Wszyscy Kydryńscy świata

Ta rodzina słynie ze znakomitości. Piosenkarki, konferansjerzy, pasjonaci muzyki... A przede wszystkim ludzie, którzy wzbudzają powszechne zainteresowanie.
Przejazdem przez życie… Kroniki rodzinne – to historia rodziny Kydryńskich autorstwa seniora rodu, Lucjana. Kiedy popularny konferansjer spisywał wspomnienia, po kolei zapraszał na dywanik jednego po drugim członków rodziny i pytał, pytał, pytał...
„Niewiele miałam do powiedzenia. Moje najwcześniejsze wspomnienie to powstanie warszawskie. Wybuchu wojny i ojca, który ze Lwowa, gdzie się urodziłam, wyruszył na front i nigdy nie wrócił – nie pamiętam, nie znam...”, mówi Halina Kunicka, żona Kydryńskiego.
„Wiem, że książka opowiada także o nas. Jak się z Marcinem poznaliśmy i pokochaliśmy. Lucjan wypytywał nas o wszystko, bo chciał, aby to była jak najprawdziwsza historia”, mówi Anna Maria Jopek, jego synowa.
Marcin Kydryński bardzo cieszy się, że książka powstała. „To niewybaczalna impertynencja, ale nie wiem, kim był mój dziadek, ojciec ojca. Znam jedynie strzępki różnych historii o stryju w Oświęcimiu, o Karolu Wojtyle, który przez pewien czas mieszkał u mojej babci. Ostatnio Franio powiedział do mnie przejęty: »Wiesz, tatusiu, ta papuga ma 200 lat, na pewno pamięta II wojnę światową«. To mi uzmysłowiło, jak cenna to będzie książka dla moich dzieci”.

Panie śpiewają, panowie opowiadają
„Wszyscy Kydryńscy świata” to zdaniem seniora rodu Lucjana Kydryńskiego: „Staś, Franio, Marcin i ja”. Jednak bez dwóch pięknych kobiet: Haliny Kunickiej-Kydryńskiej i Anny Marii Jopek-Kydryńskiej – brunetki i blondynki, teściowej i synowej, nie byłoby na świecie aż trzech spośród czterech Kydryńskich. Jakoś tak się dziwnie w tej rodzinie w dwu kolejnych pokoleniach złożyło, że panie o niezwykłych głosach śpiewały, a panowie – lekko i ze swadą pisali i mówili o śpiewających.
O synowej inaczej niż dobrze pani Halina nie mówi. Obie panie łączy sporo podobieństw: obie zrobiły karierę jako damy polskiej sceny muzycznej, obie mają po dwa nazwiska, bo: „Zanim zostałyśmy paniami Kydryńskimi, miałyśmy swój dorobek”.
W dużym, pełnym książek i płyt mieszkaniu Haliny i Lucjana Kydryńskich na regale w salonie stoi biało-czarne zdjęcie Ani z dwumiesięcznym Franiem o wielkich, ciemnych oczach. „Ma tak mądre spojrzenie, że pani pediatra, gdy go pierwszy raz zobaczyła, spytała: »A ty, malutki, już czytałeś Kanta?«, w głosie babci Haliny słychać zachwyt. I trochę skargi, gdy mówi: „Wie pani, Ania z Marcinem wcale nam tak często dzieci nie dają, »dozują« je”. Jednak źle być nie może, bo widuje się całą trójkę w parku niedaleko Łazienek, jak między drzewami bawią się w chowanego. Spacerowicze rozpoznają Halinę Kunicką łatwo, bo zmieniła się niewiele: piękne czarne oczy z dyskretnym makijażem, zgrabna sylwetka, kształtna głowa z dobrze obciętymi czarnymi włosami.

Rodzina z historią
Klan Kydryńskich trzyma się mocno. Pierwsze dziecięce wspomnienia nestora rodu wiążą się z dziadkami – rodzicami mamy z Tarnobrzega, gdzie jeździł na każde wakacje. Mieszkali w służbowym domku, w cieniu stuletniej lipy, przy browarze hrabiego Tarnowskiego, bo dziadek opiekował się kotłownią i maszynerią browaru. W Tarnowie mama wyszła za mąż za dyrektora miejscowego gimnazjum, Juliusza Kydryńskiego, który miał już córki z poprzedniego związku: Ingeborgę i Melittę. Kydryńscy wędrowali po Polsce, bo głowę rodu co parę lat przerzucano do innego miasta, gdzie akurat potrzebny był wykładowca filologii klasycznej i niemieckiego. Każde dziecko rodziło się w innym mieście. Lucjan – najmłodsze – w Grudziądzu. Miał rok, gdy rodzice przenieśli się do Krakowa, a los sprawił, że zatrzymali się tu na długo. To dlatego Lucjan Kydryński czuje się krakusem z krwi i kości.
W Krakowie mama pracowała jako nauczycielka, ojciec dyrektorował w gimnazjum, rodzina mieszkała we wspaniałym służbowym mieszkaniu. „Wiodło nam się całkiem nieźle”, wspomina Lucjan Kydryński. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy zmarł ojciec i okazało się, że toną w długach. Dzielna wdowa Juliuszowa Kydryńska pospłacała je i żadnemu dziecku nie pozwoliła rzucić szkoły.
To właśnie w Krakowie, tuż przed wojną, najstarszy syn Kydryńskich, Juliusz, student polonistyki i pasjonat sceny zaprzyjaźnił się z Karolem Wojtyłą. Stworzyli grupę prawdziwych „homo theatralis” w mieście, w którym teatry były znakomite, a do dobrego tonu wśród młodzieży należało znać poematy i całe części dramatów na pamięć.

Gdy wybuchła wojna, losy Karola Wojtyły – późniejszego papieża – splotły się na kilka lat z losami rodziny Kydryńskich. Zamieszkał u nich po śmierci swojego ojca, a potem dwaj przyjaciele dostali pracę w Solvayu – fabryce sody. Juliusz Kydryński i Karol Wojtyła harowali w kamieniołomach, odłupując wapienną skałę, szczęśliwi, że z pewnymi papierami mają szansę uniknąć łapanek i wywózki na roboty do Niemiec.

Prrrroszę Państwa...
Były pierwsze, trudne powojenne lata. Młody Lucjan długo nie mógł się zdecydować, co chce robić. Zmieniał kierunki studiów jak przysłowiowe rękawiczki, aby uniknąć wojska (i tak go ominęło, bo miał 17 kilo niedowagi i nie był w stanie udźwignąć karabinu). Rzucił prawo i anglistykę. Przemknął przez muzykologię. Na historii sztuki poznał swoją pierwszą żonę, ale tylko ona ją ukończyła. „Później podjęła pracę u konserwatora zabytków i »przy okazji« zakonserwowała mnie na – trudno w to uwierzyć – 16 lat”, wyznaje żartobliwie.
Spodobało mu się pisanie, ale studiować dziennikarstwo można było wtedy tylko w Wyższej Szkole Nauk Społecznych. Na szczęście przeniesiono je na UJ, nim zakończył studia. Do znakomitego krakowskiego „Przekroju” trafił dzięki znajomościom: polecił go starszy brat i profesor z dziennikarstwa. Powierzono mu dział kultury, po Jerzym Waldorffie, który akurat przeniósł się do Warszawy. Jednak zespół na początku był tak mały, że każdy musiał umieć pisać o wszystkim. On też. Więc pisał nawet o tym, że krowa kopie do przodu, a koń do tyłu. Albo na odwrót – nie jest pewien… Były to świetne czasy pisma z legendarnym redaktorem naczelnym Marianem Eile – człowiekiem o wielkim darze wyszukiwania talentów. Współpracownikami pisma byli Miłosz, Lem, Mrożek, Tyrmand, Kisielewski.
Kydryński wkrótce został publicystą, a później i recenzentem muzycznym w „Dzienniku Polskim”, gdzie pisał felietony popularyzujące muzykę – od poważnej do rozrywkowej. Nie wszystkie jego krytyczne oceny były strzałem w dziesiątkę: wielbiciele Kiepury „zlinczowali go słowami”, bo śmiał skrytykować ich idola.
To właśnie dzięki felietonom wypłynął na szersze wody. Najpierw trafił do radia z własną audycją „Rewia piosenek”, choć miał pewne kłopoty, gdyż uznano, że niepoprawnie wymawia „r”. Sypnęły się też propozycje od polskich zespołów orkiestralnych, z którymi zaczął jeździć na tournée zagraniczne i relacjonować występy. Dzięki Januszowi Rzeszewskiemu, reżyserowi telewizyjnemu, dostał propozycję prowadzenia programu na żywo, który nazwał „Muzyka lekka, łatwa i przyjemna”.
Gdy wszyscy przyzwyczaili się już do słynnego „r”, zaczął prowadzić koncerty. Co prawda pierwszą propozycję odrzucił, bo nie miał... ciemnego garnituru, ale wkrótce uzupełnił garderobę, by poprowadzić występy „trochę nerwowego” Charlesa Aznavoura i emanującej erotyzmem Marleny Dietrich. Wkrótce stał się niemal „etatowym prezenterem zagranicznych gwiazd, zwłaszcza z Francji”.
Siłą rzeczy, gdy powołano do życia Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, Lucjan Kydryński poprowadził koncert galowy w parze z Ireną Dziedzic. „Chyba się sprawdziliśmy, bo potem jeszcze nieraz kojarzono nas na estradzie w parę, a ludzie nas polubili”.

„Bagno to niby ja”
Kydryński zakochał się w Halinie po siedmiu latach znajomości. „Myślę, że początkowo Halina nie odwzajemniała w pełni moich uczuć, lubiła mnie, jak sądzę, ale o jej wzajemność musiałem dopiero zabiegać. Na razie na odległość, bo ona w Warszawie, ja w Krakowie, i nie bez trudności, bo ona miała męża, a ja żonę, mimo to nie ustawałem w staraniach”.
Kydryński miał w stolicy zszarganą opinię: „Uważano mnie, zupełnie bez powodów, za kobieciarza i uwodziciela. Wszyscy ostrzegali Halinę przed nierozważnym związkiem, a jej mama również początkowo nie darzyła mnie sympatią. »Masz kochającego męża – mówiła – jesteście udanym małżeństwem, po co ładujesz się w takie bagno«. To bagno to niby ja”.
A jak było dalej? Jak w bajce: pobrali się i żyją długo i szczęśliwie w otoczeniu wnuków i mnóstwa pięknej muzyki. Świadkami na ślubie Haliny i Lucjana byli Edyta Wojtczak i Jerzy Połomski. Skromne przyjęcie w marcu 1968 roku miało miejsce w restauracji Hotelu Europejskiego.
Gdy Marcin miał przyjść na świat, przyszły ojciec pojechał na festiwal telewizyjny do Montreux, gdzie zapowiadał po francusku polskich znakomitych artystów: Niemena oraz duet fortepianowy Marek i Wacek. Wkuł, jak zawsze, wcześniej teksty zapowiedzi na pamięć, bo francuskiego nie znał. Do czytania z kartki nigdy by się nie zniżył, bo publiczność na takie zachowanie nie zasługuje. Niespecjalnie więc miał czas na zakupy, ale dla dziecka, które wkrótce miało się urodzić, chciał kupić chociaż śpioszki. „Różowe czy niebieskie? – spytała sprzedawczyni. Speszyłem się trochę i poprosiłem o żółte!”.

Co dzieli ojca i syna?
Oczekiwany pierworodny syn przyszedł na świat 24 maja 1968 roku o 8.45. Następnego dnia tatuś był w pracy, bo nagrywał w Łodzi program dla telewizji. Dumny ojciec oznajmił w telewizyjnym programie „Muzyka lekka, łatwa i przyjemna”, że „Halina nie wystąpi, ponieważ wczoraj urodziła mi syna…”.
Były to czasy, gdy Kydryńskimi interesowała się cała Polska. Halina Kunicka śpiewała przebój za przebojem, otrzymywała Złote Płyty i nagrody, oboje z mężem podróżowali po Europie i świecie, a mały Marcin rósł jak na drożdżach. „Musiałem mieć niezłą opiekę, bo nie pamiętam żadnych dolegliwości związanych z częstymi wyjazdami rodziców”, zapewnia.
Szybko zaczął odnosić pierwsze własne sukcesy: „Marcin zjechał dziś z Kasprowego”. „Marcin spędził z nami pierwszego sylwestra ” (Marcin z zażenowaniem potwierdza: „Pamiętam, pamiętam… Miałem chyba 12 lat, pierwszy raz w życiu piłem wtedy szampana, bąbelki wychodziły mi uszami”).
Jako student wydziału wiedzy o teatrze w warszawskiej Szkole Teatralnej wyjeżdżał do pracy wakacyjnej za granicę, przy winobraniu, przy zbiorze chmielu. Gdy w wieku 22 lat wyprowadził się z domu, mamie zakręciła się łza w oku. „No przecież po to kupiliśmy mu mieszkanie”, przypomniał jej w ramach pocieszenia mąż.
Marcin zaczął zwiedzać świat. Dopiero dziś zdaje sobie sprawę, jak rodzice przeżywali jego podróże. On penetrował najniebezpieczniejsze regiony Afryki, za każdym razem pokonując kilkanaście tysięcy kilometrów, bo rozsadzała go ciekawość świata – oni umierali ze strachu o jedyne dziecko. Marcin dziś bije się w piersi: „Byłem całkowicie wyzuty z wyobraźni. Dopiero teraz, gdy mam własne dzieci, nie chciałbym, aby szły w moje ślady. Zresztą współczesny świat nie nadaje się do poznawania”. Zdjęcie jego autorstwa trafiło na okładkę „National Geographic”, a współpraca z tym prestiżowym dla każdego fotografa tytułem stanowiła dla niego „bardzo ważny rozdział w życiu”.
Ojca i syna sporo łączy, ale i sporo dzieli. „Na szczęście”, odpowiadają zgodnym chórem. Któregoś dnia Marcinowi, który odziedziczył po ojcu francuskie „r”, zaproponowano prowadzenie jakiegoś koncertu. Odmówił, co zdziwiło ojca. „Spytałem, dlaczego, na co odparł z pogardą: »Nie myślę być jakimś sopockim konferansjerzyną«. Dziecko potrafi zadbać o to, żeby ojcu nie przewróciło się w głowie”, komentuje to zdarzenie z humorem Lucjan Kydryński. Marcin nie pamięta, żeby powiedział coś podobnego.

Dziewczyna o ciepłym głosie
Marcin dość wcześnie pokochał jazz. Przed laty wraz ze wspólnikami wykupił prawa do organizacji Jazz Jamboree. Jeszcze wtedy nie wiedział, że dzięki jazzowi pozna kogoś uroczego i utalentowanego, kto słucha z wypiekami na twarzy jego audycji muzycznej w radiowej Trójce. Anna Maria Jopek, córka Marii Stankiewicz – tancerki z Mazowsza i Stanisława Jopka – pierwszego solisty w tym zespole, studiowała w warszawskiej Akademii Muzycznej. Na co dzień ćwiczyła pilnie na fortepianie, ale marzyła o śpiewie i jazzie. Gdy wróciła z kursu jazzowego w Manhattan School of Music, bardzo chciała, aby Marcin fachowo ocenił jej wokalne umiejętności. Poprosiła więc wspólną znajomą, by spytała, czy może mu przekazać taśmę ze swoimi nagraniami. „Tak, ale niech dołączy zdjęcie”, zażyczył sobie Marcin. Nieco ją to zdziwiło, ale zdjęcie dołączyła. Po jakimś czasie koleżanka przekazała słowa Marcina: „Nie takiego głosu oczekiwałem”. „Nie było to ani delikatne, ani miłe, jednakże Ani to nie załamało”, zauważa z podziwem jej przyszły teść Lucjan Kydryński.

Miłość rodziła się wolno
Po tym niezbyt udanym wstępie drogi Ani i Marcina rozeszły się na jakiś czas. Anna Maria obroniła dyplom w Akademii Muzycznej, a potem wyjechała na konkurs piosenkarski do Witebska, którego największą atrakcją był znakomity kompozytor Michael Legrand w roli członka jury. Otrzymała od niego maksymalną liczbę punktów w każdej kategorii, aż organizatorzy myśleli, że nie zrozumiał tamtejszych zasad punktacji. A Legrand zrozumiał tak dobrze, że dołożył Ani własną nagrodę. Niestety, od Marcina (który wie dosłownie wszystko, co dzieje się w środowisku muzycznym) nie dostała wtedy telegramu z gratulacjami. Ale i tak nieuchronność kolejnego spotkania wisiała w powietrzu.
Stało się to na festiwalu jazzowym w Puławach, na którym Marcin prowadził koncert finałowy. Zachowywał się, jakby nigdy nic, za to ona zastanawiała się, „czy pamięta?” i była tak zdenerwowana, że trzy razy musiał powtarzać jej nazwisko, zanim odważyła się wyjść zza kulis. Nie minęło wiele miesięcy, gdy zaproponował, aby zaśpiewała na płycie znanego muzyka jazzowego Henryka Miśkiewicza dwie kompozycje Legranda właśnie. Wkrótce, jako szef artystyczny Jazz Jamboree, zaproponował Ani recital.
I choć jego nosiło po świecie: a to do Wenezueli, na Antyle Holenderskie, a to z kolegą z północy na południe Afryki, to dla najbliższego otoczenia stawało się jasne, że właśnie narodziła się miłość. Stawali się w coraz większym stopniu nierozłączni.
Aż pewnego dnia Ania wprowadziła się do małego mieszkania Marcina ze swoim wielkim fortepianem. On z nią – jako „doradca, opiekun, krytyk i menedżer” – pojechał na festiwal Eurowizji do Dublina. Gdy wrócili, powiedzieli rodzicom, że zamierzają się pobrać. Ucieszyli się i Jopkowie, i Kydryńscy. W podróż poślubną młoda para pojechała do Nowego Jorku.
Pierwszy syn Ani i Marcina urodził się w maju 1998 roku, a imię otrzymał na cześć świętego Franciszka i Franka Sinatry jednocześnie. Na drugie ma Lucjan, ku radości dziadka. Drugi syn, urodzony w grudniu 2000 roku, otrzymał imiona Stanisław Jan, choć tatuś, po cichu licząc na dziewczynkę, miał przygotowanych kilka żeńskich imion.
Udane życie rodzinne przeplatało się z sukcesami muzycznymi, do których z pewnością należało nagranie przez Annę Marię płyty z Patem Methenym. Jak widzą przyszłość? „W ciągu ostatniego roku napisaliśmy 12 nowych piosenek, które już w październiku ukażą się na płycie »Niebo«. Mamy ogrom muzyki za sobą i przed sobą do zrobienia. Pisanie piosenek to nasza pasja i główne zajęcie”, mówi Marcin. I dodaje, że życie wypełniają im przede wszystkim synowie, niebywale intensywnie. To oni napiszą dalszą część historii rodu.

Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Jacek Poremba

Makijaż Gonia Wielocha/Helena Rubinstein
Fryzury Łukasz Pycior

Wydawnictwo Literackie zaprasza na promocję książki Lucjana Kydryńskiego "Przejazdem przez życie...Kroniki rodzinne".
O książce opowie Lucjan Kydryński, Halina Kunicka zaśpiewa, akompaniował będzie Jerzy Derfel. Spotkanie poprowadzi Jerzy Gruza.

6 października o godzinie 18.00 Sala Klubowa Traffic Club, Warszawa, ul. Bracka 25




SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/9 miesięcy temu
Za dużo lukru !
/9 lat temu
dlaczego nie:)