Roman Polański

W jego wyglądzie jest coś chłopięcego, co każe niedowierzać, że skończył 72 lata. Trampki, czapka z daszkiem, potargana czupryna i łobuzerski uśmiech.
Chłopiec ucieka z sierocińca, który dla niego jest więzieniem i koszmarem. Wolność to ulice XIX-wiecznego Londynu, ale tu świat wydaje się równie wrogi i bezlitosny. Na swojej drodze spotyka kieszonkowca, który werbuje go do ulicznego gangu małoletnich złodziei, szkolonych do „fachu” przez bezwzględnego bandytę Fagina. Tak zaczyna się historia Olivera, bohatera powieści Karola Dickensa „Oliver Twist”, przeniesiona na ekran przez Romana Polańskiego.
Swym najnowszym filmem reżyser zaskoczył wielbicieli mrocznych psychologicznych thrillerów, z jakich słynie. Dotąd jego nazwisko nie kojarzyło się z kinem dla młodzieży. Tym razem, jak zapewnia, chciał zrobić film dla swoich dzieci – 12-letniej Morgane i 8-letniego Elvisa. Późne ojcostwo i szczęście z tym związane przypomniały mu czasy, gdy on sam był mały.

Dziecko wojny
„Gdybym robił film o sobie, wróciłbym do mojego dzieciństwa, które określiło to, kim jestem dzisiaj”, powiedział w jednym z telewizyjnych wywiadów. Dzieciństwo Polańskiego zapowiadało się szczęśliwie. Urodził się w Paryżu, w rodzinie polskich Żydów. Jego rodzice wrócili do Polski na dwa lata przed wybuchem wojny. Na swoją zgubę. Matka zginęła w Oświęcimiu – wprost z transportu poszła do komory gazowej, była w szóstym miesiącu ciąży. Polański wspomina: „Była piękna. Czytała mi bajki albo sama je opowiadała”. Wiele lat później w filmie „Chinatown” z 1974 roku w jednej z główych ról obsadzi Faye Dunaway, bo swoją urodą „retro” przypominała mu matkę.
Mały Romek wraz z ojcem trafił do krakowskiego getta. Ojcu udało się przez dziurę w murze przepchnąć drobnego chłopca na aryjską stronę, sam trafił do obozu koncentracyjnego w Mauthausen. Polański początkowo ukrywał się u polskiej rodziny Wilków, jednak gdy stało się to zbyt niebezpieczne, musiał radzić sobie sam, błąkając się po wsiach. Miał wtedy osiem lat. Każdy, kto czytał „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego, umie wyobrazić sobie los tego chłopca. Jakimś cudem przeżył wojnę, podobnie jak jego siostra i ojciec. Wielu innych krewnych i przyjaciół zginęło. Długo nie mógł się pogodzić z utratą matki, wciąż wierzył, że ona wróci i nie chciał zaakceptować macochy. Z tego powodu wcześnie wyprowadził się z domu i odtąd znów zdany był sam na siebie.
Z traumą wojennego dzieciństwa pierwszy raz zmierzył się w „Pianiście” – obsypanym Oscarami swoim przedostatnim filmie. W biografię Władysława Szpilmana wpisał własną tragiczną historię Żyda, cudem ocalonego z holocaustu – zapamiętane z dzieciństwa sceny, sytuacje, obrazy, świadectwa czasu. W tym sensie „Oliver Twist” też jest filmem o Polańskim. Bo, podobnie jak Oliver, kilkunastoletni Roman znał dobrze prawa ulicy. W debiucie filmowym „Rower” z 1955 roku opowiada o dramatycznym zdarzeniu z własnego życia. O znajomości z pewnym recydywistą. Bandyta wykorzystał zainteresowanie chłopca propozycją kupna roweru. Zwabił go w odosobnione miejsce, ogłuszył i ograbił. Polański był wówczas o krok od śmierci. Parę lat później w „Rowerze” zagrał sam siebie. Z bohaterem Dickensa łączy go też sieroctwo, przerażenie, bezsilność wobec przemocy, samotność i instynkt przetrwania, a przede wszystkim utrata niewinności w konfrontacji ze złem. Czy żyjąc w złym świecie można ochronić w sobie dobro? Oto pytanie pisarza, na które reżyser odpowiada: „Tak”.

Wieczne dziecko
Spontaniczny występ na obozie harcerskim przekonał go, że potrafi budzić zainteresowanie ludzi. Nieśmiały, niepozorny 13-latek przeżył wtedy niezwykły moment. „Nagle poczułem przypływ pewności siebie. Było to uczucie, jakiego człowiek doznaje tylko raz w życiu – odkrycie wrodzonego talentu, który umożliwia dawanie przyjemności innym”, wspomina.
Polskim świadectwem jego aktorskich uzdolnień jest udział w kilku filmach, między innymi: „Pokoleniu”, „Niewinnych czarodziejach” i „Zemście”. Postanowił zostać reżyserem po dwukrotnym oblaniu egzaminów do szkoły aktorskiej. Usłyszał wtedy, że jak na aktora jest za niski. „Odkąd to talent mierzy się centymetrem?”, odparował z typową dla siebie zuchwałością. „Jestem o dwa centymetry wyższy od Napoleona!”.
W końcu trafił na wydział reżyserii Łódzkiej Szkoły Filmowej. Robił świetne etiudy oraz organizował najróżniejsze wygłupy. „Wesołek, lis, skowronek, żywe srebro, błazen” – to tylko niektóre przezwiska, jakimi był określany. Wśród studentów był duszą towarzystwa, prowodyrem szalonych zabaw, ale nauczyciele mieli go czasem dość. Denerwował ich swoim tupetem, wszędzie go było pełno i na każdy temat miał coś do powiedzenia. Dziś uważany jest za najwybitniejszego ucznia łódzkiej Filmówki, chlubę szkoły i wszyscy z rozrzewnieniem wspominają psikusy, jakie wyczyniał. Nazywał je „żywym teatrem”. Spontaniczne inscenizacje miały miejsce najczęściej na szkolnym korytarzu albo na ulicy. Do jego ulubionych numerów należało straszenie. Na przykład w czasie zajęć pozorowali z kolegą gwałtowną szarpaninę. Kłócąc się i popychając, przechodzili przez całą szkołę aż do gabinetu rektora, gdzie za biurkiem siedziała jego sekretarka, pani Nina. Tam podpuszczeni koledzy próbowali ich rozdzielić, aż przeciwnik Polańskiego wyciągał w końcu rewolwer i bez zastanowienia strzelał mu „prosto w serce”. Polański „padał trupem”, a na jego piersi pojawiała się plama krwi. W tym momencie pani Nina mdlała i osuwała się na podłogę obok „zabitego”.
W swoim programowym błaznowaniu Polański był bardzo konsekwentny. Nawet na swoim pierwszym weselu, po ślubie z aktorką Barbarą Kwiatkowską w 1959 roku, nie przepuścił okazji i, wykorzystując hula-hoop, wcielił się w rolę pogromcy lwów. Lwem zaś był jeden z gości, który na rozkaz pana młodego skakał przez owiniętą papierem i podpaloną obręcz. Już wtedy Polański uznawany był za osobę o niezwykłym poczuciu humoru, ale także za człowieka aroganckiego, skłonnego przyznawać rację jedynie sobie.
Grywał rzadko, podejmując się tylko tych zadań, które poruszały jego wrażliwość albo bawiły. Najlepsze role zagrał „u siebie”, mając gwarancję idealnego porozumienia między reżyserem i aktorem. Dzięki drobnej posturze i chłopięcej twarzy mógł grać postacie dużo młodsze, choć niemal zawsze były to kolejne wersje tego samego zawadiackiego ulicznika, z którym rozprawił się dopiero w filmie „Chinatown” z 1974 roku, uznanym za najlepszy w jego dorobku. Pojawia się w nim jako „człowiek z nożem” i przycina „ciekawski” nos detektywa (Jacka Nicholsona).
Polański przekornie i z przymrużeniem oka traktuje schematy wpisane w gatunki i konwencje filmowe. Pokazał to już w etiudach szkolnych, takich jak „Uśmiech zębiczny”. Zabawą byli też „Nieustraszeni zabójcy wampirów” z 1967 roku. Polański zagrał w nich Alfreda, naiwnego, niezdarnego młodzieńca, który swą walkę ze złem przypłaca utratą niewinności. Sceniczną adaptację tego filmu pod tytułem „Taniec wampirów” przygotował ostatnio warszawski teatr Roma. Polański patronuje temu przedsięwzięciu. Polskie wampiry będą nie tylko bajecznie ubrane, ale i wyposażone w przerażające kły. Wykonali je dentyści, którzy każdemu aktorowi zrobili odcisk szczęki w specjalnej masie z alg morskich. Tak powstały wampirze szczęki, które choć mają długie kły, nie przeszkadzają aktorom w śpiewaniu. Aby wprowadzić widzów w atmosferę transylwańskiego „horroru na wesoło”, zmieniono też wystrój teatru: ściany pomalowano na krwistoczerwono i wymieniono oświetlenie, by już od wejścia panował w nim nastrój grozy.
Polański, uznawany za jednego z najwybitniejszych twórców kina, obsypywany nagrodami i zaszczytami, nigdy nie wyparł się wyobraźni dziecka, które wierzy w różnego rodzaju fantazje i lubi nieskrępowaną zabawę. „Jak daleko sięgam pamięcią, granica między fantazją a rzeczywistością była u mnie beznadziejnie zamazana”, napisał we wstępie do autobiografii. Takie wyznanie brzmi dobrze w ustach reżysera czy aktora, ale w prywatnym życiu przysporzyło artyście wielu kłopotów.

Dziecko Rosemary
„To nie sen! To się dzieje naprawdę!”, woła bohaterka filmu „Dziecko Rosemary” z 1968 roku. Ten krzyk mógłby posłużyć za motto biografii Polańskiego.
Bezwzględny w tropieniu własnych kompleksów i lęków, upodobał sobie atmosferę napięcia i smak ryzyka. W swoich filmach często opowiada o przemocy. Sam doświadczył jej osobiście wiele razy, i to pod rozmaitymi postaciami. Krytycy filmowi zauważyli, że to nie nagromadzenie przemocy w filmach Polańskiego tak silnie działa na widza, ale fakt, iż gwałt zawsze dzieje się o mgnienie wcześniej, niż można się było tego spodziewać, więc za każdym razem widz jest wzięty z zaskoczenia.
Barbara Leaming, biograf Polańskiego, przekonuje, że reżysera nie interesuje pokazywanie aktów przemocy, tylko zgłębianie fascynacji, jaką budzi przyglądanie się przemocy. „Filmowiec występuje w roli podglądacza. Ciekawi go, jak to jest tak się gapić, ale przede wszystkim jak to jest być przyłapanym na gapieniu się. W ten sposób wskazuje palcem na widza, a jednocześnie przywołuje swoje własne traumatyczne doświadczenie oszołomionego chłopca, który z głębi swej kryjówki w getcie ogląda przemoc, świadom tego, że jeśli zostanie na tym przyłapany, umrze”.
Polański wyjechał z Polski w 1962 roku, po nieprzychylnym przyjęciu przez władze jego debiutu fabularnego „Nóż w wodzie”. Sześć lat później dostaje wielką szansę. Hollywood zleca mu nakręcenie horroru „Dziecko Rosemary”. Motorem tej historii jest ambicja miernego aktora, który zaprzedaje duszę diabłu w zamian za hollywoodzki sukces. A właściwie nie tyle duszę, co łono swojej żony (granej przez Mię Farrow), która urodzi potomka szatana. To, co w dniu premiery, w czerwcu 1968 roku, mogło wydawać się przewrotnym konceptem, rok później nabrało znaczenia ponurej przepowiedni. Polański pracował wtedy nad kolejnym scenariuszem i przebywał w Europie. Ogarnięty ambiwalentnymi uczuciami do dziecka, które miało mu się wkrótce urodzić, odwlekał przyjazd do domu w Hollywood. Do dziś nie może sobie tego wybaczyć.
9 sierpnia 1969 roku odebrał telefon i usłyszał wiadomość o tragedii: jego żona Sharon Tate (w ósmym miesiącu ciąży) i czworo przyjaciół zostało w bestialski sposób zamordowanych przez sektę Mansona.

Kobieta-dziecko
Polański, porażony osobistą tragedią, wyjechał z Hollywood. Wrócił tam dopiero w 1974 roku, by zrealizować „Chinatown”. Na planie wybuchła awantura, bo nieoczekiwanie postanowił zmienić zakończenie filmu. W pierwotnej wersji postać grana przez Faye Dunaway miała zabić swego ojca, kazirodczego gwałciciela, który zagrażał ich wspólnemu dziecku. Zamiast tego Polański każe Dunaway umrzeć okropną śmiercią na oczach dziecka, które zwyrodnialec obejmuje lepkim ramieniem i uprowadza.
Scenarzysta filmu Robert Towne: „Dla Polańskiego takie właśnie było życie. Piękne blondynki giną w Los Angeles. Tak jak Sharon Tate”.
Po śmierci Sharon Polański wdawał się w przelotne romanse z coraz młodszymi dziewczynami. Z jednej strony bał się, że związek z dojrzałą kobietą mógłby przekształcić się w miłość i zaowocować dziećmi, a to oznaczałoby zdradę wobec zmarłej żony. Z drugiej strony fascynowała go w kobietach młodość, niewinność, romantyzm, nieskażony jeszcze cynizmem i rozgoryczeniem. W 1976 roku nawiązał romans z Nastassją Kinski, zresztą uderzająco podobną do Tate. Ten związek uzdrowił mu duszę i rozwinął karierę aktorską Nastassji. Z jej udziałem Polański nakręcił „Tess” – opowieść o młodej wieśniaczce, której rozkwitła uroda wskazuje, że jest starsza i dojrzalsza niż w rzeczywistości. Zostaje uwiedziona przez starszego od siebie arystokratę i porzucona. I znów ofiara zmienia się w oprawcę. Tess zabija swojego kochanka. Film opatrzony został dedykacją: „W hołdzie Sharon Tate”.
Rok 1977 zapowiadał się dla Polańskiego znakomicie. Słynny hollywoodzki producent Dino De Laurentiis powierzył mu realizację superprodukcji „Huragan”. W oczekiwaniu na rozpoczęcie zdjęć reżyser przyjął propozycję francuskiej edycji magazynu „Vogue”, który przygotowywał materiał o lolitkach, uwiecznianych przez znanych twórców ubiegłego stulecia i obecnie. Redakcja planowała zamieszczenie między innymi rysunków Lewisa Carrolla, autora „Alicji w krainie czarów”. Zdjęcia współczesnych nimfetek, ruszających na podbój Hollywood, miał wykonać Polański.
10 marca 44-letni reżyser umówił się z 13-letnią Samanthą Gailey (obecnie Geimer) na sesję zdjęciową w posiadłości Jacka Nicholsona. Po powrocie dziewczyny do domu jej starsza siostra podsłuchała, jak Samantha opowiada przez telefon, że uprawiała seks z Romanem Polańskim. Matka zawiadomiła policję. Następnego dnia reżyser został aresztowany; zarzucono mu gwałt, nakłanianie nieletniej do używania alkoholu i narkotyków oraz sodomię (w Ameryce mianem gwałtu określa się stosunek seksualny z osobą nieletnią, a sodomią nazywa się stosunek analny). Nie pomogły tłumaczenia, że seks odbył się za zgodą Samanthy i że wcześniej miała już innych partnerów.
Polański wprawdzie opuścił areszt, wpłacając kaucję, ale niedługo potem na mocy prokuratorskiego nakazu trafił do zamkniętej kliniki psychiatrycznej. Pobyt tam stał się dla niego najczarniejszym koszmarem przywołującym wspomnienia z getta. Był bliski samobójstwa. Badania lekarskie wykazały, że nie jest groźnym maniakiem seksualnym. Opuścił szpital – i Amerykę. Uciekł do Paryża przed sądem i brutalną nagonką, jaka się przeciwko niemu rozpętała. Nawet twórczość reżysera była dla aparatu sprawiedliwości okolicznością obciążającą. W jednym z wywiadów oskarżający go prokurator Roger Gunson przypomniał scenę z „Dziecka Rosemary”: „Tak jak mąż ubezwłasnowolnia tam Mię Farrow alkoholem i narkotykami, a diabeł ją gwałci, podobnie Polański obezwładnił swoją ofiarę, używając szampana i środka uspokajającego, a następnie ją zgwałcił”, powiedział. Porównania takie robią w Ameryce wrażenie, szczególnie gdy chodzi o seks z nieletnimi. Uchodzący za skandalistę Polański był idealnym oskarżonym w krucjacie przeciw zepsutym hollywoodzkim gwiazdom.

Syn marnotrawny
„Hollywood jest tam, gdzie kręci się filmy, a filmy kręci się tam, gdzie zdecyduje reżyser”, mówił po ucieczce do Paryża. Przez następne 27 lat Polański rzeczywiście kręcił filmy tam, gdzie chciał. A konkretnie tam, gdzie mógł, byle poza USA, gdzie do dziś obowiązuje nakaz jego aresztowania. I nie ma znaczenia fakt, że Samantha Geimer, dziś 41-letnia mężatka, matka trojga dzieci, dostała od Polańskiego odszkodowanie – 250 tysięcy dolarów i w kilku wywiadach przekonywała, że powinien mieć prawo powrotu do Ameryki. Nie ma znaczenia także i to, że od 16 lat Polański jest przykładnym mężem Emmanuelle Seigner i szczęśliwym ojcem dwójki dzieci.
Żaden z europejskich filmów reżysera nie dorównał jednak sławie tych, które tworzył w Hollywood. Dopiero trzy lata temu „Pianista”, uhonorowany Złotą Palmą w Cannes i trzema Oscarami, zapewnił artyście powrót do filmowej czołówki. Jednak tuż przed oscarową ceremonią, gdy w Ameryce zaczęto już mówić o ewentualnym powrocie Polańskiego banity z wygnania, dały o sobie znać zmory przeszłości.
Brytyjska Organizacja zrzeszająca ofiary pedofilii Phoenix Survivors wezwała widzów w Wielkiej Brytanii do bojkotu „Pianisty”. Zaapelowała też o wycofanie nominacji. A w „Vanity Fair” ukazał się artykuł przedstawiający Polaka jako pozbawionego uczuć zwyrodnialca. Według relacji magazynu, Polański tuż po pogrzebie zamordowanej żony odwiedził modną nowojorską knajpkę Elaine’s. Tam bez pardonu podrywał norweską piękność o blond włosach, głaszcząc ją po kolanach i obiecując, że zrobi z niej drugą Sharon Tate. „Podłe kłamstwa. Nie pozwolę szargać pamięci Sharon”, skwitował te rewelacje Polański i wytoczył wydawcy proces o zniesławienie. W obronie reżysera stanęła zamieszana w całą sprawę Norweżka. 60-letnia dziś Beatte Telle mieszka na przedmieściach Oslo i opiekuje się chorą matką. „W Elaine’s podszedł do mojego stolika Roman, stał tak całą wieczność i patrzył na mnie. Myślę, że przypominałam mu Sharon Tate. Nie odezwał się ani słowem. Nie dotknął mnie”, zeznała po 37 latach od tamtego wydarzenia. Polański zeznawał z Paryża za pośrednictwem łączy satelitarnych. Nie mógł osobiście stawić się na rozprawie w Londynie, bo wówczas groziłaby mu deportacja do USA. Jego świadkami były Mia Farrow i siostra Sharon Tate, Debra. Wygrał proces i dostał 50 tysięcy funtów odszkodowania.
Reżyser nie traci nadziei, że kiedyś uda mu się wrócić do filmowej rodziny w Hollywood i odzyskać utracone dobre imię. Los jednak wciąż przewrotnie skazuje go na wyobcowanie. Doświadcza go przez całe życie razem z bohaterami jego filmów, którym przekazał wszystkie swoje lęki, całą swoją desperację i poczucie absurdu.

Magda Rozmarynowska/ Viva

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)