Przemek Saleta - Było miło, ale się skończyło

Przez lata dziennikarze nosili go na rękach: mistrz świata w kick-boxingu, mistrz Europy w boksie zawodowym. Aktor, biznesmen, dziennikarz. Czuły ojciec, przystojny mężczyzna.
Elokwentny, zawsze uśmiechnięty. Więc dlaczego dziś pisze się o nim głównie źle? Naprawdę narozrabiał, czy komuś przeszkadzało, że miał za dobrze?

-Czy Salecie odbiło?

W jakim sensie?

– W takim, że uwierzyłeś, że bardziej opłaca się mieć wizerunek czarnego charakteru niż inteligenta. Kiedyś byłeś ulubieńcem mediów, pisano o Twojej błyskotliwości, obyciu, oczytaniu, sukcesach sportowych. Dziś można usłyszeć głównie o procesach sądowych, przegranych walkach i konszachtach z gangsterami.
To, że nie jestem już ulubieńcem mediów, jest właśnie dowodem na to, że mi nie odbiło, bo robię to, co chcę. Nie będę żył dla dziennikarzy, nie będę nikogo całował po rękach, żeby o mnie pochlebnie napisał. Koniec, kropka.

– A dziewczyny? Otaczasz się głównie modelkami i ciągle je zmieniasz. Pierwsza żona Ewa była modelką, druga żona, też zresztą Ewa, również nią była. Spotykałeś się jeszcze z modelką Pauliną Tomborowską, Kasią Kraszewską, teraz z byłą Miss Polski, która dla odmiany ma na imię... Ewa.
Różnym mężczyznom różne kobiety się podobają. Mnie akurat dziewczyny wysokie i szczupłe. Mam 39 lat, czy tych kilka kobiet to tak dużo? No dobra, dla przyzwoitości dodajmy jeszcze ze dwie, ale to i tak nie jest porażający bilans. Z moją obecną dziewczyną spotykam się od kilku miesięcy i na razie nie chcę nic więcej na jej temat mówić. Każdy ileś razy w życiu się zakochuje i odkochuje. Dla mnie ślub to za mało, by spędzić z kimś życie, męcząc siebie i kogoś. Nie miałem strasznych żon, ale uczucia się wypaliły i dla dobra dzieci rozsądniej było rozstać się, niż męczyć dalej razem. Lepiej mieszkać osobno, lubić się i szanować, niż wychowywać dzieci w domu bez miłości.

– Ale druga żona zarzuciła Ci zdradę, na łamach prasy twierdziła, że jesteś draniem i wyjechałeś z kraju z kochanką. Nie interesujesz się dzieckiem, nie płacisz alimentów.

Rzeczywiście wyjechałem do Stanów, ale kontakt z żoną i córką miałem cały czas. Dzwoniłem do niej codziennie, Ewa z Natką były też u mnie na Florydzie, więc to, że nie interesuję się dzieckiem, to totalna głupota. Co do alimentów: uprawiam wolny zawód, więc nie mam stałych dochodów. Czasem zarabiam dużo pieniędzy, czasem w ogóle, więc alimenty płacę nieregularnie, ale płacę i żadna z eks-żon nigdy nie miała o to pretensji. To, co napisała prasa, jest szukaniem taniej sensacji.

– Więc dlaczego tego nigdy nie prostowałeś?
Bo to nie ma sensu.

– Ale wiesz, co ludzie mówią: jak nie prostuje, to znaczy, że prawda.
Ja wiem, jak jest, moi bliscy wiedzą, jak jest, mnie ta świadomość wystarcza. Może to zabrzmi arogancko, ale opinia Kowalskiego, którą wyrobił sobie na podstawie artykułu w brukowcu, mnie nie interesuje. Nie pójdę z tym do sądu.

– No jak to? Przecież ciągle kogoś pozywasz, na przykład telewizję Wizja TV.
Tak, za bezprawne użycie mojego wizerunku. Przed moją walką nakręcono spot reklamowy ze mną w roli głównej, a potem za pomocą tego spotu reklamowano inne wydarzenia bokserskie. Według mnie bezprawnie. Ale sprawę przegrałem.

– Przegrałeś też inną sprawę. Z urzędnikiem, którego pozwałeś, bo zażądał łapówki wyższej, niż oferowałeś.
Przegrałem, ale to nie tak. Rzeczywiście wraz ze wspólnikami, z którymi prowadziliśmy restaurację, wystąpiliśmy o zgodę na letni ogródek, ale ZDM nam odmówił. Gdy poszedłem wyjaśnić sprawę, usłyszałem od urzędnika, że decyzję może zmienić tylko dyrektor, a o stawkę najlepiej spytać w mieście. Więc zapytałem z głupia frant, dla żartu, jaka jest stawka, czy pięć tysięcy dolarów wystarczy. Na co usłyszałem, że poniżej dziesięciu tysięcy nie mamy co rozmawiać. Napisaliśmy więc list do ówczesnego prezydenta miasta, Pawła Piskorskiego, w którym opisaliśmy całą sytuację. Być może, użyliśmy nieszczęśliwych sformułowań sugerujących, że jednak chcieliśmy wręczyć łapówkę, ale nie jesteśmy prawnikami, nie znamy się na tym.
Dodam tu, że w grudniu zeszłego roku tego pana zamknęli za przyjmowanie łapówek. Więc jednak wyszło na moje.

– I co stało się z knajpą?
Zamknęliśmy. Nie mieliśmy czasu się nią zajmować i zarabiali na niej wszyscy, tylko nie my. Knajpa nazywała się Winners (zwycięzcy), ale z perspektywy czasu myślę, że powinniśmy ją nazwać Losers (frajerzy).

– A ja słyszałam, że gangsterzy, od których pożyczyłeś pieniądze i nie chciałeś oddać, podłożyli pod nią bombę.
Też to słyszałem, ale nie chodziło o knajpę, tylko o fitness club. Ale tam tak naprawdę nigdy nie było wybuchu, tylko pożar. Nastąpiło spięcie instalacji elektrycznej, spaliła się sauna.

– To dlaczego huczało od plotek, że mafia Cię ścigała i musiałeś uciekać do Stanów?
Wiem, kto rozpuszczał te plotki, ale nawet nie chcę tego komentować. Powiem krótko: nigdy nie miałem kontaktów ze środowiskiem przestępczym. Nikt nawet nie zgłosił się do mnie z propozycją płacenia haraczu. A do Stanów wyjechałem przygotowywać się do walki z Andrzejem Gołotą.

– To o ten wyjazd miała żal Twoja żona. Wyjechałeś z nową dziewczyną, Kasią, będąc jeszcze mężem Ewy. I na konferencji prasowej promującej Twoją walkę z Gołotą promowała się głównie ona, playmate „Playboya”. Nad stołem konferencyjnym porozwieszane były jej rozbierane zdjęcia i więcej mówiło się o biuście Twojej narzeczonej niż o samej walce. To było mało strawne.
Sport to jest show-biznes. Ameryka jest specyficzna i Don King, mój promotor, taki sobie wymyślił sposób na promowanie tej walki. Może z punktu widzenia kogoś o konserwatywnych poglądach to raziło, ale w USA tak się to robi. My oczywiście mogliśmy się zgodzić lub nie, ale stwierdziliśmy że to może nam pomóc. I nie żałuję tego.

– I Kasi to w karierze pomogło?
Wydaje mi się, że dostała szansę, a czy się opłaciło, to już jej ocena.

– W rezultacie Twoja walka i tak się nie odbyła, a Ty wdałeś się z Gołotą w pyskówkę. Na łamach prasy mówiliście, co sobie nawzajem zrobicie, jak się spotkacie. „Oklepaliście się” w końcu w ciemnej ulicy?
Nie. I gdy czytałem, co ja rzekomo na temat Andrzeja mówię, to byłem szczerze zdziwiony, jak można było tak poprzekręcać moje wypowiedzi. Zawsze podkreślałem, że Andrzeja niezbyt dobrze znam, więc nie mam prawa się o nim wypowiadać. Ani dobrze, ani źle. Mogę go oceniać tylko jako zawodnika i tu oceniam go bardzo dobrze. Uważam, że byłby mistrzem świata, gdyby miał mocniejszą psychikę. Jedyny raz wypowiedziałem się krytycznie na jego temat po walce z Tysonem, ale to dotyczyło boksu, dlatego nie chce mi się wierzyć, że on o mnie takie rzeczy wygadywał.

– No właśnie. Pierwszy raz miałeś stoczyć pojedynek z Gołotą w 2000 roku. Też do niego nie doszło, bo Gołota wybrał walkę z Tysonem. Za zerwanie kontraktu dostałeś odszkodowanie, ale zastanawiałeś się, czy nie pozwać go do sądu o więcej pieniędzy.
To nieprawda. Przygotowania do walki kosztowały mnie 30 tysięcy dolarów, za zerwanie kontraktu dostałem 10 tysięcy. Byłem 20 tysięcy w plecy. Ale ubezpieczyłem się od takiej ewentualności i to ubezpieczalnia nie chciała mi pieniędzy wypłacić, bo nie miałem na przykład faktur od sparingpartnerów. Zawarliśmy w końcu ugodę na 10 tysięcy Ale z Gołotą nie miałem zamiaru się sądzić.

– No widzisz, idą takie informacje w świat, mówi się, że Ci się w głowie poprzewracało, a Ty nic?
Nie warto sobie tym psuć nerwów.

– Ale Twoje nazwisko jest firmą. Pozwalając na takie rzeczy, psujesz opinię firmy, staje się ona mniej wiarygodna.
Rzeczywiście jestem wdzięcznym tematem do plotek. Ale czy mam ścigać każdego, kto coś głupiego o mnie powie? To śmieszne. Szanuję ludzi, szanuję kibiców, ale nie będę ich niewolnikiem. Czy im się to podoba, czy nie, będę żył tak, jak chcę i mimo złośliwych tekstów dziennikarzy będę boksował, bo robię to dla siebie.

– Boksujesz ewidentnie dla siebie, bo dziennikarze sportowi postawili na Tobie krzyżyk. Zacytuję Ci pewien fragment: „Obtłuczony jak kubek w barze mlecznym Saleta szybko odzyskał wigor i wygląda na to, że jeśli ktoś rzuci na ring 1000 euro, on będzie gotów zbierać je w swojej ulubionej pozycji bokserskiej: na klęczkach”. Mnie wcięło, a Ciebie?
Niespecjalnie.

– Zostałeś poniżony, ośmieszony. To nie boli?
Nie bardzo. Dziennikarz, który to napisał, jest mi obojętny. Ja mu wręcz współczuję, że w taki sposób musi zarabiać na życie. Błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. 99 procent krytykujących mnie osób nigdy nie odważyło się wyjść po zmroku na ulicę. Jak siedzisz przed ekranem telewizora, to ci się wydaje, że zrobisz to lepiej. A ja zaręczam, że to nieprawda, więc mnie to nie rusza.

– Najpierw kick-boxing, potem boks, po drodze triatlon, a niedawno debiut w Konfrontacjach Sztuk Walki w formule MMA (mieszanina różnych stylów walki, np. boksu, zapasów, kick-boxingu, dżiu-dżitsu). Znów przegrałeś. Po co Ci to było? Lubisz czytać w prasie, że Saleta się skończył?
Guzik mnie to obchodzi. Dla mnie to, czy wygram, czy przegram ma znaczenie drugorzędne, jeśli dam z siebie wszystko. Trzeba umieć wygrywać, ale trzeba też umieć przegrywać. Stoczyłem w kick-boxingu i w boksie łącznie 85 walk, z czego przegrałem tylko 8, więc przyznasz, że nie jest to tragiczny bilans.

– Ale większość przegrałeś ostatnio. Chyba lepiej jest kończyć karierę w chwale niż wśród gwizdów.
W kick-boxingu byłem niepokonany i gdy zmieniałem dyscyplinę na boks, wszyscy na mnie kładli krzyżyk. Gdybym się tym przejmował, nie zostałbym pierwszym w Polsce i na razie jedynym zawodowym Mistrzem Europy. Chcę podkreślić jeszcze raz, ja tej walki w MMA nie traktowałem jako walki dla kariery. Była to dla mnie możliwość spróbowania czegoś innego. W przyszłym roku kończę 40 lat, mam mnóstwo innych planów, lubię trenować i do końca życia będę to robił, ale w moim wieku są ważniejsze rzeczy niż wyczynowe uprawianie sportu. 8 sierpnia oficjalnie kończę karierę sportową.

– Z czego będziesz żył?
Z siebie. Jestem redaktorem naczelnym magazynu „Gentelman”. Założyłem firmę „Saleta Media”, zajmującą się marketingiem i reklamą. Jestem też twarzą firmy Unibet, która zajmuje się zakładami internetowymi, piszę dla nich recenzje walk. I zostałem ambasadorem nowego motocykla Suzuki B-King. Mam dużo interesujących propozycji. Dwa razy odmawiałem udziału w programie „Taniec z gwiazdami”, bo z zasady nie tańczę i nie śpiewam, ale niedawno telewizja zgłosiła się do mnie z zabawnym projektem tanecznym. Na razie nie mogę mówić o szczegółach, ale zgodziłem się na udział, bo będzie śmiesznie.

– To chyba jeszcze tylko w polityce nie próbowałeś swoich sił?
Do niedawna polityką interesowałem się tak, jak wszyscy, bo osobiście mnie to nie dotykało. Do czasu, gdy okazało się, że moja starsza córka ma problem z nerkami i czeka na przeszczep, a przez widowisko medialne ministra Ziobry ilość przeszczepów od obcych dawców spadła prawie do zera. I dziecko, zamiast czekać na przeszczep kilka miesięcy czy rok, może czekać nawet 10 lat. Bo nagle wszyscy się boją. Pacjent się boi, że zostanie potraktowany jak potencjalny dawca, a lekarz się boi, że posądzą go o łapownictwo.

– Jak czuje się Nicole?
Jest bardzo dzielna, jeździ na dializy trzy razy w tygodniu i super to znosi. Przez to zaangażowałem się w sprawy propagowania idei przeszczepów, działam w radzie fundacji transplantologii i staram się uświadamiać ludziom, że warto pomagać innym, bo dziś nas ten problem nie dotyczy, a jutro już może. Ludziom się wydaje, że tak łatwo jest sprzedać kogoś na organy, że lekarzowi jest łatwo za pieniądze skazać kogoś na śmierć albo załatwić przeszczep poza kolejnością. Lista oczekujących to nie jest lista od jeden do 100, gdzie każdy czeka na swoją kolejkę. Przy doborze organów najważniejsza jest zgodność medyczna. Nie jest to decyzja jednej osoby, więc ilu ludzi trzeba by przekupić, żeby dostać organ poza kolejnością? Wszędzie są czarne owce, ale większość lekarzy to uczciwi ludzie. To władza wytworzyła taką atmosferę. Wstyd jak cholera. Mam świadomość, że w dużym stopniu jest to moja wina, bo nigdy w życiu nie głosowałem. Wychodziłem z założenia, że gospodarka pewne rzeczy i tak wymusi, więc nie ma znaczenia, kto jest przy władzy. W Polsce to się nie sprawdza i jestem zdeterminowany, żeby do następnych wyborów pójść. To jest takie zaangażowanie polityczne, na jakie mogę sobie pozwolić.

– Na razie. Arnold Schwarzenegger zaczynał podobnie. Najpierw był sportowcem, potem aktorem, a teraz proszę, jest gubernatorem Kalifornii. Może i na Ciebie przyjdzie czas?
Nie żartuj. Zdajesz sobie sprawę, co by o mnie pisała prasa? Zapewne zostałbym ulubieńcem „Naszego Dziennika”.

Rozmawiała: Katarzyna Olkowicz
Zdjęcia: Rafał Milach
Stylizacja: Jola Czaja
Asystentka stylistki: Karolina Gruszecka
Charakteryzacja: Anna Grabowska
Produkcja sesji: Paweł Walicki
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/rok temu
Jestem przedstawicielem Iowa Luterańskiego Szpitala w Iowa City w USA. Doznałem, aby kierownictwo szpitala mogło reklamować w Internecie, jak pracujemy i że rozpoczęliśmy ponownie rok na zakup i sprzedaż ludzkich narządów, np. nerki, Jeśli jesteś zainteresowany tą ofertą, skontaktuj się z nami pod poniższym e-mailem: Zrekompensujemy naszym darczyńcom sporą sumę pieniędzy i jesteśmy specjalistami od organów Chirurgia i jako dawczyni nie ma ryzyka w to. A to jest nasz e-mail: iowalutheranhospital @ gmail.com Możesz również zadzwonić lub skontaktować się z nami pod adresem whatsapp +1 929 281 1248
/12 lat temu
tak wlasnie media wykanczaja ludzi jak sportowcow,aktorow.Dalczego nie popatrza na swoje podworko czy politykow ,czy innych normalnyuch ludzi ile u nich by bylo pranie brudow .wiec przestancie sie czepiac przez was przemawia tylko zazdrosc.