Toksyczna miłość Teresy i Weroniki Rosati

Matka i córka opowiadają całą prawdę o swojej relacji
Toksyczna miłość Teresy i Weroniki Rosati fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/Photo-shop.pl
– Wpisałam w przeglądarkę: „toksyczna miłość matki do córki”. Pierwszy był materiał o Was. Jak się z tym czujecie? Wasza miłość jest toksyczna?
Weronika Rosati:
To jakaś bzdura. Lubimy ze sobą przebywać, świetnie się rozumiemy, mamy wiele wspólnych zainteresowań i to wyraźnie komuś przeszkadza. Co w tym toksycznego? W Stanach mówią „trashing celebrities”, czyli wrzucanie gwiazd do kubła na śmieci. To teraz strasznie modne takie toksyczne paplanie: „Są niemal nierozłączne. Ona nie ma wielu przyjaciół. Wszędzie chodzi z mamą”, niektórzy wytykają nam bliską relację. Mówiąc o niej: „niepokojąca”. W kim mamy mieć oparcie jak nie w najbliższych?
Teresa Rosati: Nie jestem typem matki, która się w życiu nudzi, ma jedną córkę i tylko nią żyje. Mam męża, syna, wnuki. I swoją pracę: butik, atelier, pokazy mody. Krzywdzę dziecko? Wręcz przeciwnie, to plotki i insynuacje krzywdzą Weronikę. Ona twierdzi, że jestem nie do zdarcia, ale to nieprawda. Bo w tym wszystkim muszę jeszcze zachować spokój. O łzy w moim przypadku nietrudno, ale nie mogę zacząć histeryzować. Ciężko znieść to, co się wokół nas dzieje.
Weronika Rosati: Rodzice uczyli mnie, że prawdziwym szczęściem jest umieć dawać miłość. Oni umieją okazywać ją sobie, mnie, bratu, jego nastoletniej córce i maleńkiemu synkowi. A teraz mam myśleć, że nasza miłość jest toksyczna? Jesteśmy tu obie. Spróbuj zajrzeć nam w serca. Zapewniam cię, oddzielne życia też mamy. Są sprawy tylko moje i tylko jej.
Teresa Rosati: Weronika ma bardzo silną osobowość. Narzucić jej swoją wolę? Nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe. Nasi znajomi mówią na Weronikę „szefowa” (śmiech).

– A czy „szefowa” kogoś słucha? Co robi, gdy znajdzie się, jak ostatnio, w ogniu krytyki?
Weronika Rosati:
Zawsze idę swoją, trudną drogą. PR nie jest moim priorytetem. Nie prowadzę kariery, bo moją jedyną ambicją jest być dobrą aktorką. Ale kiedy niedawno wokół nas było zbyt wielkie zamieszanie, negatywny szum, spotkałyśmy się ze specjalistą od wizerunku. Aby spojrzeć uważnie na tę naszą toksyczną miłość. „Wiecie, bo wy musicie teraz oddzielnie chodzić. Wejść osobno na imprezę. Najpierw jedna, za godzinę druga”. Spojrzałyśmy na siebie ze zdumieniem. Ale raz spróbowałyśmy. I czułyśmy się z tym fatalnie.
Teresa Rosati: Wyszło na to samo. Zrobiono nam zdjęcia, gdy już byłyśmy razem.
Weronika Rosati: Wychodzę z mamą. Bo z jakimkolwiek mężczyzną zrobią mi zdjęcie, zaraz dzwoni telefon: „Kto to jest, czy to ten wybrany?”.
Teresa Rosati: Czasem proszę: „Werona zostaw mnie w spokoju. Ja tam nie pasuję, to młodsze grono, będę się źle czuła”. Ale mięknę na jej: „Mamo, nie pójdę z kolegą. Bo zaraz będą komentarze, że jesteśmy razem. A tego mam dość!”. Czasem chciałabym jej odmówić, a nie mogę (śmiech).
Weronika Rosati: Za to słyszymy: „toksyczny związek”. Przecież wszędzie rodzina jest największą wartością. A w Polsce? Toksyczne, chore? W ogóle plotka jest najbardziej złośliwą i okrutną formą ataku. Trzeba mieć odwagę i klasę, żeby ignorować kłamstwa. Tyle razy byłam obrażana, że zrozumiałam, że czasem muszę odpowiedzieć. Kiedy jest się atakowanym, chce się bronić. Niereagowanie powodowało, że plotki się utrwalały.

– Żaden chłopak nie zastąpi mamy?
Weronika Rosati: To są przecież zupełnie inne związki…


– A co powiecie na zarzuty, że matka wpycha córkę na salony? Krążą anegdoty o tym, jak bardzo zależało Pani na tym, by Weronika poznała Romana Polańskiego.
Weronika Rosati:
Salony? Ależ ja tam nie byłam… od wczoraj (śmiech). A zresztą, nie wiem, kto kogo wprowadza…
Teresa Rosati: Hmm, na szczęście tych plotek nie znam. Prawda jest taka, że to Weronika przedstawiła mnie Polańskiemu.
Weronika Rosati: A my poznaliśmy się siedem lat temu. Znajomy reżysera, Gene Gutowski, zadzwonił raz i powiedział: „Słuchaj, Roman dostaje nagrodę. Złote Berło za całokształt twórczości. Może ty dasz mu kwiaty?”. Odpowiedziałam natychmiast: „Z ogromną przyjemnością”. Nie rozumiałam późniejszych zjadliwych komentarzy. Dość długo wtedy rozmawialiśmy o szkołach aktorskich w Stanach. Pstryknięto nam zdjęcia i oto cała historia. Jakich wiele. Niestety, wciąż staję się obiektem ataków. Mam różne nastroje, bywam emocjonalna, i tak ma być. Ale jestem często osądzana w sposób nieobiektywny i krzywdzący. Dlaczego, gdy przyjmuję rolę, pisze się tylko: „Rosati rzuciła szkołę”? Chodziło o najnowszą francuską produkcję Pascala Bourdiaux. A kiedy jednak okazało się, że nie pojadę do Paryża, bo złamano warunki umowy, czytam: „Rosati bajki opowiada”. Dodam, że szkoły nie rzuciłam. A może warto wspomnieć, że zagrałam w teledysku, który Konrad Aksinowicz zrobił dla Pauli Pospieszalskiej. Może będzie z tego dłuższy film? Kto wie? Gram główną rolę w filmie Piotra Matwiejczyka „Piątek trzynastego”. A „Smutna”, do której Piotr zaprosił mnie latem ubiegłego roku, będzie miała niedługo premierę. Za mną epizod w serialu „39 i pół”. Czekam też na podpisanie umowy, która chyba na dłużej zatrzyma mnie w kraju. Ale to jeszcze tajemnica. Tylko czy ktoś o to zapyta?

– Weroniko, to Cię boli?
Weronika Rosati:
Gdybyś spytała mnie kiedyś, czy się tym wszystkim przejmuję, odpowiedziałabym: „Nie”. A dziś przyznam prawdę: „Tak”. Stałam się kawałkiem publicznej własności. Czymś, bo już nie osobą. Chyba każdy artysta by się tym martwił. Wybitny reżyser George Cukor, który uwielbiał kobiety, powiedział: „Aktorka musi być irytująca. Bo ma wzbudzać skrajne emocje”.
Teresa Rosati: Nie wiem, czy się z tym zgadzam?! Aktorka musi być akceptowana.

– Zdarzają się Wam kłótnie? W czym się ze sobą nie zgadzacie?
Weronika Rosati:
Jeśli coś leży na sercu, od razu o tym mówimy. Jestem emocjonalna. Ale uważam, że dopóki będę uczciwa w swoich emocjach, mam prawo walić prosto z mostu.
Teresa Rosati: Czasem łapię się na tym, że jestem wobec córki zbyt krytyczna. Potem mam wyrzuty sumienia. Ale nie mam najmniejszego problemu z tym, żeby do mojego dziecka powiedzieć: „Wybacz. Przesadziłam. Zdenerwowałam się, ale tak mnie strasznie wkurzyłaś”.
Weronika Rosati: Trzeba przyznać, że o wygląd zdarzają się między nami gorące dyskusje (śmiech). Powiedzmy, że mama woli, gdy jestem naturalna.
Teresa Rosati: Nie znoszę panterki, a Weronika lubi. Uważam, że czasem przesadza w stylizacji. A przecież ma tak wyrazistą urodę.
Weronika Rosati: Z czym się zupełnie nie zgadzam. W domu jestem inna, bez makijażu, ale kiedy wychodzę, chcę się kimś zainspirować. Raz to będzie Ava Gardner, raz Sienna Miller. Lubię zmiany – zakładać maski, być na granicy. I tak już trochę złagodniałam.
Teresa Rosati: Prawda, że Weronika to nie jest produkt stylistów czy projektantów. Potrafi być strasznie uparta. I chyba zawsze tak było. Miała cztery latka i w mrozy, idąc do przedszkola, zakładała sukienkę na halkach, wyszywaną perełkami. Ryczała, że nie pójdzie w spodniach. Ma swój styl. Dziś czasem staram się ją stonować. Złagodzić.
Weronika Rosati: Aha, złagodzić: „Jezu! Co ona na siebie włożyła, znowu będzie na mnie!”. I wzywa tatę na pomoc.


– To „granie” Weroniki nie pozostaje bez komentarza. Martwi się Pani czasem o córkę?
Teresa Rosati:
Staram się uszanować jej osobowość i upodobania. Z jednej strony przeżywam tortury, bo mam inną estetykę. Z drugiej wiem, że u aktorek takie upodobania do osobliwego stylu są częste.

– Zawsze byłyście ze sobą blisko? Wiedziała Pani, kiedy Weronika po raz pierwszy się zakochała?
Teresa Rosati:
Oczywiście, choć nigdy jej nie wypytywałam.
Weronika Rosati: Jestem dosyć ewidentna, wszystko po mnie widać. Pytasz o bliskość? Przytulamy się cały czas.
Teresa Rosati: Weronika miała trzy latka, kiedy zobaczyłam, jak silnie jest do mnie przywiązana. Jeździliśmy po nią do przedszkola na zmianę z mężem. Czasem zdarzało jej się płakać, kiedy okazywało się, że to akurat on, nie ja. Wiedziałam, że to niedobrze i powoli próbowałam zmieniać. Pokazywałam, że na świecie jest nie tylko mama. I nie była. Latami jeździli razem pod namiot na Mazury. To nie był mój ideał. Poświęcałam się (śmiech). Mówiłam: „Kochany, ale tu wilgoć, a mnie się tak włosy kręcą. Myszy tam skrobią, materac niewygodny”. Wytrzymywałam tydzień i uciekałam pod pretekstem złej pogody. Ale oni obydwoje to kochali. Nie byłam zwariowaną matką. Ale na pewno otwartą, nawet wylewną.

– Bo taka była Pani mama?
Teresa Rosati:
Wychowywałam się w Lublinie. Rodzice, lekarze stomatolodzy, oboje byli bardzo zajęci. Mama nie poświęcała mi tyle czasu, ile ja swoim dzieciom. Różniłyśmy się pod względem sposobu bycia, charakteru. Mówię w czasie przeszłym, bo zmarła, gdy Weronika miała niespełna roczek. Mama wszystko w sobie kryła, emocje chowała. Nie miałam z nią bliskiego kontaktu. Koleżanki zwierzały się swoim, ich mamy wiedziały o wszystkich sympatiach, problemach. Nie doświadczyłam tego w domu. Może dlatego, że nas było pięcioro. Weronika ma co prawda brata. Ale Marcin jest 12 lat starszy. W zasadzie oboje byli chowani jak jedynacy. Dość że relacje matka–córka w moim domu były zupełnie inne.
Weronika Rosati: Chyba mogę zdradzić. Moja mama w młodości bywała szalona. Włosy kręcą jej się naturalnie. Jako nastolatka prasowała je żelazkiem. Jej młodsza siostra miała za to grube i proste. Namówiła ją, żeby się obcięła. A potem doczepiła sobie koński ogon z tych włosów. Zdjęcie mamy zrobione w tej nowej fryzurze stoi u mnie w srebrnej ramce na parapecie.


– Czy to znaczy, że usprawiedliwi Pani każde szaleństwo córki?
Teresa Rosati:
To prawda, że ona potrafi być spontaniczna. Dwa czy trzy lata temu dzwoni do mnie z festiwalu w Wenecji: „Mamo, przyleć do mnie dziś wieczorem. Jest kilka przyjęć na różnych wyspach. Super”. „No, Weronka, ale ja mam tu coś”, marudzę. „Mamo, co za sprawa? Złap samolot. Załatwię, że ktoś wyjedzie po ciebie na lotnisko”, nie dała mi szansy. Mąż był wtedy w Brukseli czy gdzieś w świecie. Bo kiedy jest w domu, staram się spędzać z nim jak najwięcej czasu. Wtedy nasze weekendy są święte. Ale dom był pusty, myślę: „W końcu dlaczego nie?”. Byłam tak podekscytowana, że z Frankfurtu, gdzie miałam przesiadkę, chciałam wsiąść w zły samolot. Podaję bilet w bramce do Genui i słyszę: „Pani przecież leci do Wenecji. Za dziesięć minut”. Musiałam się puścić sprintem (śmiech). Ledwie zdążyłam. Potem pływałyśmy motorówkami z wyspy na wyspę. Czas minął fantastycznie. A w pierwszej chwili nie chciało mi się nigdzie ruszyć.
Weronika Rosati: Z nas dwóch to ja zawsze bardziej marudzę, kiedy mam gdzieś wyjechać. Trudno mi rozstać się z domem. I wciąż przekładam wyjazdy. Prawda jest taka, że od ostatnich sześciu lat większość czasu jestem poza domem. Wpadam tylko na święta. Kiedy jestem w Stanach, tęsknię za rodzicami. Mama stara się być u mnie przez tydzień co kilka miesięcy. I to jest cudowne.
Teresa Rosati: Robię generalne porządki. Wyciągam ją na spacery. Gotujemy albo chodzimy na kolacje. Zaliczamy sztuki na Broadwayu, pokazy filmów. Lubię te wyjazdy. Chodzę sobie w dresie, nie muszę się malować, jest spokój.
Weronika Rosati: Ostatnio przeżyłam z mamą jeden z najszczęśliwszych dni mojego życia. Najpierw muszę powiedzieć, że Jane Fonda jest jednym z moich ideałów. Jako kobieta i aktorka (na równi z Krystyną Jandą). Wreszcie miałam okazję, by ją poznać i porozmawiać po spektaklu na Broadwayu. Wspaniała kobieta. Jest wielką inspiracją. Usłyszeć od niej słowo na temat zawodu było bezcenne. Razem z mamą poszłyśmy na sztukę, w której grała. Było tak. Siedzimy w trzecim rzędzie. Fonda gra, a ja nie mogę się skupić. Myślę: marzenie spełniło się z nawiązką. Przecież będę opowiadała to wnukom (śmiech). Odwracam się do mamy: „Wiesz co? Jestem najszczęśliwsza pod słońcem. Dwie kobiety, które najbardziej na świecie podziwiam, są teraz ze mną na jednej sali”. Mama znowu płacze? (śmiech). Ale to prawda.

– Weroniko, mówisz, że często czujesz się samotna. A czy Ty sama nie izolujesz się od ludzi?
Weronika Rosati:
Jeżeli cokolwiek nauczyło mnie takiej świadomej izolacji, bo przyznaję, sama ją sobie narzuciłam, to…
Teresa Rosati: Szwajcaria. Weronika przeżyła tam traumę. Mąż dostał kontrakt. Wyjechaliśmy, gdy miała sześć lat. Nie znając języka, poszła do szkoły. Najgorsze, że boisko szkolne było vis-ą-vis naszego bloku. Patrzyłam, dzieci się bawią, Weronika próbuje je zagadywać – nie reagują. Przeżywałam tortury. Pewnie nie wytrzymam, żeby się nie rozpłakać.
Weronika Rosati: Kiedy wracałam, mama często mnie naśladowała. Bo chowałam ręce głęboko w rękawy kurteczki. I tymi wiszącymi rękawami kręciłam młynki. Tym się zajmowałam. Długo nie mogłam nauczyć się pisać ani czytać. Dzieci mówiły do mnie „oko”, pokazując na nos. A potem się śmiały. To był strasznie trudny czas. Wytrzymałam tak trzy lata. Stałam zwykle z boku, obserwowałam. Na pewno wiele razy było widać, że jest mi przykro. Ale nigdy bym się nie narzucała. Chowałam się w swoim świecie. I postanowiłam: Będę gwiazdą. Żeby oni wszyscy czuli się głupio.
Teresa Rosati: Na szczęście w końcu mogliśmy przenieść Weronkę do szkoły międzynarodowej. Przerwać złe pasmo. Wiesz, oglądałam po latach twoje zdjęcia z tamtych czasów. Święto Halloween, jesteś przebrana za Nockę. Sama szyłam ci kostium. Widać na twojej twarzy wielki smutek. Pyta pani o naszą bliskość? Podróżując z mężem do Stanów, Szwajcarii, byłyśmy na siebie w pewien sposób skazane.


– I przez tamtą traumę dzieciństwa Weronika jest dziś samotnikiem?
Teresa Rosati:
Czy ja wiem? Zawsze wiedziała, że chce zostać aktorką. W którymś momencie zorientowaliśmy się z mężem, że ona wszystko chce temu podporządkować.
Weronika Rosati: Mam przyjaciół w każdym zakątku świata. Ale większość wolnego czasu spędzam nad książkami, słownikami, filmami. Potrafiłam obejrzeć trzy, cztery klasyki pod rząd. Mama krzyczała tylko: „Dziecko, ty od tego oślepniesz”. A ja za wszelką cenę chciałam być lepsza. Nie od innych, od siebie.
Teresa Rosati: Pamiętam, kiedy po pierwszej czy drugiej klasie liceum odebrała świadectwo, powiedziała: „A teraz idę robić angielski”. Byłam bardzo zdziwiona: „Dziewczyno, dziś jest koniec roku, zostaw ten angielski”. A ona na to: „Nie. Zaplanowałam sobie i muszę coś przeczytać”. Oglądała filmy w wersji oryginalnej i wyznaczała sobie materiał, który musi przerobić danego dnia.
Weronika Rosati: Czytałam mnóstwo biografii z lat 30., 40. Chłonęłam, jak te wspaniałe aktorki szły przez życie. Fascynował mnie ich „drive”, nie ma na to dobrego słowa po polsku. Taki życiowy pęd i determinacja. Aż w końcu sama dostałam się na wydział teatrologii.
Teresa Rosati: Była już wtedy po pierwszym roku u Machulskich. Bo tam przyjęto ją bez matury, warunkowo. A ona mówi: „Mamo, za tydzień są jeszcze egzaminy do Szkoły Filmowej w Łodzi. Może zdążę się przygotować?”. „Daj sobie spokój”, prosiłam. „Już zdałaś na teatrologię. Poza tym Machulskimi jesteś zachwycona. Po co ci to?”. Nie chciałam jej powiedzieć: „I tak się tam nie dostaniesz”. Dwadzieścia miejsc i kilkuset zdających. Nie powiedziałam. Przeszła wszystkie siedem etapów.
Weronika Rosati: I choć tak bardzo kocham dom, 19-latka postanowiła wyjechać na rok na studia.
Teresa Rosati: To była z twojej strony ogromna odwaga. Byłam zaskoczona. Najpierw ta Łódź, potem Stany. Już wcześniej tłumaczyliśmy jej z mężem, że to strasznie ciężki zawód, szczególnie dla kobiety. Byliśmy zdecydowanie przeciwni. Ale przecież wiedzieliśmy, że nie zamkniemy córki w domu. Sama dobrze wiedziałam, co znaczy nie realizować się w swojej pasji. Przecież ja z tego rodzinnego Lublina uciekłam przed medycyną. Wybrałam pierwsze lepsze studia. Handel zagraniczny, bo oznaczał kontakt ze światem. Dla moich rodziców projektowanie mody to nie był zawód.
Weronika Rosati: A ja w końcu postawiłam na Amerykę. Najpierw była to Stella Academy of Acting w Los Angeles. Potem Lee Strasberg Institute w Nowym Jorku. Rodzice zawsze mieli swoje zdanie, ale nie stawiali sprawy na ostrzu noża. Każdą moją decyzję uszanowali.

– Masz 25 lat i w kraju wciąż mieszkasz z nimi.
Weronika Rosati:
I to takie dziwne? Jakąkolwiek mogłabym zrobić w życiu karierę, nic nie miałoby znaczenia, gdybym nie miała domu. Tyko tam czuję się kompletna.
Teresa Rosati: Kiedy Weronika wraca późno z planu, bywa, że i w środku nocy, wstaję. Wiem, że będzie jej miło. Nie zmuszam się do tego. Czasem Weronika mnie terroryzuje, zmusza, wabi, żebym oglądała z nią stare filmy. Wolę współczesne kino. Ale to dziecko mnie rozczula, kiedy, choć wiem, że niezbyt interesuje się modą, woła: „Zobacz, jakie cudne kiecki!”. Był taki słynny w latach 30. projektant Adrian (Greenberg – przyp. red.), pracował dla wytwórni MGM. To moja inspiracja, a nie duet Dolce & Gabbana. Przychodzę, Wera przytula się do mnie i mówi: „Jestem taka szczęśliwa”. Wtedy się rozpływam.
Weronika Rosati: Czy mama teraz nie przypomina Grety Garbo? Zwłaszcza z profilu?
Teresa Rosati: A ta znowu swoje (śmiech). Od wielu lat mamy taki jeden tydzień w roku, który spędzamy tylko we troje. Weronika mówi: „Żadnych znajomych, przyjaciół, tylko my”. To od lat jest świętość. I nie tracimy ze sobą kontaktu. Kiedy ona jest w Los Angeles, często do niej piszemy albo dzwonimy: „Tu, w Sadybie, są takie filmy…” i wymieniamy. „To na co mamy, córeczko, iść?”. Dobrze ją chociaż na chwilę usłyszeć.

– Czego chce Pani dla Weroniki?
Teresa Rosati:
Dla mnie najważniejsze jest, żeby była szczęśliwą kobietą. Żeby miała udany związek i koniecznie dzieci. Bo z maluchami Weronika ma fantastyczny kontakt. Lgną do niej, nawet te obce. Wyciągają rączki, a przy mnie zaraz buzia w podkówkę.

– Weroniko, jakieś marzenia?
Weronika Rosati:
Pracuję dziś na jutro. I marzy mi się, żeby to jutro nastąpiło…

Rozmawiała Monika Kotowska

Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/PHOTO-SHOP.PL
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylisty Agnieszka Dębska
Makijaż Wilson/D’vision Art
Fryzury Kacper Rączkowski/D’vision Art
Produkcja sesji: Elżbieta Czaja i Anna Wierzbicka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (7)
/10 lat temu
nie uwazam, zeby mieszkanie z rodzicami bylo dziwne. skoro maja duzy dom i super wiez dlaczego nie?. troche to przykre, ale niestety w naszym kraju lubi sie podkladac klody pod nogiitp. zycze powodzenia jest sliczna! ale ubiera sie rzeczywiscie jak starsza pani.
/10 lat temu
albo podsuwała reżyserom do zabawy.jakoś nikt o to nie pytał
/10 lat temu
Czytam ten wywiad i w sumie zazdroszcze im tej wspanialej i nie czesto spotykanej relacji: matka-corka. Mam wrazenie, ze one zyja w innym swiecie niz moj, tak jakbym ogladala film. mam nadzieje, ze to tylko takie zludzenie, ze to nie jest wyrezyserowane. Jesli to jest prawdziwe, to ...klekajcie narody! zazdroszcze im bardzo, bardzo.
POKAŻ KOMENTARZE (4)