Tom Cruise

Wiedzie mu się doskonale. Zaręczył się z aktorką Katie Holmes. Promuje swój najnowszy film „Wojna światów”. Uśmiechnięty, zadowolony i zakochany. Czy rzeczywiście?
Beata Sadowska: Pojawiły się oskarżenia, że Twój związek z Katie jest tanim chwytem marketingowym, wymyślonym na potrzeby promocji filmów, w których gracie: „Wojny światów” i „Batmana: początku”...
Tom Cruise: (Śmiech).

– Pytanie w pełni usprawiedliwione. Nawet Nicole Kidman powiedziała, że sam jesteś winien tym oskarżeniom, bo „eksploatujesz” w mediach swój romans!
(Śmiech).

– To Cię wkurza?
To mnie śmieszy.

– Śmieszy, bo oskarżenia są wyssane z palca?
Daj spokój.

– Nie dam!
To śmieszne!

– A dokładnie: co jest śmieszne?
Posłuchaj: przytrafiło mi się coś wspaniałego, niezwykłego. Jestem tak szczęśliwy, że nie mogę się powstrzymać przed opowiadaniem o tym całemu światu. Katie jest wyjątkową kobietą.

– Gratuluję!
To wszystko sprawia, że wokół mnie dzieją się wyjątkowe rzeczy.

– Jakie?
Promuję „Wojnę światów”, więc podróżuję po całym świecie. Wszędzie podchodzą do mnie ludzie i opowiadają, jak sami się zakochali, jacy są szczęśliwi.

– I…?
Wszystkim, tobie też, życzę takiej miłości, żebyś doświadczyła i przeżyła to, co ja. Naprawdę warto!

– I naprawdę warto być scjentologiem? Na planie „Wojny światów” był nawet namiot scjentologów wolontariuszy…
Scjentologia to nie jest science fiction. Scjentologia oznacza „wiedzieć, jak się dowiedzieć”. To religia, która dużo mówi o duchowości, ale uczy też, jak ją wykorzystać w życiu, żeby uczynić je lepszym. Daje ci narzędzia.

– Ciekawe, czy potrafiłbyś te narzędzia wykorzystać, gdyby przybysze z kosmosu naprawdę zaatakowali Ziemię?
Nie mam pojęcia, ale myślę, że wiara w to, że jesteśmy jedynymi istotami żyjącymi we wszechświecie graniczy z arogancją. W „Wojnie światów” gram ojca, który za wszelką cenę chce ochronić swoją rodzinę. Dlatego ten film dedykuję moim dzieciom. Chcę im przez to powiedzieć, jak bardzo je kocham. Wiesz, ja zawsze chciałem mieć dzieci…

– Filmową córeczkę, graną przez 11-letnią Dakotę Fanning, non stop nosisz na rękach...
Spryciula miała to zagwarantowane w kontrakcie! Musiałem ją też dźwigać z charakteryzatorni na plan! Odchylała głowę do tyłu i nakazywała tonem nieznoszącym sprzeciwu: „Weź mnie na ręce!”. Ta mała jest cudowna i bardzo zabawna. Ale z tym noszeniem, nie wiedziałem, w co się pakuję! Na szczęście miałem wcześniej trening z własnymi dziećmi. A z Dakotą zawarliśmy umowę: nie mogła jeść dużych posiłków przed scenami, w których musiałem z nią ganiać.

– Wyjątkiem były jej urodziny.
Wtedy dostała ode mnie i Stevena Spielberga największe lody na świecie. Oczywiście jako podziękowanie za to, że zbytnio nie przytyła podczas zdjęć! Kiedyś zapytałem ją: „Co najgorszego przytrafiło ci się w życiu?”. Ona na to, że jeszcze nic. I to było piękne, bo tak właśnie powinno być. Ale żeby tak było, musimy działać. Razem, jako rasa ludzka. Bez względu na podziały i różnice. Nie chodzi o to, żebyśmy się we wszystkim zgadzali, ale o konstruktywne działanie. Ja chcę tak żyć. Dla siebie, dla przyjaciół, dla mojej rodziny.

– Poczucie misji?
Dzięki temu wiem, jak smakuje życie. Staję się lepszym człowiekiem. Pytam siebie: co robię, żeby uczynić ten świat lepszym, bezpieczniejszym dla moich dzieci? Nie czekam bezczynnie, aż ktoś zrobi wszystko za mnie. Ludzie za dużo mówią, a za mało robią. Ciągle słyszę, że ktoś jest rozczarowany życiem – w takim razie zrób coś, żeby ci było dobrze, rusz się.

– Tego uczysz swoje dzieci?
Uczę je samodzielnego myślenia, podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności za te decyzje. Mówię: „Nieważne, co ja myślę, powiedz mi, jakie jest twoje zdanie”. Nie sztuką jest narzekać na rząd i polityków, sztuką jest coś zrobić. Jestem ojcem i jestem człowiekiem. A to duża odpowiedzialność.

– Bycie gwiazdą to też odpowiedzialność, ale czasami chyba również utrapienie. Nie brakuje Ci zwykłych spacerów po ulicy, zakupów bez tłumu ryczących fanów na plecach? Czym sobie to rekompensujesz?
Nie muszę niczego rekompensować. Wychodzę na ulicę, nie chowam się przed ludźmi. Nie żyję pod kloszem. Nie mógłbym. Jako scjentolog pomagam uzależnionym walczyć z nałogiem narkotykowym. Nie mogę tego robić jako bierny obserwator. Chcę przeżyć moje życie, a nie oglądać je z boku. Chcę je smakować, dotykać, próbować. Życie mnie fascynuje.

– A mnie fascynuje Twoja kondycja: czy to w „Mission Impossible”, czy w „Raporcie mniejszości”, czy wreszcie w „Wojnie światów” – ciągle ktoś albo coś Cię goni i ciągle przed czymś uciekasz. Nie czujesz się czasami jak idiota?
Nie, raczej mnie to bawi. Poza tym ufam Stevenowi Spielbergowi i wierzę, że nie zrobi ze mnie uciekającego kretyna!

– Kiedy mówiłam znajomym, że jadę na wywiad z Cruise’em, komentowali: „Ten facet zawsze jest w dobrym humorze, ciągle szczerzy zęby, nie lubię go!”.
(Śmiech).

– Jak to się robi? Przecież każdy ma słabsze momenty, przecież Ty też nie zawsze byłeś szczęśliwy…
Miałem trudne i bardzo trudne chwile, ale… Zdradzę ci sekret: ja po prostu chcę być szczęśliwy. W osiągnięciu szczęścia pomogli mi scjentolodzy. Pokazali, że to jest możliwe. Poza tym kocham swoją pracę i doceniam, że mogę w życiu robić to, co naprawdę kocham. To przywilej. Tak, jestem bardzo szczęśliwy!

Rozmawiała Beata Sadowska/ Viva!


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)