Tomasz Kot

Kobietom na jego widok szybciej bije serce. A on przyznaje, że łatwo nawiązuje z nimi kontakty. Ale znalazł już kobietę swojego życia.
Iza Bartosz: Kiedy wybierałeś się do szkoły teatralnej, marzyłeś o sławie?
Tomasz Kot: Kiedy się wybierałem do szkoły, to miałem przede wszystkim świadomość tego, że na jedno miejsce przypada kilkadziesiąt kandydatów. Marzyłem o tym, żeby zobaczyć swoje nazwisko na liście przyjętych.

– A dziewczyny? Nawet najlepsi aktorzy przyznają, że poszli do szkoły teatralnej, bo to od razu zapewniało powodzenie u kobiet.
Jeżeli ktoś zdawał, żeby zapewnić sobie powodzenie u kobiet, to życzę mu szerokiej drogi! Ja miałem tylko jeden powód, chciałem grać i tylko to było ważne. Czułem, że to jedyna droga, do której mogę być przypisany i nie zmieniło się to do dziś. W pewien sposób jednak teatr pomógł mi w moich relacjach z kobietami.

– Jak?
Kiedy byłem młodszy, miałem problemy ze zdrowiem, a to powodowało, że byłem nieśmiały i zakompleksiony. Z zazdrością patrzyłem na pewnych siebie kumpli. Do tego w liceum byłem w żeńskiej klasie i strasznie się wstydziłem w obecności koleżanek. Ale potem trafiłem do teatru. To było w Legnicy, bo stamtąd pochodzę. Jak zacząłem tam przychodzić, to poczułem, że odnalazłem swoje miejsce. I zacząłem się zmieniać. Kiedy byłem w trzeciej licealnej, to już się z dziewczynami kumplowałem, a one ze śmiechem przypominały mi, kim byłem na początku liceum.

– I co było potem?
A potem miałem wielkie szczęście. Jeden z aktorów występujących w naszym teatrze amatorskim dostał się na studia i zaproponowali mi, żebym wszedł do zespołu na jego miejsce. Od pierwszego występu ruszyła lawina i połknąłem bakcyla. Jeździliśmy z teatrem po całej Polsce, zdobywaliśmy nagrody. A do tego jeszcze zacząłem zarabiać pieniądze.

– I chyba zacząłeś ostro imprezować, bo maturę przy pierwszym podejściu oblałeś.
Oblałem, ale nie przez imprezy – miałem 17 lat, kiedy podpisałem pierwszą zawodową umowę z teatrem. Próby rano, więc w szkole mnie nie ma i wyjazdy na festiwale teatralne – to samo. Częściej byłem w teatrze niż w szkole.

– I co się z Tobą działo przez ten rok po oblanym egzaminie?
Dyrektor teatru zaproponował mi etat. Wziąłem bez gadania. Potem zdałem maturę i do krakowskiej szkoły teatralnej dostałem się bez problemów.

– Podobno byłeś najlepszym studentem na roku.
Tak mówią. Ale jeśli robisz to, co lubisz, to musi ci to wychodzić i już. A ja kocham grać.

– To prawda, że Twojemu tacie Twój wybór studiów wcale się nie spodobał?
U mnie w rodzinie nigdy nie było aktorów. Dla moich rodziców to była czarna magia. Myśleli, że skończę na zasiłku. Nie dziwię im się.

– A teraz mama wycina z gazet artykuły o Tobie?
No pewnie! Oboje z ojcem są bardzo dumni.

– A jak Ty się czujesz, kiedy na ulicy zaczepiają Cię ludzie?
Bez przesady. Nikt mnie nie zaczepia, czasem ktoś się uśmiechnie. Niedawno dziwnie się poczułem, kiedy jakiś chłopak szturchnął kolegę i powiedział: „Patrz, to ten Kot”. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Ale najbardziej zszokowały mnie e-maile, które zacząłem dostawać. Jakaś pani napisała list z propozycją, czy nie zechciałbym wystąpić jako jej osoba towarzysząca na jakimś weselu za opłatą pieniężną, plus jedzenie i nocleg – dziwni są ludzie. Albo inny e-mail od pani, która jest rozwódką z dziećmi i chciałaby się ze mną umówić. I od razu też przywiozłaby dzieci, żebyśmy mogli się poznać.

– Odpisałeś?
Nawet nie wiedziałbym, co napisać.

– Teraz nawet gdybyś chciał się spotkać, to nie masz kiedy. Przecież ciągle pracujesz.
No właśnie. Koledzy nawet nadali mi już ksywę Biorobot, bo mój dzień wygląda tak, że wstaję o świcie, biegnę na zdjęcia, wracam wieczorem, idę do mojej ulubionej knajpki na kolację i wracam do domu spać.

– Nie masz czasami dość?
Nie. Mam przecież to, na czym mi tak zależało. Ale żeby naładować się na cały dzień, zacząłem rano biegać. Dobrze mi to robi.

– Twoi znajomi mówią, że jesteś perfekcjonistą. To prawda, że czasem nawet proszą Cię, żebyś tak nie poświęcał się roli?
Kiedy grałem Ryśka w „Skazanym na bluesa”, to często słyszałem zdanie: „Stary, szkoda twojego zdrowia”. Schudłem osiem kilo, zapuściłem brodę, nosiłem rzemyki, chusty. Kiedyś stałem na przystanku ubrany jak on i zauważyłem, że starsi ludzie odsuwają się ode mnie. Wiedziałem też, że miał koty. Traf chciał, że nad Zalewem Zegrzyńskim znalazłem wtedy małą kotkę. Zabrałem ją do domu. Drażniłem się z nią tak, że mi ręce do krwi podrapała. Potem te blizny nie chciały się goić, a moi kumple tylko kręcili głowami. No bo trochę chyba przesadziłem.

– Często tak się podporządkowujesz roli?
Scena to najbardziej wymagająca kochanka. Kiedy się nie przygotujesz, jak powinieneś, obnaży wszystko bez skrupułów. Ja wolę żyć z nią w zgodzie i nie podpaść.

– A teraz masz siwe pasemka. To też do roli?
Teraz gram arystokratę milionera w serialu „Niania” i mam być szpakowaty – to jestem.

– Przywiązujesz wagę do tego, jak wyglądasz na co dzień?
Odpowiem ci tak – jak kończyłem „Skazanego…”, miałem ochotę chodzić tylko w garniturach. Jak kończyłem kolejną transzę „Camera Cafe”, to miałem dość garniturów.

– No i rąk już nie masz podrapanych.
Bo kotka zwiała.

– Miała już dość zabaw z Tobą?
Chyba nie o to poszło. Kierował nią raczej popęd płciowy.

– A Ty nie masz czasem ochoty zwiać z Warszawy?
Czuję, że pokochałem to miasto. Nie jest najłatwiejsze do życia, ale już wydeptałem tu własne ścieżki. Kiedy przyjechałem dwa lata temu, nie było łatwo, ale potem jakoś poszło.

– Kupiłeś sobie mieszkanie?
Nie, na razie wynajmuję. Chciałbym kupić, ale nie mogę dostać kredytu, bo wojsko mnie ściga. Nie miałem czasu, żeby obronić pracę magisterską i teraz mam problem. Ale jakoś to załatwię. Za to wiem już, że mieszkanie musi być na Mokotowie.

– A co musi być w tym mieszkaniu, żebyś czuł się jak u siebie?
Jak już kupię i będę czuł się jak u siebie, to będę wiedział, czego potrzebuję, ale raczej z tą nowiną nie będę dzwonił do dziennikarzy.

– Miasto już oswoiłeś, mieszkanie prawie masz. A przyjaciele?
Nie mam czasu na przyjaźnie. Poza tym prawdziwa przyjaźń zdarza się w życiu bardzo rzadko. Mnie się jeszcze nie przydarzyła, chyba że śladowo.

– Masz konfliktowy charakter?
Nie. Nie jestem nerwowy ani wybuchowy. Jeśli ktoś mnie wkurzy, to nie wygarniam mu, co o nim myślę, tylko po prostu dziękuję za znajomość i tyle. Mam taką teorię, że każdy rodzi się z wkodowaną w głowę książką telefoniczną, w której są numery i nazwiska wszystkich ludzi, których się spotyka w życiu. Raz na jakiś czas następuje przesilenie i niektóre numery należy z tej książki wymazać. Tak właśnie robię.

– Zapracowałeś na opinię flirciarza i łamacza kobiecych serc.
Nie jestem żadnym flirciarzem. Po prostu łatwo nawiązuję kontakty z kobietami.

– To może czas na własną rodzinę?
Jakbym słyszał moją mamę. Ona przy każdej okazji mówi mi, że bardzo chciałaby już mieć wnuki. W domu jestem najstarszy z rodzeństwa, więc te sugestie są pod moim adresem. Ale na wszystko przyjdzie odpowiedni moment.

– Najpierw chyba musi przyjść odpowiednia kobieta.
Już przyszła! Jestem zakochany! Chyba za dużo powiedziałem... Nie jestem sam i to jest najważniejsze.

Rozmawiała Iza Bartosz
Zdjęcia Artur Wesołowski
Stylizacja Marek Adamski
Charakteryzacja i fryzury Łukasz Pycior
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/10 lat temu
i przystojnego Legniczanina. Szkoda ,ze nie widze pana w serialu "Na dobre i na zle". Fajna rola :)
/10 lat temu
i przystojnego Legniczanina. Szkoda ,ze nie widze pana w serialu "Na dobre i na zle". Fajna rola :)