Sandra Bullock i Keanu Reeves

On – zamyślony, spokojny, wycofany. Ona – uśmiechnięta, radosna, otwarta. Na jego jedno słowo przypada jej piętnaście.
sandra1.jpgDzień prasowy. Zmora i koszmar senny wszystkich gwiazd. Wywiady i konferencje. Od 8.00 do 20.00. Spotykamy się w Londynie w dniu brytyjskiej premiery „Domu nad jeziorem” (w Polsce film wchodzi na ekrany 18 sierpnia). Sandra jest w czarnej, prostej sukience. Jedyną ozdobę stanowi naszyjnik. Keanu – w dżinsach, marynarce i prostym T-shircie.

Tak wyglądają gwiazdy należące do czołówki najlepiej zarabiających w Hollywood. Gwiazdy, które mają za sobą traumatyczne przeżycia. Bullock przeżyła katastrofę samolotu i do dziś panicznie boi się latać. Reeves najpierw stracił córeczkę, a potem żonę Jennifer Syme (zginęła w wypadku samochodowym). Sprawia wrażenie, jakby do dziś nie wyszedł z depresji…

Beata Sadowska: – W Waszym najnowszym filmie „Dom nad jeziorem” jedno żyje w 2004, a drugie w 2006 roku. Dzielą Was dwa lata, ale postanawiacie na siebie zaczekać. Warto czekać na prawdziwą miłość?
Keanu Reeves: Nie! Albo… tak.

– Ostateczna odpowiedź?
K. R.: Czekam, czekam i czekam, więc chyba warto.
Sandra Bullock: Żyjemy w czasach, które promują sukces i pośpiech. Osiągasz pewien wiek i słyszysz: „Dlaczego jeszcze nie masz wyższego stanowiska?! Dlaczego jeszcze nie masz męża?” Nikogo nie obchodzi, że nie znalazłaś odpowiedniego kandydata albo po prostu nie masz ochoty wyjść za mąż.

– Ty wyszłaś za mąż. W tajemnicy przed światem. Nawet Twoi przyjaciele myśleli, że zaprosiłaś ich na urodziny, a nie na ślub. Nie nosisz obrączki – znowu jakaś tajemnica?
S. B.: Nie zapominaj, z kim rozmawiasz! Przez całe życie skutecznie unikałam zaobrączkowania i nie widzę powodu, dlaczego miałoby się to zmienić po ślubie! Zbyt wielu ludzi przywiązuje wagę do formy. Chcą mieć piękny ślub i obrączkę na palcu, a zapominają o tym, co najważniejsze: o człowieku, któremu przysięgają miłość. To ma być szczęście?! Nigdy bym nie stanęła na ślubnym kobiercu, żeby zdobyć coś poza… kasą!

– Keanu, wierzysz, że kierujesz własnym życiem, czy może robi to za Ciebie los?
K. R.: Raczej wierzę we własne wybory.

– Raczej?
K. R.: Raczej stawiam na siebie niż bezwolne oddanie się losowi.

– W takim razie Sandra musiała nieźle zaleźć Ci za skórę! Minęło 12 lat od momentu, kiedy zagraliście razem w „Speed”.
K. R.: Spotkanie na planie po takiej przerwie to czysta przyjemność! Prywatnie widywaliśmy się, chodziliśmy na kolacje…
S. B.: …awanturowaliśmy się! Kłótnie wychodzą nam rewelacyjnie. Oczywiście mamy swoje powody. Zupełnie różne…

– O co drzecie koty?
S. B.: Na przykład o to, gdzie pójść na kolację. Albo o sceny, o które byłam gotowa walczyć do ostatniej kropli krwi. Keanu przekonywał, że nie mam monopolu na nieomylność, że czasami warto zaufać innym. W dziewięciu przypadkach na dziesięć miał rację. Najważniejsze, że nigdy się na siebie nie obrażamy.

– Mam nadzieję, że teraz też się nie obrazisz: zanim wyszłaś za mąż, grałaś w komediach. Ostatnio gustujesz w kinie cięższego kalibru. Wraz z małżeństwem straciłaś poczucie humoru?
S. B.: Chyba musimy skończyć ten wywiad, proszę wyjść! (Śmiech). Kilka lat temu zaryzykowałam: postanowiłam odejść od jednego gatunku kina i spróbować sił w innym. Nie miałam gwarancji, że się uda, ale miałam szczęście. Po kilku filmach czuję jednak, że brakuje mi moich komedii.

– Twoich, czyli jakich?
S. B.: Na pewno nie komedii romantycznych, bo mają bardzo ograniczone możliwości scenariuszowe. Komedia romantyczna musi być wyjątkowa, żeby czymś zaskoczyć.

– W „Domu nad jeziorem” zastosowano dość naiwny zabieg scenariuszowy: Waszych bohaterów dzielą dwa lata. Widzowie „kupią” takie podróżowanie między 2004 i 2006 rokiem?
K. R.: Nam się to podobało. Wystarczy puścić wodze fantazji i nie doszukiwać się w tym logiki. Nie wszystko wymaga racjonalnego uzasadnienia.
S. B.: Ludzie nie mają problemu z zawieszeniem myślenia na kołku, kiedy oglądają horrory albo jakieś głupoty w telewizji. Nikogo nie dziwi Superman czy Spiderman. Problem pojawia się, kiedy chodzi o miłość. Co się z nami stało, że straciliśmy naturalność, jaką mają dzieci, i wiarę, jaką ciągle posiadają młodzi. My, dorośli, jesteśmy do znudzenia racjonalni.

– Ty też?
S. B.: Niestety, zawsze szukam logicznego wytłumaczenia. Jest przyczyna – musi być skutek. Keanu przekonywał mnie: „Odpuść”. Na szczęście odpuszczałam.

– Gdybyście mogli podróżować w czasie i zajrzeć do przyszłości, co najbardziej chcielibyście wiedzieć?
S. B.: Keanu, może w końcu coś powiesz?!
K. R.: Nie wiem…
S. B.: Sprawdziłabym, czy uda mi się zrzucić kilka kilogramów! A tak poważnie: nie chcę znać przyszłości.

– W „Domu nad jeziorem” wysyłacie do siebie listy, między innymi po to, żeby poznać przyszłość. A w życiu zdarza Wam się jeszcze napisać list zamiast maila?
K. R.: Obydwoje piszemy listy. Te moje czasami są nawet romantyczne.
S. B.: Keanu nie ma komputera, więc maile odpadają. Pisanie listów to zapomniana sztuka. Te najważniejsze przechowuję w szufladzie. Przy nich ani maile, ani rozmowy telefoniczne nie mają szans. To coś namacalnego, prawdziwego. Są wśród nich najpiękniejsze listy miłosne, jakie dostałam.

– A jednak męża poznałaś przez Internet…
S. B.: Najpierw było spotkanie i kolacja. Potem przez miesiąc pisaliśmy do siebie maile. Uczyliśmy się siebie, poznawaliśmy, w końcu na żywo widzieliśmy się zaledwie kilka godzin!

– Maile wystarczą, żeby kogoś naprawdę poznać?
S. B.: Na pewno nie mogą zastąpić kontaktu twarzą w twarz i spojrzenia w oczy. W mailach można kłamać jak z nut albo doszukiwać się treści, których nie ma. Dziś żałuję, że byłam leniwa i niektóre rzeczy powiedziałam przez Internet, a nie patrząc w oczy.

– Gdyby każde z Was mogło napisać list do siebie samego, ale młodszego o dziesięć lat, co by się tam znalazło?
S. B.: Napisałabym: „Sandra, nie przejmuj się tak!” Jak byłam młodsza, z zamartwiałam się głupotami. To mnie paraliżowało.
K. R.: Każdego dnia się od ciebie uczę! Doradziłbym sobie to samo: „Keanu, wyluzuj!”

– Żałujesz jakiejś decyzji sprzed dziesięciu lat?
S. B.: Zawodowej – żadnej. Nigdy nie marzyłam o karierze. Nie śmiałabym pomyśleć, że zadomowię się w Hollywood. Pracowałam w Nowym Jorku jako kelnerka, grałam w studenckich etiudach i byłam szczęśliwa. I za to siebie lubię.

– Keanu, za co Ty lubisz Sandrę?
K. R.: Ma cudowny charakter i ogromny talent…
S. B.: Jest stara i zamężna…

– Czym się zrewanżujesz?
S. B.: Keanu jest najbardziej tolerancyjną osobą, jaką znam. Nie krytykuje i nie ocenia. Całą uwagę poświęca walce o to, co najlepsze w życiu i pracy.

– Obydwoje jesteście w czołówce Hollywood, wśród najbardziej wziętych i najlepiej zarabiających. Co by było, gdyby Wam się nie udało?
K. R.: Nie poradziłbym sobie w życiu. I z życiem…
S. B.: Wróciłabym do kelnerowania. Byłam w tym świetna i bardzo to lubiłam. To trochę jak aktorstwo – musisz się sprawdzić, żeby dostać napiwek! Ja dostawałam w dziewięciu przypadkach na dziesięć.

Rozmawiała Beata Sadowska/ Viva!
Fot: Materiały prasowe.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/13 lat temu
Uwielbiam tych dwoje! cale ich zycie na hustawce,a sa tak wspaniali jako aktorzy...
/13 lat temu
film [jak dla mnie] bardzo ciekawy choć dający sie przewidzieć; polecam ale dla ciepłych i romantycznych osóbek. Świetnie zagrane role S. Bullock i K. Reeves.