś?”. Ale też bardzo przeżywa wszystkie moje starty. Myślę, że ona ma ciężej, niż ja. Dakar trwa dwa tygodnie, ścigamy się dzień po dniu. I ona taka biedna siedzi, patrzy na tę kropkę w komputerze, na moja pozycję ze współrzędnych GPS. 

– W 2013 roku podczas Dakaru ta kropka nagle stanęła w miejscu. Pana ze złamanym kręgosłupem z pustyni zabrał helikopter, a Pana żona musiała powiadomić Karolinę i Alicję o wypadku. Obie były zdziwione, że zareagowała tak spokojnie. 
Krzysztof: Mamy z Daną taką umowę, że dopóki daję radę, to dzwonię. Ona otrzymuje pierwszy meldunek. 
Alicja: Mama też zawsze po głosie wyczuwa, w jakim stanie jest tata. 
Krzysztof: Telefon satelitarny przekłamuje i ona się przeraża, bo głos jest taki, jakby się dzwoniło zza światów. Mówię: „Spokojnie, przecież wiesz, że to tylko ten głupi telefon”. Ona mówi: rusz nogami, rusz rękami. Ruszam. Boli, ale będzie dobrze. 

– Może ten spokój Pana żony wynikał z tego, że podświadomie spodziewała się wypadku?
Alicja: Wszyscy mamy taką świadomość, że coś tacie może się stać. 
Krzysztof: Wyjeżdżając, zawsze mówię, gdzie są polisy, gdzie ważne dokumenty. Na szczęście mam przyjaciela, Andrzeja, który się tym wszystkim zajmuje. Nie jest tak, że gdy ja odejdę, to one zostaną bez środków do życia. Plus milionik euro wpadnie, jak pójdę do piachu, bo na tyle jestem ubezpieczony. Dziewczyny nie muszą się martwić. 

– Nie brakowało Wam taty, gdy wyjeżdżał?
Karolina: Może nawet miałyśmy lepiej, niż inne dzieci. Bo kiedy tata miał przerwę w rajdach, to rzeczywiście był z nami przez cały czas.  
Krzysztof: Nagle pojawia się jakaś dziura w kalendarzu. Wtedy na przykład lecimy do Stanów i przez dwa tygodnie jeździmy po kraju. Jesteśmy całą rodziną tak blisko, że tego nie da się oszukać, podrobić. 

– Próbuje Pan w ten sposób rekompensować żonie i córkom długie rozłąki?
Karolina: My tak po prostu żyjemy!
Krzysztof: Żyjemy! I to intensywnie.
Karolina: Jak by tata był cały czas w domu, to też nie byłoby dobrze. 
Krzysztof: Słynne domowe hasło, jak już jest za długo spokojnie i zaczynam się snuć, brzmi: „Weź zrób jakiś trening, idź na motor albo coś”. Pojeżdżę i znowu staję się „misiem”. 

– Często spotyka się Pan z córkami? Alicja studiuje w Warszawie, Karolina mieszka z Łukaszem. 
Krzysztof: Bardzo często. W Warszawie jestem dwa razy w tygodniu i zawsze z Alicją zjemy jakiś obiad. 
Alicja: Śmieję się, że odkąd mieszkam w Warszawie, częściej widuję się z tatą, niż kiedyś. 
Krzysztof: Z Karoliną też mamy ciągły kontakt.  
Alicja: Jej chłopak pracuje, a Kara zazwyczaj przychodzi do mamy z Alabamą sobie posiedzieć w tym czasie. 

– Mówi się nawet, że „mężczyzna jest głową, ale kobieta szyją, która tą głową obraca”. 
Alicja: Mama zawsze to powtarza!
Krzysztof: Bez żony, córek byłbym na pewno jakimś straceńcem. Chwaliłbym się, że przez trzy odcinki specjalne byłem mistrzem. A ja mam naprawdę piękne życie. Jak król! Żona, córki – superdziewczyny. Moi koledzy z młodymi partnerkami, żyjący w sterylnych apartamentach… Kiedy mnie odwiedzają w domu, mimo bałaganu, gwaru, biegających dzieciaków, podchodzą i mówią: „Boże, też tak bym chciał!”. 

– Oszalał Pan już na punkcie wnuczki?
Krzysztof: Tak naprawdę poznałem ją i zakochałem się dopiero podczas naszego kwietniowego wyjazdu. Byliśmy razem tydzień na Fuertaventurze. Ona ma cudowne oczy i wspaniale się rozwija. Fenomenalnie!
Alicja: Ja teraz nie widziałam jej ponad tydzień i jestem w szoku. Jak ona szybko się uczy!
Karolina: Alabama już wie, że dziadek będzie od szalonych rzeczy. Mama krzyczy, żeby zostawił ją w spokoju, jest przecież jeszcze malutka, a tata organizuje jej jakieś dziwne atrakcje. 

– Będziecie rozpieszczać wnuczkę?
Krzysztof: Oczywiście. Najpierw nasze dzieci owinęły nas wokół palca, teraz niech zrobi to Alabama.  

– Nie myśli Pan o emeryturze?
Krzysztof: Jeszcze nie. Na razie wszystkie moje trofea są pochowane w kartonach. W końcu przyjdzie czas, żeby je wyjąć, usiąść w bujanym fotelu, wnuki obok i dziadziuś będzie opowiadał, jak to się działo. To byłoby takie łagodne odejście. Ale będą jeszcze musiały na to poczekać. Ciągle jestem aktywny. Mnie z motorsportu może wygonić tylko jakaś poważna kontuzja. Rok przerwy i momentalnie stanę się starym człowiekiem. 
Alicja: Wolałabym, żebyś świadomie stwierdził, że kończysz karierę, a nie łamał sobie kości. 
Krzysztof: Przykład kolegi z Dakaru, Schleserra, który ma 63 lata i pokazuje, że nie ma ograniczeń wiekowych. Są odpowiednie programy, odżywki… Ja dostaję takie cuda, że biologicznie jestem w wieku 35 lat! Utrzymanie takiego stanu to tylko kwestia motywacji. W pewnym momencie można zrezygnować i wybrać słoneczko, jacht i spokojne życie. Ale ja nie należę do tej grupy. Jeszcze mam frajdę z gonienia króliczka. 
Karolina: Dziadek Hołowczyc ciągle w akcji!
Krzysztof: A to zwycięstwo dedykuję mojej wnusi! Wymyślamy sobie takie hasła, które będę mógł powiedzieć po jakimś wygranym rajdzie. Może po najbliższym Dakarze?

Rozmawiał JAKUB BISKUPSKI
Zdjęcia krzysztof opaliński/purple talents
Stylizacja Marcin Żak
Makijaż Magda Gontarczuk/Purple Talents
Fryzury Sławek Oszajca/Purple Talents
Produkcja Anna Skała
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)