Robert Redford

"Nigdy nie godziłem się z myślą, że świat jest w porządku";, mówi "Vivie!" aktor, nazywany kiedyś "złotym chłopcem Hollywood".
/ 16.03.2006 16:57
 
Patrząc na niego, trudno uwierzyć, że skończył już 68 lat. Ubrany w dżinsy i luźną pomarańczową koszulę ciągle wygląda jak „złoty chłopak Hollywood”. Do Nowego Jorku na spotkanie z dziennikarzami przyleciał ze swego domu w Utah. Mimo męczącej ośmiogodzinnej podróży nie stracił dobrego humoru.

Atmosfera poprawia się jeszcze bardziej, kiedy na stole zauważa przygotowane specjalnie dla niego owsiane ciasteczka. „Tego właśnie było mi trzeba”, wyznaje, wgryzając się od razu w jedno z nich. „No to teraz odpowiem na każde pytanie”, mówi ze śmiechem.

Od razu jednak daje się wyczuć, że Redford najchętniej ciągle opowiadałby o swojej ostatniej roli w filmie Lasse Hallstroma „Niedokończone życie”. Zapewnia, że kiedy dostał scenariusz, od razu wiedział, że ta historia to coś specjalnie dla niego. „Mój bohater jest farmerem, który w wypadku samochodowym stracił swego ukochanego syna. Winą za śmierć dziecka obarczył synową, która feralnego dnia prowadziła wóz. W dużym skrócie ten film to wzruszająca historia o przebaczeniu”.
Aktor przyznaje, że wiele go łączy z postacią, którą gra. „Einar, mój bohater, dobrze czuje się tylko wśród gór i lasów, z dala od zgiełku miasta. To zupełnie jak ja”, opowiada ze śmiechem. Przemilcza to, że i on, tak jak postać z filmu, stracił swoje pierwsze dziecko, które z powodu tajemniczej choroby zmarło sześć miesięcy po urodzeniu. „Moje życie nauczyło mnie, że najgorszą rzeczą, jaką możemy zrobić samemu sobie, jest bezustanne rozpamiętywanie doznanych krzywd. Dopóki nie pogodzimy się z tym, co nas spotyka, będziemy marnować każdy dany nam dzień. Sam tego doświadczyłem, kiedy byłem młody, a potem przeczytałem to w scenariuszu. Chyba dlatego ta opowieść tak mnie urzekła”.

Zew natury
Redford nie ukrywa, że ostatnio jeszcze częściej niż kiedyś zaszywa się w górach. Ale za moment dodaje, że właściwie nigdy nie zależało mu na tym, żeby żyć w centrum wydarzeń. „Zawsze uciekałem od miejsc, gdzie było dużo ludzi”, opowiada.
Wychowywał się w Los Angeles i już od pierwszych szkolnych lat traktowany był jak odmieniec. Nie miał kolegów. Nie znosił nauczycieli. Do tego jeszcze ciągle były z nim kłopoty. Jako nastolatek z upodobaniem łamał wszystkie nakazy i zakazy: kradł, włamywał się do mieszkań i szkół po to tylko, żeby samemu sobie udowodnić, że nie ma dla niego żadnego tabu. Do tego bardzo źle się uczył. Miał jednak pasję, której poświęcał się bez reszty: baseball. To dzięki dobrym wynikom w sporcie przechodził z klasy do klasy. Dzięki temu też dostał stypendium na Uniwersytecie Kolorado. Jego ojciec, ubogi księgowy, miał nadzieję, że na studiach niepokorny Robert złagodnieje. Po pół roku Redforda wyrzucono z uczelni za pijaństwo. Nie przejął się tym zbytnio. Zdążył już odnaleźć swoje powołanie. Postanowił, że zostanie malarzem.
Na kolejne sześć miesięcy zatrudnił się na polach naftowych i w ten sposób zarobił pieniądze na podróż do Europy. Trafił do Florencji i uczył się malarstwa. Dzisiaj lubi wspominać tamten szalony czas. „Spałem na klatkach schodowych, nie miałem co jeść. Poznałem uroki życia początkującego artysty”, mówi ze śmiechem, zapewniając, że to czysty przypadek, że został aktorem. „Kiedy wróciłem z Europy, znajomi namówili mnie, żebym rozpoczął studia w Amerykańskiej Akademii Dramatycznej. Miałem tam poznać ludzi, dzięki którym jako artysta plastyk mógłbym tworzyć scenografie teatralne”. Tymczasem wykładowcy ze szkoły odkryli w nim talent. „Wtedy aktorstwo wydało mi się niedorzeczne, ale zacząłem grać w teatrach na Broadwayu i całkiem nieźle mi szło”.


 
Dzięki roli w filmie „Jeremiah Johnson” Redford poczuł, że może być dobrym aktorem. Nawet teraz na konferencji powtarza, że rola w tym filmie do dziś jest jego ulubioną. Potem był film „Zwyczajni ludzie”, który Redford sam wyreżyserował i za który dostał w 1981 roku Oscara. „Wtedy poczułem, że moja pozycja jest już na tyle mocna, że mogę zniknąć z Hollywood”. Za zarobione pieniądze aktor kupił ziemię w dziewiczym stanie Utah. „Po latach spędzonych w tych okropnych miastach w końcu w górach odnalazłem siebie. Kiedy przypomnę sobie Los Angeles, mam dreszcze. Wychowałem się tam, ale nigdy nie marzyłem o tym, żeby do tego miejsca wracać”. Jedyne miasto, które aktor lubi, to Nowy Jork. „Tu postanowiłem zacząć swoją karierę i ciągle, ilekroć odwiedzam Nowy Jork, czuję ten dreszcz emocji, który towarzyszył mi stale w tamtym czasie”. Tak naprawdę jednak Redford uważa, że nie można być szczęśliwym, żyjąc w mieście. „Ale to moje zdanie, a ja zawsze wszystko robię po swojemu”, dodaje ze śmiechem.

Pomarszczony krytykant
„Nigdy nie godziłem się z myślą, że świat jest w porządku. Ale większość ludzi zachowuje się w ten sposób. To jest bardzo amerykańskie udawać, że jest świetnie. Tylko że taka postawa niczego nie rozwiązuje”, twierdzi Redford, który w Hollywood uznawany jest za indywidualistę i buntownika. Kiedy aktor mówi o przemyśle filmowym albo o prezydenturze George’a Busha, od razu poważnieje. Mierzi go i jeden, i drugi temat. „Kiedy George W. Bush wygrał drugą turę wyborów, zastanawiałem się nawet, czy nie wyemigrować z kraju. W końcu pomyślałem, że byłaby to zwykła ucieczka i zdecydowałem się zostać. Przyszłość USA widzę jednak w ciemnych barwach”, mówi Redford. Takie samo zdanie ma na temat amerykańskiego przemysłu filmowego: „Nigdy nie chciałem być zależny od panujących w Hollywood układów towarzyskich”. Dlatego po przeprowadzce do Utah założył tam Sundance Institute – ośrodek szkolący młodych, niezależnych filmowców. Na warsztaty zapraszani są tam twórcy z całego świata. To pod ich okiem młodzi artyści uczą się, jak powinno wyglądać kino autorskie. Raz do roku w Utah organizowany jest sławny już na całym świecie Festiwal Kina Niezależnego, na który zjeżdżają takie gwiazdy, jak Brad Pitt, Mat Damon, Jennifer Aniston, Quentin Tarantino, a także Morgan Freeman czy Paul Newman.

„W ramach Sundance robimy takie filmy, jakie sami chcemy oglądać. W Los Angeles – tylko takie, które mogą przynieść dużo pieniędzy. Wartości artystyczne są spychane na boczny tor. Moim zdaniem powinno być odwrotnie”, twierdzi aktor.
Pytany o to, dlaczego sam grał w tylu komercyjnych produkcjach, odpowiada natychmiast: „Nigdy w żadnym filmie nie zagrałem tylko dla pieniędzy. Poza tym teraz wielu ludzi nie pamięta, że moje głośne filmy, takie jak »Kandydat«, »Jeremiah Johnson« czy »Wielki Gatsby«, nie były z założenia filmami wysokobudżetowymi. Potem stały się sławne, ale początkowo producenci nie wiązali z nimi zbyt wielkich nadziei”.

Redford, krytykując przemysł filmowy, nie oszczędza też dziennikarzy. Do tej pory nie może im zapomnieć, że przez ponad 30 lat jego kariery zawodowej bardziej skupiali się na jego urodzie niż na osiągnięciach artystycznych. „Co to w ogóle za różnica, jak ja wyglądam? Kogo to obchodzi? Najpierw prasa rozpisywała się na temat tego, jaki jestem przystojny. Teraz wszyscy na potęgę liczą moje zmarszczki. Na szczęście mnie samego nigdy nie obchodził mój wygląd”. Obrusza się na pytanie o operacje plastyczne. „Nigdy nie pozwoliłbym sobie na upiększające operacje. Przecież to śmieszne. Każdego ranka stawałbym przed lustrem i czułbym się jak kłamca. Mam blisko 70 lat i nie zamierzam zabiegać o to, żeby wyglądać jak 40-latek”.

„Mój sukces to moje dzieci”
Dziennikarzy od zawsze interesował nie tylko wygląd aktora, ale także jego życie osobiste. O tym jednak Redford nigdy nie chce mówić. Także i teraz zapewnia, że to byłaby tylko niepotrzebna strata czasu.
Tymczasem przez wiele lat aktor uznawany był za najwierniejszego mężczyznę przemysłu filmowego. Swoją żonę, mormonkę Lolę Van Wagenen, poznał w Los Angeles, kiedy miał 19 lat. To ona namówiła go na wyjazd do Nowego Jorku i potem na wyprowadzkę do Utah. Tam właśnie urodziło się ich pierwsze dziecko, które po kilku miesiącach zmarło. Redford do dziś powtarza, że ta śmierć była jednym z największych ciosów w jego życiu. Potem z żoną doczekali się jeszcze trójki dzieci. Ich małżeństwo przetrwało 27 lat. Rozpadło się, kiedy aktor poznał kobietę, której nie potrafił się oprzeć – brazylijską modelkę i aktorkę Sonię Bragę. Ten romans przetrwał zaledwie kilka miesięcy, ale to wystarczyło, żeby aktor trafił na okładki tabloidów. Dziennikarze zaczęli mu wówczas wypominać rzekomy związek z poznaną na planie filmu „Tacy byliśmy” Barbrą Streisand. Wściekły Redford nie chciał nawet tego komentować. Mówił tylko, że jego życie nie nadaje się do rubryki „Największe romanse Hollywood”.

W 1999 roku aktor poznał niemiecką malarkę Sibylle Szaggars. Zakochał się. Ich związek trwa do dziś, ale Redford mówi, że nigdy już się nie ożeni. Natomiast bardzo angażuje się w życie swoich dzieci: 45-letniej Shauny, 43-letniego Jamie’ego i 35-letniej Amy. Każda z „pociech” aktora jest zawodowo związana z przemysłem filmowym: reżyserują, piszą scenariusze i grają w filmach. „Oczkiem w głowie” Redforda jest najmłodsza i najbardziej urodziwa z całego rodzeństwa Amy.
Kilka lat temu aktor bardzo przeżył chorobę swego syna Jamie’ego, który musiał zostać dwukrotnie poddany transplantacji wątroby. Redford po operacjach nie odstępował syna na krok i potem pomógł mu wypromować dokument o organizacjach zrzeszających dawców organów. Teraz mówi, że najszczęśliwszy jest wtedy, kiedy widzi, że jego dzieci są szczęśliwe. „O filmach, w których zagrałem, mógłbym rozmawiać godzinami. Tak naprawdę jednak moim największym sukcesem są moje dzieci. Szczęśliwy jestem tylko wtedy, kiedy wiem, że i one mają wszystko, czego im potrzeba”.

Iza Bartosz/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)