Roman Paszke fot. Bart Pogoda

Roman Paszke - Morze się nie zmienia

O miłości, życiu „z wiatrem” i „pod wiatr” oraz dobrowolnym więzieniu z Romanem Paszke, kapitanem jachtowym Żeglugi Wielkiej, rozmawia Katarzyna Zwolińska.
/ 19.07.2011 14:21
Roman Paszke fot. Bart Pogoda
– Podobno są wśród żeglarzy tematy zakazane…
Roman Paszke:
Są trzy, które podczas kilkumiesięcznego rejsu wzbudzają niepożądane emocje: kobiety, religia i jedzenie. Ale podczas krótkich rejsów można do woli rozmawiać o tym, co za chwilę będzie robiło się w porcie.

– Czyli opinia, że marynarz w każdym porcie ma kobietę, jest prawdziwa?
Roman Paszke:
W dzisiejszych czasach to mało możliwe. Statki zatrzymują się w portach na kilka godzin, podczas których trzeba dokonać rozładunku i załadunku. Na romanse nie ma czasu.

– Chcesz powiedzieć, że podczas rejsu dookoła świata przez trzy miesiące rozmawialiście o śrubkach i linkach?
Roman Paszke:
Nie. Rozmawialiśmy i na tematy zakazane. Ale na damsko-męskie na morzu rozmawia się inaczej. Tam, w nieludzkich warunkach, na środku oceanu, ludzie podlegają innej wrażliwości. Większej. I towarzysze podróży, i ci, co zostali na lądzie, muszą cholernie uważać, żeby kogoś nie zranić. Każdy z nas jest w stałym kontakcie z bliskimi, mamy połączenia internetowe, telefon satelitarny, ale nie mamy żadnego pola manewru. Jesteśmy w dobrowolnym więzieniu, którego nie można opuścić. Najgorzej jest wtedy, kiedy z lądu przychodzi zła wiadomość. Wydaje mi się, że między żeglarzami a ich ukochanymi istnieje taka więź, że na odległość czuje się, czy z tą drugą osobą jest wszystko w porządku, czy nie. Pod warunkiem że jest to prawdziwa miłość. Jeżeli nie ma pewności uczuć, jest się związanym byle jak, lepiej popłynąć, będąc samotnym. Sytuacje nierozwiązane mogą doprowadzić do kryzysu i narazić wyprawę na niebezpieczeństwo.

– Z żoną łączyła Cię właśnie taka prawdziwa miłość? Byliście razem 28 lat. Co więc się stało, że się rozstaliście? Chyba nie przez morze?
Roman Paszke:
Nie, morze nie wymaga aż takich poświęceń. Po prostu przez życie. Nie potrafiłem docenić tego, co miałem. Potem spotkałem inną kobietę.

– I zakochałeś się?
Roman Paszke:
Tak. Byliśmy razem siedem lat.

– Mówisz „byliśmy”? – z nią też się rozstałeś?
Roman Paszke:
Tak, pomimo tego że bardzo się kochaliśmy. Wychodzę z założenia, że jak kobieta chce odejść bez względu na wszystko i tak odejdzie. Jeżeli coś się psuje i nie można tego naprawić, lepiej się rozstać. Według mnie definicja kryzysu jest taka: Jest to zwrot na dobre lub na lepsze (śmiech).

– Rozstanie było zwrotem na lepsze?
Roman Paszke:
Zdecydowanie tak. Myślę, że dla obojga. Prowadziliśmy rozrywkowy tryb życia. Nie dostrzegałem problemów. A może nie chciałem. Aż w końcu zacząłem zawalać sprawy zawodowe. Gdy się rozstaliśmy, skupiłem się na pracy. Wtedy zdecydowałem o projekcie – samotny rekord dookoła świata. Wiesz... człowiek może mieć chwile słabości, ale ważne, żeby potrafił się odnaleźć.

– Nigdy wcześniej nie myślałeś, by samotnie opłynąć świat?
Roman Paszke:
Myślałem, ale dojrzałem do tego później. Żeglowałem dookoła świata, ale nigdy sam. Poza tym dla mnie, zawodowego żeglarza, podjęcie takiego wyzwania to kolejny etap rozwoju zawodowego. A prawda jest taka, że nie potrafię usiedzieć w miejscu.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Będziesz miał okazję do sprawdzenia, na co Cię stać – poznania wszystkich swoich mocnych i słabych stron.
Roman Paszke:
Zdaję sobie sprawę ze swoich słabości. Wiem też, co daje mi siłę – kontakt z ludźmi, z bliskimi. Więc najbardziej liczę na to, że będę miał wsparcie z lądu. Każdy e-mail jest niezwykle ważny. Poza tym pocieszam się, że nie jest sztuką być duszą towarzystwa dla towarzystwa, tylko sztuką jest być duszą towarzystwa dla siebie. Na szczęście jestem zodiakalnym Bliźniakiem i mogę rozmawiać sam ze sobą (śmiech).  

– Nie wszyscy wierzą, że wypłyniesz.
Roman Paszke:
Zawsze tak jest z każdym takim projektem. Pracuję nad nim od czterech lat i w tym roku, choćby nie wiem co, wypłynę. Francuski trimaran „Banque Populaire” od dwóch lat stoi „w blokach”, by wystartować do rekordu dookoła świata, mając zapięty budżet. Francuzi są wyznacznikiem światowych rekordów i regat oceanicznych. A poza tym, kto robi takie projekty w Polsce częściej niż mój zespół i ja? Przez ostatnie trzy lata oprócz przygotowań do rekordu cały czas pracowaliśmy z zespołem komercyjnie i spłacaliśmy zaległości, które powstały w wyniku przerwania projektu. By utrzymać zespół i jacht. Przez ten okres katamaran sześć razy przepłynął Atlantyk, przeszedł tam w zeszłym roku ciężki sztorm, który „zatopił” Maderę. Jest szybką, sprawdzoną maszyną regatową.

– Będzie niebezpiecznie.
Roman Paszke:
Pewnie tak. Przeżyłem już sporo ciężkich sytuacji. W 1979 roku, podczas żeglowania w regatach Admiral’s Cup, ostatni wyścig  – Fastnet okazał się najtragiczniejszym wyścigiem w dziejach żeglarstwa. Tej nocy podczas szalejącego sztormu zginęło 17 żeglarzy i zatonęło kilkadziesiąt jachtów. Podczas żeglugi na regatach dookoła świata przeżyliśmy dwa ciężkie sztormy na Pacyfiku. W tym pierwszym wysokość fal przekraczała 20 metrów. W tym drugim, pod Hornem, siła wiatru niewyobrażalnie przekroczyła „15-tkę” Beauforta. Równie niebezpieczna jak sztorm jest mgła. Mieliśmy taki przypadek w zeszłym roku, kiedy znaleźliśmy się nocą w mleku, widzialność 40–50 metrów. W miejscu, w którym jest największy ruch na świecie, w kanale La Manche. Przechodziliśmy przesmyk Dover–Callais między promami i statkami. Oczywiście są urządzenia, które pomagają, ale mimo wszystko człowiek ma duszę na ramieniu. To zupełnie tak, jak niewidomy idzie z laską. Tak samo jest na łódce we mgle.

– Bałeś się?
Roman Paszke:
Tylko głupcy się nie boją. Odpowiadam przecież za ludzi, za łódkę. 


– Sztorm w okolicy przylądka Horn to najbardziej ekstremalne przeżycie?
Roman Paszke:
Niekoniecznie (śmiech). Kiedyś moja córka Ania startowała w regatach na Optymiście, takiej łódce dla dzieci. Prowadziła wyścig. Miała może z 10 lat. Właśnie wróciłem z regat na Sardynii i od razu pobiegłem na pomost, stałem i patrzyłem, jak płynie. Na boi zwrotnej nie zrobiła zwrotu, tylko popłynęła w stronę plaży i wylądowała na piasku. Pobiegłem tam. Patrzę, a ona siedzi na łódce i płacze. Pytam, dlaczego nie zrobiła zwrotu. Mówi, że motylek usiadł na bomie grota i jakby zrobiła zwrot, toby wpadł do wody. I musiałem jej wytłumaczyć, że zrobiła dobrze. Może gdybym powiedział, że trzeba było zrobić zwrot, że taki motylek nie jest ważny… Ale był ważny. Trzeba budować wrażliwość. Wynik był nieistotny. Ważne jest zachowanie, uczucia, i nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę wygrać. A niektórzy żeglarze tak robią. Ja się z tym nie zgadzam. Żeglowanie powinno być przyjemnością, sportem dżentelmenów i oczywiście pracą, jak w moim przypadku.

– Jak się zaczęła Twoja przygoda z żeglowaniem?
Roman Paszke:
Jestem gdańszczaninem z dziada pradziada. Mój tata żeglował w Polskim Klubie Morskim (najstarszy polski klub morski). Rodzina ze strony ojca to byli Kaszubi. Żeglowałem od dziecka. Gdy miałem sześć lat, tata zabrał mnie na pokład jachtu dalekomorskiego, a potem sam opłynąłem… twierdzę Wisłoujście w Gdańsku. Fosę wokół twierdzy pokonałem na „bączku”, małej łódce z wiosłami. Trzeba to było zrobić wieczorem, bo  fosa wychodziła na kanał portowy i tam już niestety patrolowała milicja wodna. Gdyby mnie wtedy złapali...

– Brałeś pod uwagę, że będziesz w życiu robił coś innego?
Roman Paszke:
Tak naprawdę to, co robię, czyli zajmuję się wyłącznie projektami żeglarskimi, to był przypadek. Kto mógł wiedzieć, że się zmieni ustrój i że przypadnie to na okres, kiedy zespół Gerarda Lewińskiego (od red. – uznany szkutnik) i moja załoga zbudowaliśmy jacht w klasie 1 tony – „Gemini”. I zaczęliśmy ścigać się z najlepszymi, którzy pływają w Pucharze Ameryki. W 1990 roku pojawił się sponsor – Bank Inicjatyw Gospodarczych. Był to pierwszy profesjonalny sponsoring po 1989 roku w kraju. Stanąłem przed dylematem, czy dalej pracować w stoczni, czy żeglować. A że bywałem w tej stoczni coraz mniej i sponsor płacił mi zwrot utraconych zarobków, zrezygnowałem z posady. Przez chwilę byłem współwłaścicielem małej stoczni i budowałem jachty. I tak się zaczęła przygoda życia. Budowa „Gemini” w tamtym okresie to było jak rzucenie się z motyką na słońce. Pierwszy regatowy jacht zbudowany w Polsce z włókien węglowych. Patrząc na to, co się wydarzyło w ostatnim czasie, to Opatrzność steruje tym w sposób bardzo rozumny. To, że przez trzy lata walczyłem o tę łódkę, też miało swój sens. Teraz mam dobrze przygotowany katamaran, ale i mocniejszych przeciwników.

– Jak wygląda taki samotny rejs?
Roman Paszke:
Nie jest taki samotny. Mam bez przerwy łączność ze stałym lądem. Czuje się oddechy bliskich, przyjaciół, cały czas. A technicznie? Śpi się często i krótko. Jak płynąłem sam przez Atlantyk, to spałem od kilku do dwudziestu minut. Raz udało mi się pospać dłużej niż godzinę, bo były akurat warunki, które na to pozwalały. Człowiek, jeżeli chce i ma motywację, jest w stanie przyzwyczaić organizm absolutnie do wszystkiego.


– Ile czasu najdłużej byłeś w życiu sam?
Roman Paszke:
Bez kobiety?

– Nie, w ogóle.
Roman Paszke:
Niecałe 11 dni. Tyle trwał mój najdłuższy samotny rejs przez Atlantyk.

– A ten ile będzie trwał?
Roman Paszke:
Jakieś trzy miesiące.

– Dasz radę? Nie mówię o, jak to nazywasz, żeglarskich czynnościach. Tylko o emocjonalnym aspekcie tej sprawy.
Roman Paszke:
Chodzi ci o głowę. To ten największy ocean dla człowieka. Wiem, że dam radę, bo jestem dobrze przygotowany. Taki rejs to ciężka praca i na rozmyślania nie ma zbyt wiele czasu. Robię to od kilkunastu lat. Mam marzenia i staram się je realizować. 

– Groziło Ci, że utkniesz na lądzie do końca życia?
Roman Paszke:
Niespecjalnie. Żeglowałbym, choć może nie w takim wymiarze jak teraz. Podjąłem trudną decyzję, zrezygnowałem z pracy i poszedłem drogą, którą sobie wymyśliłem.

– Ryzykant!
Roman Paszke:
Pamiętaj, że to były lata 90. Ale rodzina to jakoś zaaprobowała. Potem okazało się, że finansowo daję radę, więc już nikt nie marudził. Ta własna stocznia to był ciężki, ale dobry interes. Choć w zasadzie przestałem bywać w domu. Zaczynałem pracę o 4 rano, a kończyłem o 22 albo i później. Tak było do momentu, kiedy właściciel MK Café powiedział mi: „Paszke, albo żeglujesz dla mnie i robisz projekty na morzu, takie zawodowe żeglarstwo regatowe, albo jesteś właścicielem stoczni. Co wybierasz?”. Nie zastanawiałem się. Zostawiłem stocznię i od tego czasu właściwie tylko żegluję.

– Co Ci daje morze?
Roman Paszke:
Wszystko. Starożytni Fenicjanie mówili: „Navigare necesse est, vivere non est necesse” (od red. – żeglowanie jest konieczne, życie nie jest konieczne). Żeglowanie i morze się nie zmieniają. Zmieniają się technologie, ludzie, a morze jest wciąż takie samo – niebezpieczne, nieokiełznane, pociągające i piękne.

– Czyli nie chodzi Ci o sławę i chwałę?
Roman Paszke:
Nie mam parcia na szkło i nigdy nie miałem. Dla mnie szkło nie jest celem, tylko środkiem. Potrzebuję mediów, żeby znaleźć sponsorów. Gdyby ktoś do mnie przyszedł, położył mi „budżet marzeń” na stół i powiedział: „Romek, płyń, tylko ani mru-mru nikomu”, to płynę bez wahania. Dlatego, że żeglowanie jest moim życiem. I robię to, o czym mnóstwo ludzi tylko marzy. I wiem, że z tej samotnej wyprawy wrócę silniejszy.

Rozmawiała Katarzyna Zwolińska

Zdjęcia Bart Pogoda
Produkcja Anna Wierzbicka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)