Wojtek Brzozowski

Wielokrotny mistrz świata w windsurfingu uległ groźnemu wypadkowi podczas treningu i czeka go wielomiesięczna rehabilitacja.
Czwarte piętro Szpitala Bródnowskiego, Oddział Ortopedii. W pokoju Wojtka łóżko, szafka, trzy szpitalne krzesła. Na parapecie wielki bukiet kwiatów i patera warzyw i owoców. Pod łóżkiem laptop, obok przy głowie dwa telefony komórkowe. Wojtek już zorganizował sobie biuro. Znów wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Od wypadku minęło zaledwie trzy dni. Obok niego, na szpitalnym łóżku - siedzi jego dziewczyna. Razem opowiadają o ostatnich wydarzeniach.

Monika Stukonis: - Co się właściwie stało?
Wojtek Brzozowski: Trenowałem na Zegrzu pod Warszawą. Pływałem na desce wakeboardowej za motorówką. Gdy nie ma wiatru, taka deska zastępuje windsurfingową. Motorówka robi za sobą falę, a ja wyskakuję do góry, robiąc różne ewolucje. Tak było i tym razem. Wyskoczyłem do góry i spadłem twardo na wodę. W ciągu ułamka sekundy zobaczyłem, jak mój piszczel wygina się, pęka i rozcina skórę. Byłem przerażony. Z krzykiem wpadłem do wody. Już wiedziałem, że jest bardzo źle.

- To Twój pierwszy wypadek?
W. B.: Poważniejszej kontuzji nie miałem nigdy, choć uprawiam windsurfing dwudziesty sezon. Owszem - złamane palce, wybite nadgarstki, ale tak naprawdę los był dla mnie szalenie łaskawy. Naiwnie myślałem, że jestem niezniszczalny, a okazało się, że jestem dokładnie tak samo kruchy, jak wszyscy moi konkurenci.

- Pierwsza myśl w czasie wypadku?
W. B.: „Co teraz? Przecież nie będę mógł jechać na najważniejsze zawody”. Sekundowa panika. Ale potem przyszła refleksja: może to dobrze, bo będę mógł trochę zwolnić, przemyśleć swoje życie, zrobić rachunek sumienia.

- Jak długo trwała akcja ratunkowa?
W. B.: Wszystko działo się błyskawicznie. Widziałem, jak moi koledzy skaczą do wody, podpływa motorówka i wyciągają mnie. Wydawało się, że to nic takiego. W szpitalu okazało się, że nie jest tak różowo. Od razu było jasne, że czeka mnie operacja i rehabilitacja, która może potrwać nawet pół roku. Na szczęście operację przeprowadził profesor Jarosław Deszczyński z zespołem chirurgów, najlepszych ortopedów w Polsce.

- Ucieknie Ci cały sezon?
W. B.: Tak, właśnie miałem jechać na Mistrzostwa Europy klasy olimpijskiej, a zaraz potem na najważniejsze zawody Pucharu Świata na Wyspach Kanaryjskich. W sierpniu wielka prestiżowa impreza w Polsce, we wrześniu Mistrzostwa Świata w Korei. Żałuję, że nie wystartuję. Z drugiej strony przyda mi się odpoczynek. Po raz pierwszy zaproponowano mi także sędziowanie na międzynarodowych zawodach. Rozważam to poważnie. Najważniejsze, że do olimpiady w Pekinie zostało jeszcze dwa i pół roku. Mam nadzieję, że zdążę wyleczyć nogę i powrócić do formy.

- Jesteś od lat niezwykle aktywny. Rocznie trenujesz ponad 600 godzin, nie ma Cię w kraju ponad 10 miesięcy. A tu nagle wyciąg, łóżko i bezruch. Jak to wytrzymasz?
W. B.: Kiedy już ochłonąłem, przebiegła mi przez głowę paniczna myśl: o rany, ja tu za chwilę przebiję sufit. Ale po paru godzinach przyjaciele przywieźli mi laptopa z dostępem do Internetu, książki. Dzięki temu sporo spraw prowadzę wprost ze szpitalnego łóżka. Cały czas jest wokół mnie mnóstwo fantastycznych ludzi, przyjaciół i znajomych. Co chwilę ktoś wpada, przywozi gazety, gadamy, żartujemy. Jednego się obawiam: przywożą mi za dużo jedzenia, a ja nie mogę utyć (śmiech).

- Sawa była przy Tobie, gdy doszło do wypadku?
W. B.: Była nad Zegrzem prawie cały dzień, ale godzinę wcześniej pojechała do domu, bo źle się poczuła. Tego dnia po raz pierwszy w życiu uczyła się pływać na desce wakeboardowej i chyba trochę się przetrenowała.

- Kiedy dowiedziałaś się o wypadku?
Sawa Fałkowska.: Już po godzinie 19. zadzwonił do mnie brat Wojtka, Marek. Byłam w szoku, nie docierało do mnie, że coś złego się stało. Od razu pojechałam do szpitala.

- Od dawna się spotykacie?
W. B.: Dwa miesiące. Niby krótko, ale czuję, że to coś wyjątkowego. To uczucie jest płomienne od pierwszej chwili. Moje życie przybrało zupełnie inny wymiar.

- Jak się poznaliście?
S. F.: Na imprezie dla surferów w Sopocie.
W. B.: To było pod koniec kwietnia. Mój przyjaciel postanowił zorganizować dużą imprezę na zamknięcie sezonu snow-boardowego i rozpoczęcie surfingowego. Przyszła cała brać surferska, a wśród tłumu, który doskonale zna się od lat, pojawiła się jedna księżniczka. I to właśnie była Sawa. Od razu zakochałem się w jej oczach i nie chciałem w ogóle od niej odejść. Bez przerwy byłem o coś proszony, zagadywany przez inne osoby, ale ja pragnąłem rozmawiać i bawić się tylko z Sawą.
S. F.: Zaiskrzyło między nami od pierwszej minuty, od podania ręki. To była miłość od pierwszego wejrzenia.
W. B.: Rozmawialiśmy z Sawą przez całą noc, ale nie zadawałem jej żadnych niezręcznych i trudnych pytań, by jej nie spłoszyć. Przy pożegnaniach dostałem buziaka, ale gdy poprosiłem Sawę o numer telefonu, powiedziała, że nie dostanę...

- To był wybieg?
S. F.: Chciałam sprawdzić, czy rzeczywiście będzie mu zależało i postara się o mój numer. Już następnego dnia zasypał mnie sms-ami i telefonami.

- Zacząłeś jej szukać?
W. B.: Wypytywałem o nią znajomych z Sopotu. W końcu zdobyłem kontakt.

- Co zafascynowało Cię w Sawie?
W. B.: Od razu poczułem u niej energię, która idealnie pasuje do mojej. To nie jest fascynacja wyłącznie urodą. Ona od początku miała w sobie taki czar, który zniewalał nie do opanowania.

- W wywiadach od pewnego czasu wspominałeś o stabilizacji, założeniu rodziny, dzieciach? Czy ten czas się zbliża?
W. B.: Może nie pytaj o to przy Sawie, bo boję się, że przestraszy się takich deklaracji. Ale jak poznaje się tak wyjątkową dziewczynę, to chciałoby się z nią dzielić całe życie.

- Sawo, Ty pochodzisz z Trójmiasta, Wojtek mieszka w Warszawie, ale właściwie cały czas jest w podróży. To niełatwe dla związku?
S. F.: Nie zastanawiam się nad tym. Jeśli dwoje ludzi się naprawdę kocha, nie ma znaczenia, skąd pochodzą i gdzie mieszkają.
W. B.: Chciałbym, żeby Sawa zaczęła ze mną podróżować. W tym roku kończy studia, chce uczyć się języków, a najłatwiej poznawać je w podróży. Mam nadzieję, że najbliższe tygodnie i rehabilitacja będą dla mnie pomyślne i zdrowie wróci. Już planuję, co zrobię, gdy wyjdę ze szpitala. Jeden z moich sponsorów - Toyota - przygotowuje specjalny samochód dla niepełnosprawnych, który prowadzi się tylko rękoma. Będę kuśtykał, ale będę jeździł wszędzie, latał samolotami. Z Sawą.

Rozmawiała Monika Stukonis/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (8)
/11 lat temu
Zwykly z niego palant. Dziwie sie ze ktos z nim mogl tyle wyrzymac
/11 lat temu
Zwykly z niego palant. Dziwie sie ze ktos z nim mogl tyle wyrzymac
/13 lat temu
ostatnio nigdzie się ze sobą nie pokazują a on sam lansuje się na imprach
POKAŻ KOMENTARZE (5)