Stanisława Ryster fot. ONS.pl

Stanisława Ryster o "Wielkiej Grze"

Ona nie płacze. Teraz jest jej tylko przykro, że o zdjęciu z anteny programu "Wielka Gra" dowiedziała się z gazet.
/ 09.05.2019 20:35
Stanisława Ryster fot. ONS.pl

Agnieszka Prokopowicz: - To już naprawdę koniec? 30 lat na wizji, SuperWiktor, tysiące wpisów na blogach internetowych wychwalających „Wielką Grę”... Aż trudno uwierzyć, że najdłużej emitowany program telewizyjny zniknie z wizji.
Stanisława Ryster: Do emisji pozostały dwa odcinki, gdzie pada główna wygrana i kilka rozpoczętych pojedynków. Zabawne, od kilku tygodni co otworzę gazetę, widzę festiwal Ryster i „Wielkiej Gry”. Miło mi, naprawdę cieszę się, że dziennikarze tak się za mną ujęli. Telewidzowie płaczą, zawodnicy płaczą. Nie ma innego programu, którego zakończenie wzbudziłoby tyle emocji. „Pegaz” istniał w telewizji dłużej i kiedy zniknął z anteny, to odbyło się to cichutko, po angielsku.

– Czemu ludzie tak kochają „Wielką Grę”? Może tęsknią za telewizją swojego dzieciństwa?
Ten program, oprócz walorów edukacyjnych, niósł ze sobą trochę spokoju. Nie było wrzasku i migania światłami. Takie efekty stosuje się zwykle dla podniesienia temperatury, ale przecież to jest śmieszne. Program ma się bronić prowadzącym i treścią, a nie tym, że ktoś wrzeszczy i jest taki... jak to ująć... nakręcony. Jeśli emocje są rzeczywiście ogromne, to ja mogę na końcu krzyknąć, ale żeby od tego zaczynać program?

– Nie ogląda Pani programów typu „Szymon Majewski Show”?
To nie mój styl. Nie znoszę takiej wyćwiczonej publiczności. Do „Wielkiej Gry” widzowie przychodzili z własnej woli. Nigdy za to nie płaciłam ani nie tłumaczyłam, kiedy powinny być krótkie, a kiedy długie brawa.

– Co dalej? Jakoś trudno wyobrazić sobie Panią na emeryturze. A może się mylę, może tęskni Pani za odpoczynkiem?
Ależ ten program wcale mnie nie zmęczył! Całe swoje życie zawodowe robiłam to, co mnie interesowało. To genialne uczucie! Tylko na początku, wiele lat temu, kiedy dowiedziałam się, że mam prowadzić „Wielką Grę”, popłakałam się i buntowałam, że wolę prowadzić młodzieżowe programy. Ale jak już zaczęłam, nie wyobrażałam sobie, że kiedyś może się to skończyć.

– A jacy byli gracze? Pasjonaci czy raczej hazardziści?
Bardzo różni. Przede wszystkim doskonale przygotowani. Kiedy wracali do swoich miasteczek czy wsi, nikt im nie zazdrościł wygranej, nie miał za złe przegranej. Niektórzy zostawali wójtami, burmistrzami. Byli podziwiani.

– Słyszałam, że przychodziły do programu listy miłosne... Mężczyźni kochali się w Pani...
Listy? Przychodziły, przychodziły. Ale wie pani, z latami coraz mniej. Jaka szkoda... (śmiech).

– Miała Pani świadomość, że tak działała na mężczyzn?
Bo ja wiem? Z pewnością w kompleksach nie byłam! Spotykałam piękne dziewczyny, ale zawsze myślałam, że ja jestem po prostu inna. Ale nigdy że brzydsza. I takie podejście do urody nie zmieniło mi się przez lata.

– A zawodnicy zmieniali się przez te lata? Zmienił się przecież ustrój, warunki ekonomiczne...
Nie zmieniło się jedno – ich uczciwość. Mam wrażenie, że to nie nagroda była najważniejsza, tylko chęć sprawdzenia się, podjęcie wyzwania. Umieli przyznać się do błędów, umieli przegrywać. Byli niesamowicie ambitni. Jedyną widoczną zmianą była zwiększająca się po 90. roku liczba lekarzy i nauczycieli. Może z powodu pensji? Nie wiem...

– Pani program potrafił zmienić bieg ich życia. A czy oni zmienili Panią? Czy „Wielka Gra” ukształtowała Pani charakter?
Gracze nauczyli mnie podziwu dla wiedzy. Imponowali mi. Niedawno wygrał człowiek z tematu „Słynne poematy symfoniczne”. To nieprawdopodobnie rozległy temat. A on w ogóle się nie zastanawiał, słuchał i w 35 sekund odpowiadał dokładniej, niż wymagaliśmy. W dodatku odpowiedź znał już po pięciu sekundach – resztę czasu dawał sobie, by rozkoszować się słuchaniem tego, co kochał. Jak można nie mieć dla kogoś takiego podziwu? Takie spotkania mogą zmieniać. Ale ja większość cech charakteru mam od zawsze. Wiem, że z życia trzeba brać, co się da. Dlatego nigdy nie byłam skąpa. Zawsze miałam zasadę, żeby nie dbać o swoich spadkobierców (śmiech).

– To się nazywa być zawsze młodym.
Mam znajomych, którzy od zawsze myśleli o emeryturze. Dla mnie to oni są na niej od 30 lat. A ja spełniam swoje zachcianki. Kupiłam sobie niedawno Alfa Romeo 147. Lubię wyjeżdżać za granicę. A jak już wyjadę, to nigdy nie myślę, że szkoda wejść do lepszej restauracji.

– Czy córka jest podobna do Pani? Wybrała w życiu kompletnie inną drogę – została japonistką.
Ona jest ode mnie o wiele rozsądniejsza. Japonią była oczarowana, odkąd pamiętam. Już w szkole zapisała się do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Japońskiej, chodziła na kursy origami. Ja nigdy w życiu nie poszłabym na japonistykę. Te studia są trudniejsze niż medycyna. Ale nie będę o niej zbyt dużo opowiadać, bo ona tego nie lubi. Zresztą ja niewiele opowiadam o swojej prywatności.

– Rzeczywiście, znalazłam tylko wzmiankę o tym, że Pani drugi mąż wyjechał do USA i tyle.
To jest moje prywatne życie i ja nie lubię dzielić się nim.

– Czego Pani oczekuje od mężczyzny?
Mężczyzna musi być mężczyzną... Musi umieć coś – naprawdę niewiele – zrobić w domu, zarobić pieniądze, być zaradnym. Nie może oczekiwać, że wszystko zostanie mu podane i jeszcze mu żona herbatkę osłodzi. Nie może być głupio zazdrosny. Małżeństwa często wyglądają tak, że kobieta ma pracę, dzieci i cały dom tylko na swojej głowie. A jak tylko mąż nie pije i nie bije, to już należy o nim mówić „wspaniały”.

– Jest Pani feministką?
Zawsze drażniło mnie niesprawiedliwe podejście do płci. Jak on zdradza, to jest macho, a jak ona ma temperament, to... wiadomo, jaki zawód uprawia. Tu jestem feministką. Ale nie znoszę uogólnień, że wszyscy mężczyźni są źli albo nieuczciwi i nie warto ich kochać. Są kobiety, które tak powtarzają, ale zwykle w ten sposób mówią kobiety, które nie mają powodzenia. Odpuszczania mężczyznom nie lubię, ale i pogardy dla nich też nie. Trzeba się traktować normalnie, na równi.

– Wyszła Pani z pierwszego związku małżeńskiego, a kiedyś rozwody nie były popularne. Odważne to było...
Nie miałam wątpliwości, czy robię słusznie. Przecież małżeństwo nie jest za karę. To, że miałam 20 lat i chciałam wyjść za mąż, to fajnie. Jeśli jednak związek okazał się nieudany, to dlaczego mieliśmy być razem? Nie uznaję takich poświęceń. Tkwi się w związku dla dobra dziecka, a dziecko doskonale wyczuwa nieudane małżeństwo i brak miłości. A życie ma się jedno i bisów nie ma.

– Jak zareagowali na rozwód Pani rodzice?
Nie byli zachwyceni, ale nic mi nie powiedzieli. Wiem, że są kobiety, które nie mają odwagi odejść od męża, z którym są nieszczęśliwe, albo boją się jeszcze raz założyć rodzinę. Tylko że są potem zgorzkniałe i smutne. Czasem poświęcają się dla dziecka, oczekując od niego wdzięczności. A dziecko nie jest po to, by odwdzięczało się rodzicom za poświęcenie. Dziecko jest skarbem i ma czuć się szczęśliwe.

– Jaką Pani była mamą? W końcu, używając tamtejszej terminologii, była Pani kobietą pracującą...
Pamiętam, że na własne żądanie już po dwóch miesiącach wróciłam do pracy. Musiałam podpisać papier, że wracam na własną odpowiedzialność. Brakowało mi pracy. Nawet gdybym była bardzo bogata, bez własnego kawałka życia nie umiałabym funkcjonować.

– Kto zajmował się dzieckiem? Mąż?
Nie, on cały czas pracował. Mieliśmy opiekunkę. Wszystko da się w życiu ułożyć, tylko trzeba chcieć.

– Kto Pani dał to poczucie pewności siebie?
Rodzice. Nie powtarzali mi, jaka jestem świetna, ale czułam w dzieciństwie taką fajną akceptację. Jeżeli upiera się pani, że mam wewnętrzną siłę, to dzięki nim.

– A siebie z dzieciństwa Pani pamięta? Zawsze był ten temperament?
Pewnie zawsze... Niewiele pamiętam z tamtych lat. Mnie interesuje dziś i jutro. I to jest chyba dobra zasada, bo gdybym nawet miała w życiu największe kłopoty – zasypiam normalnie, nie dręczą mnie koszmary.

– Kiedy okazało się, że zdejmują „Wielką Grę”, zasnęła Pani normalnie?
Tak, normalnie. Nie powiem, trafiło mnie to bardzo, zrobiło mi się przykro, choćby ze względu na formę pożegnania. To jest, co by nie mówić, zakończenie pracy zawodowej i nie chciałam dowiadywać się o tym z prasy.

– Bierze Pani pod uwagę pracę w innym programie?
Raczej nie. Mam już dosyć tych wszystkich gier personalnych. Przeżyłam wielu prezesów, dyrektorów, kierowników, wiele linii politycznych. Zawsze mnie śmieszy taka sytuacja: przychodzi nowy dyrektor i zaczyna od tego, że idąc korytarzem nikogo nie zauważa. Nie kłania się, czasem nawet nie odpowie na „dzień dobry”. Czy na tym polega budowanie autorytetu albo życie między ludźmi? Chyba nie. Powiedziałam „chyba”? Bez sensu powiedziałam. Przecież wiadomo, że to po prostu brak klasy. A klasę trzeba w życiu mieć.

Rozmawiała Agnieszka Prokopowicz/ Viva!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/12.10.2006 13:17
To naprawdę nie pojętw że tyle beznadziejnych teleturniejów w TV ma rację bytu a tak cenny , wzbogacający wiedzę i naukowy zdejmują z anteny.Jak patrzę na tego Hajzera który beznadziejnie pyta Grasz czy nie grasz to czub który chwyta się wszystkiego aby jeszcze parę lat przetrwać z tą zakazaną mordą pooraną bruzdami.
/11.10.2006 18:35
Zdejmując Wielką Grę z anteny pozbawiono znaczące grono telewidzów możliwości udziału w uczcie intelektualnej.A pani red.St. Ryster udowodniła, iż do końca klasę posiada, czego nie można powiedzieć o decydentach zdejmujących W.Grę z anteny. Będzie jej bardzo brakować.
/10.10.2006 22:00
Brawo Pani Ryster!Serdecznie gratuluję Pani postawy życiowej i zgadzam się w pełni: klase trzeba mieć.