Sacha Baron Cohen

Komedia „Borat” podbija świat. Ale Borat to tylko jedno z trzech wcieleń brytyjskiego komika Sachy Barona Cohena. Poznajcie dwa pozostałe oraz ich twórcę.
/ 10.01.2007 15:38
Intelektualista i błazen toczyli ze sobą zażarty bój. Polem tej bitwy, która rozegrała się 10 lat temu, była dusza 26-letniego absolwenta historii uniwersytetu w Cambridge. Intelektualista miał potężnych sprzymierzeńców.

Gerald i Daniella Cohen, rodzice młodzieńca, marzyli o tym, by ich syn wybrał karierę akademicką. Zwyciężył jednak błazen. Młodzieniec wysłał kasetę wideo ze swoimi dowcipami do jednej z brytyjskich stacji telewizyjnych. Kiedy jej szefowie obejrzeli nagranie, zrozumieli, że w ich ręce trafił brylant.
I tak oto los odebrał ludzkości błyskotliwego historyka Sachę Barona Cohena. Dał jej natomiast geniusza komedii.

Cohen dla początkujących
Na początku był Ali G. W 1998 roku brytyjscy widzowie po raz pierwszy zobaczyli odzianego w szeleszczący jaskrawy dres i obwieszonego złotem jegomościa. Zachowywał się jak gwiazda gangsterskiego rapu i mówił trudnym do zrozumienia i przeczącym wszelkim zasadom gramatyki slangiem. Jego skecze polegały na tym, że z kamienną twarzą zadawał idiotyczne pytania mądrym ludziom. Sam Cohen tak streszcza „filozofię”, jaka kryje się za postacią Alego G: „Najpotężniejsi i najinteligentniejsi ludzie na świecie muszą od razu zrozumieć, że mają do czynienia z największym idiotą, jakiego spotkali w życiu”. Kilka przykładów. Ali G zaczyna rozmowę z przewodniczącym ONZ od pytania: „Czy Disneyland należy do Organizacji Narodów Zjednoczonych?” Sekretarz stanu USA musi tłumaczyć Alemu, że Iran i Irak to nie to samo, po tym, jak ten usiłuje dociec, dlaczego w wojnie w Zatoce Perskiej Ameryka zaatakowała Iran. Łatwo sobie wyobrazić minę katolickiego teologa po pytaniu: „Dlaczego Jezus jest zawsze z reniferami?” Kiedy Ali G rozmawia z kosmonautą o perspektywach lotów na Słońce, ten cierpliwie wyjaśnia, że na Słońcu jest za gorąco. „A jeśli polecisz tam w zimie?”, nie poddaje się Ali.
Raper dziennikarz szybko staje się gwiazdą telewizji. W 1999 roku ma już program „Ali G, Innit”. Rok później Madonna zaprasza go do udziału w teledysku do piosenki „Music”. W 2002 powstaje pełnometrażowy film „Ali G In da House”, a wkrótce amerykańska stacja HBO zaczyna emisję „Da Ali G Show”. W telewizyjnych programach Cohena pojawiają się jeszcze dwa twory powołane do życia przez jego nieposkromioną wyobraźnię.
Borat, ubrany w popielaty garnitur osobnik z sumiastym wąsem, przedstawia się jako dziennikarz z Kazachstanu. Jest naiwny, nieporadny, zachowuje się tak, jakby pochodził z najbardziej zacofanego kraju świata. Trudno mu pojąć podstawowe zasady cywilizowanego życia. Jakby tego było mało, to rasista, homofob i mizogin. Oto próbka jego stylu. W sklepie z antykami pyta właściciela: „Chcesz mi wcisnąć starocie? Uważasz mnie za głupka, bo jestem z zagranicy?” Na eleganckim przyjęciu zagaja gospodarzy, czy lubią filmy porno. Lekarzowi w przychodni przyznaje się, że miał stosunek z siostrą. Na pytanie, czy z innymi członkami rodziny także, oburza się: „Nie jestem zboczeńcem”. Nauczycielkę etykiety prosi o to, by poradziła mu, jaki napiwek powinno się dawać prostytutce. Pytany o swoją „ojczyznę” Kazachstan, z dumą opowiada, że kobiety mogą już jeździć w środku autobusu, stosunek płciowy jest dozwolony od 10. roku życia, a Żydzi nie muszą już nosić niebieskich kapeluszy.
Jest jeszcze Bruno – reporter austriackiej stacji telewizyjnej dla gejów. Komicznie zniewieściały krąży w świecie pokazów mody, wygłaszając opinie w rodzaju: „Austriaccy projektanci uważają, że Osama bin Laden jest najlepiej ubranym mężczyzną”, „moda uratowała więcej istnień ludzkich niż medycyna” albo „piękno mody polega na tym, że nie mogą jej kupić bezdomni”. Komizm sytuacji polega na tym, że nagabywani projektanci i styliści bezmyślnie mu przytakują. Ale Bruno odwiedza także świat, w którym ktoś taki jak on wygląda jak przybysz z innej planety. Rozmawia na przykład ze skinami czy zapaśnikami, którzy próbują nauczyć go walczyć. Scenariusz tych scen jest zawsze taki sam. Po serii idiotycznych pytań, na końcu Bruno prosi swoich rozmówców o pozdrowienia dla społeczności gejowskiej w Austrii.

Cohen dla średniozaawansowanych
Jak on to robi? – zastanawia się każdy, kto zobaczy Cohena w akcji. On sam nie chce wyjaśniać, w jaki sposób półgłówek Ali G dostaje możliwość przeprowadzenia wywiadu z szefem FBI albo potężnym producentem z Hollywood. Tłumaczy, że milczenie nakazują mu skomplikowane prawne regulacje. Raz tylko, w rozmowie ze słynnym radiowym prezenterem Howardem Sternem, ujawnił intrygę, która pozwoliła przeprowadzić wywiad z Patem Buchananem, ultrakonserwatywnym politykiem amerykańskim. Przyznał, że w jego ekipie jest zawsze jeden elegancko ubrany mężczyzna – reżyser programu. Buchanan był przekonany, że to właśnie z nim będzie rozmawiał. Kiedy naprzeciw niego usadowił się Cohen w dresie, ze złotymi sygnetami i zadał dwa pytania: „Czy jesteśmy w Ameryce?” i „czy CIA to FBI?”, Buchanan wpadł w panikę. Ale było za późno.
Więcej wiadomo o technice Borata. Dla uwiarygodnienia jego postaci stworzono cały świat – fikcyjną białoruską stację telewizyjną, która produkuje program, fikcyjne e-maile, telefony komórkowe. Ekipa Borata przybywała zawsze w ostatniej chwili, tuż przed rozpoczęciem zdjęć. Chodziło o to, by ludzie nie mieli czasu na przemyślenie sytuacji. Do tego podpisywali niewinnie wyglądające, ale sprytnie sformułowane umowy, w myśl których producenci mieli prawo wykorzystać ich wizerunek.
Z pewnością zaskoczenie czy fikcyjna otoczka pomagają wyjaśnić, dlaczego ludzie nabierają się na sztuczki Cohena. Dodajmy do tego aktorskie umiejętności komika i jego poświęcenie dla odgrywanych ról. By stać się Alim G, potrzebuje czterech tygodni na dopracowanie zarostu; by wyglądać jak Borat, musi zapuszczać wąsy i brwi przez sześć tygodni; by przemienić się w Brunona, goli głowę i depiluje całkowicie ciało. Jego współpracownicy twierdzą, że Cohen przeistacza się w swoje postacie. Nie wychodził z roli nawet w sytuacjach zagrożenia, na przykład kiedy Borata zatrzymywała policja. „Pomyślałem sobie, że nie ma zakazu mówienia śmiesznym głosem do policjanta”. Innym razem, kiedy rozmawiał jako Ali G z dyrektorem NASA, przezorny asystent sprawdził w Internecie, kim jest dziwacznie wyglądający „dziennikarz”. „Czy to ty?”, zapytał, pokazując laptop ze zdjęciem Alego. „Nie, ten facet się pode mnie podszywa”, odpowiedział bez zastanowienia komik. „Zgłoś to swojej stacji, bo psuje ci image”, doradził asystent.
Cohen ma jeszcze jedną broń. To szatańska umiejętność manipulowania ludźmi i wyciągania z nich porażających wyznań. Najlepiej widać to u Brunona. Potrafił on wciągnąć w perwersyjną grę prowincjonalnego amerykańskiego pastora, którego powołaniem jest nawracanie homoseksualistów. Zniewieściały Bruno próbuje dowiedzieć się, jaka jest granica, której nie należy przekraczać, by nie wpaść w homoseksualizm. Wymienia rozmaite czynności, na przykład wspólną kąpiel z kolegami, jedzenie czekolady, prosząc pastora, by je ocenił pod kątem zagrożenia homoseksualizmem. Pastor miał odpowiadać po niemiecku. W wypadku gdy rzecz byłaby niewinna, miał mówić: „Ach, ja”, gdy zaś groziła zejściem na drogę grzechu: „Nicht, nicht”. W innym skeczu prosi projektanta o ocenę stylu rozmaitych gwiazd. „Burt Reynolds: zostawiamy go w getcie czy wysyłamy pociągiem do Auschwitz?”, pyta Bruno. „Pociąg do Auschwitz”, odpowiada bez zastanowienia stylista.

Borat dla zaawansowanych
Bar na amerykańskiej prowincji. Świat muzyki country. To sceneria jednej z najbardziej szokujących scen z udziałem Borata. Zachęca on publiczność do wspólnego śpiewania. Po chwili cała sala śpiewa z nim: „Wrzuć Żyda do studni, by mój kraj był wolny”. W innej scenie pyta właściciela sklepu z bronią, który rewolwer jest najlepszy, by zabić Żyda. Właściciel bez mrugnięcia okiem wybiera jeden z modeli.
Tropiąca wszelkie przejawy antysemityzmu Liga Przeciw Zniesławieniu nie mogła potępić Cohena. Wyraziła zaledwie nadzieję, że ludzie nie biorą opinii Borata dosłownie. Problem bowiem w tym, że Cohen sam jest praktykującym Żydem. Przestrzega szabatu, jada wyłącznie koszerne potrawy. Mówi się nawet, że jego narzeczona – australijska aktorka Isla Fisher – przygotowuje się do przejścia na judaizm. Wygląda na to, że Cohenowi chodzi o coś więcej niż żarty.
Komik tłumaczy, że antysemickie opinie Borata mają sprawić, by ludzie poczuli się pewniej i ujawniali przy nim drzemiące w nich uprzedzenia. Czy Cohen chce udowodnić, że ludzie z baru są antysemitami? Twierdzi, że chodzi mu raczej o pokazanie obojętności wobec przejawów antysemityzmu. Podobnie broni się przed zarzutem, że przedmiotem jego żartów jest Kazachstan. „To nie są żarty z Kazachstanu tylko z tych, którzy uważają, że taki Kazachstan, jak ja to przedstawiam, może w ogóle istnieć”.
Tak więc Borat, a także Ali G i Bruno to tylko narzędzia, które pozwalają Cohenowi dokopać się do ukrytych pokładów ludzkiej psychiki. Za ich pomocą Cohen demaskuje hipokryzję i głupotę Anglików i Amerykanów. Ale narzędzia Cohena ujawniają nie tylko ciemne strony duszy. Pokazują też, że ludzie w ogromnej większości są uprzejmi, wyrozumiali i gościnni. Cierpliwie znoszą krępujące pytania i prowokacyjne zachowania Cohena. W ciągu ośmiu lat kariery Cohen tylko kilka razy doświadczył nieprzyjemnych sytuacji, gdy musiał salwować się ucieczką.
Ponieważ jego postacie to tylko narzędzia, Cohen nigdy nie wychodzi poza scenariusz. Natychmiast po zdjęciach opuszcza plan, nie zaprzyjaźnia się ze swoimi bohaterami. Więcej nawet. Nie interesuje się tym, jak sytuacje zmieniły świat jego „aktorów”. I choć wygląda to na przejaw bezwzględności, Cohen wychodzi z założenia, że emocjonalny związek z bohaterami mógłby źle wpłynąć na wiarygodność przedstawianych sytuacji.

Cohen dla Polaków
Cohen jest na fali. Niedawno podpisał umowę na film o Brunonie. Podobno zarobi na tym 16 milionów dolarów. Złośliwi twierdzą, że wkrótce będzie tak sławny, że nie nabierze już nikogo. Ale komik się tym nie martwi. Twierdzi, że ma pomysły na kolejne postacie.
W fikcyjnym języku Borata pobrzmiewają słowa z rozmaitych języków. Pewien niepokój budzi fakt, że Borat używa z upodobaniem polskich zwrotów: „jak się masz”, „dziękuję”, „ciszej”. Módlmy się więc, by kolejnym wcieleniem Cohena nie był Polak. Dziękuję.

Maciej Łubieński/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/03.02.2007 18:05
jeszcze nie ogladalam zadnego programu czy filmu z takim czlowiekiem jak on.potrafi doskonale manipulowac ludzmi. a jego wywiady? np ten z victoria i davidem beckhamem sa naprawde super.... trzeba to obejrzec!