Piotr Tymochowicz i Marzena Popowska

Poznali się w powietrzu. Teraz specjalista od wizerunku i artystka cyrkowa muszą zejść na ziemię. W ich świecie za chwilę pojawi się dziecko.
/ 25.05.2007 12:00
Będzie miał Pan córkę! To idealny moment na ojcostwo?
Piotr Tymochowicz:
Wcześniej przerażał mnie widok rozwrzeszczanego dziecka. Jakieś pieluchy, kaszki, to było dla mnie zawsze takie straszne... Nigdy nie widziałem się w roli ojca, powiem więcej, dziecko kojarzyło mi się zawsze z "zabieraczem czasu". Ja bardzo dużo pracuję. Od dziewiątej do siedemnastej mam wykłady, potem spotykam się na zajęciach indywidualnych, wieczorem mam spotkania biznesowe. W domu jestem z reguły po dziewiątej. Ale zdarza się, że zaczynam dzień nawet o trzeciej, czwartej rano. Lepper miał czas na spotkania ze mną o piątej rano, po basenie. Z Millerem pracowałem od czwartej. Teraz będę musiał swój harmonogram bardziej dopasowywać do domu i dziecka.

– Trudno uwierzyć, że zwolni Pan tempo i nie będzie Pan pracował po 16 godzin na dobę...
P.T.: To jest oczywiste. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że dziecko widzi mnie przez kilka minut dziennie. Jeśli miałbym żyć w takiej gonitwie, to po co w ogóle mieć syna lub córkę? Najgorsza z punktu widzenia małego dziecka jest ciągła nieobecność rodziców. To wpływa na jego przyszłość. Dziś nie wiem, czy w ogóle sprawdzę się jako ojciec…

– I Pan, spec od wywierania wpływu na ludzi, boi się niemowlaka?
P.T.: No pewnie. Teoria wywierania wpływu teorią, a wychowanie małego dziecka rządzi się swoimi prawami.

– Jakich błędów nie chciałby Pan popełnić?
P.T.: Jestem jedynakiem. Wychowywany byłem na narcyza, co potem przeszkadzało mi w moich związkach. Egoizm, egocentryzm. Na pewno nie chciałbym, by moje dziecko wyrastało w przekonaniu, że wszystko mu się należy.

– Pan jest człowiekiem kochliwym?
P.T.: Nie, nie uważam się za człowieka nadmiernie kochliwego. Kocham już wiele lat jedną kobietę.

– Wiele lat, czyli...
P.T.: Cztery albo pięć.

– Jak poznał Pan Marzenę?
P.T.: W powietrzu.

– Jestem zaciekawiona…
P.T.: Poznaliśmy się w bardzo oryginalny sposób! Przygotowywałem występ w Sali Kongresowej. Miałem wygłosić wykład na temat charyzmy. Wiedziałem, że przede mną na scenie pojawi się parę osób i widownia będzie mocno znużona. Wymyśliłem, że gdy dojdę do sedna, zostanę podniesiony do góry na cienkich, niewidzialnych linkach. I będę kontynuował wykład z powietrza. To miał być mój pierwszy raz, więc postanowiłem wcześniej to przećwiczyć. W Internecie znalazłem adres szkoły cyrkowej, umówiłem się z menedżerem. Podwieszono mnie pod sufitem na sali gimnastycznej, bym mógł oswoić się z wysokością…. A w tym czasie Marzenka fruwała obok mnie na trapezie, robiąc dziwne i skomplikowane ewolucje.
Marzena Popowska: Dodajmy, że robiłam to specjalnie i na złość! Chciałam poprzeszkadzać, bo gdy ktoś wpadał na nasze zajęcia, psuł nam cały harmonogram! Nie znosiliśmy tego! Więc weszłam na trapez z mocnym postanowieniem: ja ci pokażę! I wykonałam swój najlepszy popisowy układ.

– To brzmiało: "Ja ci pokażę, gwiazdorku..."
M.P.: Nie, kompletnie nie wiedziałam, kim jest ten mężczyzna podwieszony pod sufitem!
P.T.: A ja byłem oczarowany tym, co zobaczyłem. Wymyśliłem, że podczas mojego występu będą odbywały się też popisy uczniów szkoły. Zaangażowałem pięć albo sześć osób! Wśród nich znalazła się Marzenka.

– Czyli słynny manipulator uknuł misterny plan uwiedzenia młodej dziewczyny?
P.T.: Nie, ja nawet nie przypuszczałem, że możemy się z Marzenką jakoś bliżej poznać! Bardzo podobało mi się, jak tańczyła na trapezie, ale to nie był jakiś misterny plan osaczenia maturzystki. Uczucie zrodziło się znacznie później.

– Nie był Pan przerażony 20-letnią różnicą wieku?
P.T.: Raczej skonfundowany, bo oceniłem Marzenkę na więcej lat, niż miała w rzeczywistości. Ale o przerażeniu nie mogło być mowy, bo w moim otoczeniu jest małżeństwo, gdzie ona jest od niego o 30 lat starsza i są idealną parą.

– Parę lat temu wykładał Pan sztukę uwodzenia. Trudno uwierzyć, że prywatnie nie wcielał Pan w życie swoich technik.
P.T.: Nie. Byłem bardzo ostrożny wobec Marzenki.

– Był Pan świeżo po rozwodzie?
P.T.: Oj nie, ja już dłuższy czas żyłem jako singel. Po rozwodzie podejmowałem próby zbudowania nowych związków, ale muszę przyznać – kompletnie nieudane. Rezygnowałem po kilku, kilkunastu dniach. Może to było związane z bardzo wysokimi wymaganiami, które stawiałem? Muszę też przyznać, że ja też nie odpowiadałem wielu kobietom. Często te, z którymi chciałem być, odrzucały mnie.

– Tymochowicz nie jest chodzącym ideałem?
P.T.: O nie, wręcz przeciwnie.

– Gdy poznał Pan młodszą kobietę, pomyślał Pan: "Ulepię ją tak, jak będę chciał"?
P.T.: Marzenka okazała się dziewczyną o wyjątkowo silnej osobowości. To ja znacznie bardziej zmieniłem się pod jej wpływem niż ona pod moim. Potwierdzają to nasi znajomi.

– W czym objawia się siła Pana narzeczonej?
P.T.: Nie miałem na przykład nic do powiedzenia w kwestii urządzania tego domu. Marzenka sama go znalazła, walczyła z ekipami remontowymi, dobierała detale wystroju.
M.P.: Powiedzmy też, że przekonałam cię do tego, żebyśmy zamieszkali w domu, choć tego nigdy nie chciałeś.
P.T.: Tak. Ostatnią rzeczą, o jakiej myślałem, to stabilizacja i własny kawałek ziemi. Osiemnaście razy zmieniałem wynajmowane mieszkania, bo cieszyłem się wolnością i mogłem za każdym razem zaczynać życie od początku. Uwielbiałem wszystko, co nowe. Czułem w sobie nieustanną gotowość do zmian, a na tych, co się już ustabilizowali, patrzyłem z nieskrywaną pogardą. I z takim myśleniem było mi bardzo dobrze.

– I w to życie zabieganego singla z odzysku wkroczyła dziewczyna, która chciała domu, stabilizacji, kawałka ziemi?
P.T.: Tak. Do tego domu, w którym teraz rozmawiamy, Marzena przywiozła mnie siłą…
M.P.: Siłą i podstępem, bo Piotr zapierał się rękoma i nogami. Tuż po oględzinach powiedział: "OK, jeśli masz ochotę, kup, zrób, ja nie mam czasu się tym zajmować!"

– Miał Pan bezgraniczne zaufanie?
P.T.: Tak.
M.P.: Ale powiedz, że ja ultimatum postawiłam już wcześniej. Naciskałeś, żebyśmy w końcu zamieszkali razem, a ja zaparłam się: najpierw remont, potem wspólne mieszkanie.
P.T.: Przyznaję, moje mieszkanie było w opłakanym stanie i domagało się remontu.
M.P.: A ja czułam w nim obecność byłej żony Piotra. Chciałam odciąć się od przeszłości, więc zabrałam się za kapitalny remont, łącznie z wyburzeniem ścian, wymianą okien. Zabawny był moment, gdy przyszła ekipa remontowa i chciała podpisać umowę. Nie wyglądam dość poważnie i dorośle, zapytali więc, kiedy przyjdą rodzice.
P.T.: Dochodzimy do sedna. Przed Marzenką poznawałem kobiety, które się mnie bały. A Marzenka wkroczyła w moje życie bez najmniejszych obaw, za to ze swoim charakterem i wymaganiami. Była ambitna: równolegle kończyła normalne liceum, marzyła o studiach.

– Nie bała się Pani, że może być w tym związku manipulowana?
M.P.: Na początku nic nie wiedziałam o Piotrze. Myślałam, że jest aktorem…
P.T.: Podobało mi się, że Marzenka jest ze mną nie dlatego, że występuję w telewizji, ale dlatego, że jest nam razem dobrze. Co do manipulacji w życiu prywatnym… Może nie powinienem tego mówić, ale prawda jest taka, że wszystko to, co przydaje się w pracy zawodowej, może bardzo przeszkadzać w sferze prywatnej. To na szczęście nie dotyczy mojej narzeczonej.

– Pan wchodził w związek z Marzeną też bez żadnych obaw?
P.T.: Byłem bardzo ostrożny. Przez długi czas zresztą czułem się niedojrzały emocjonalnie, nie wiedziałem, czego chcę. Nie miałem zdefiniowanego ideału kobiety, z którą chciałbym być. Nie wiedziałem, czy to ma być blondynka, czy brunetka, intelektualistka, czy sportsmenka.

– A Pani czuła lęk przed związkiem ze starszym mężczyzną, po rozwodzie?
M.P.: Nie zdawałam sobie sprawy z zagrożeń, więcej obaw miała moja mama. Przez ponad dwa lata nie traktowała naszego związku poważnie. Uważała, że jestem dla Piotra kolejną zabawką, którą za chwilę rzuci w kąt. A on był cwany, zanim mnie dobrze poznał, umówił się na spotkanie z moją mamą. Wszystkiego się o mnie dowiedział i dopiero wtedy zdecydował się ze mną związać.
P.T.: Miałem dużo doświadczeń z poprzednią teściową i pomyślałem sobie, że tym razem muszę poznać mamę mojej potencjalnej dziewczyny, zanim wejdę w związek. Wiedziałem, że takie spotkanie powie mi najwięcej o samej Marzence i jej rodzinie.

– Z wielu przyzwyczajeń musieliście dla siebie zrezygnować?
P.T.: Ja na pewno. Bo miałem ich bez liku. Byłem kiedyś znacznie większym egoistą niż teraz. Nie potrafiłem żyć w partnerstwie. To Marzenka nauczyła mnie życia razem, a nie obok siebie.
M.P.: Jak szliśmy do sklepu, Piotr kupował jedną colę dla siebie. A ja pochodziłam z domu, w którym była trójka rodzeństwa i wszystko było dzielone na trzy. I wydawało mi się, że jak wezmę tę colę z lodówki i napiję się, to będzie normalne. Ale okazywało się, że Piotr był z tego niezadowolony. Jednocześnie w sklepie nie przyszło mu do głowy, żeby kupić drugą butelkę dla mnie. Dziś jednak Piotr mocno utemperował swój egoizm...

– A jak wyglądało wejście Pani Marzeny w Pana środowisko? Ludzie na stanowiskach, po czterdziestce i dziewiętnastolatka… To chyba trudne doświadczenie?
P.T.: Ja mam bardzo różnych przyjaciół, z bardzo różnych środowisk. Panuje wśród nich niesłychana tolerancja i obyczajowy luz.
M.P.: Nie bałam się, może dlatego, że byłam tak młoda i nie wiedziałam, w co wchodzę. Pamiętam, że na początku naszej znajomości Piotr dał mi radę, że gdziekolwiek pójdziemy, mam się zachowywać swobodnie i naturalnie, dokładnie tak, jak funkcjonuję na co dzień.

– I nie było sytuacji, że ktoś łapał Pana protekcjonalnie za rękaw za filarem i mówił: „Stary, ale ona jest za młoda, zastanów się…”
P.T.: Zdarzało się.
M.P.: Tak bywało na początku, bo nikt mnie nie znał i niektórym wydawało się, że jestem z Piotrem, bo odniósł sukces. A niby co ja mogę widzieć w starszym ode mnie o tyle lat facecie? Inni doszukiwali się relacji córka–ojciec…
P.T.: Marzenka nie ma najmniejszego problemu z odnalezieniem się w moim towarzystwie. Potrafi na przykład na przyjęciu powiedzieć byłemu ministrowi czy premierowi prosto w twarz, co zrobił źle i dlaczego przegrał wybory. I to jest fajne, mnie się to bardzo podoba.

– A Pani znajomi zaakceptowali Wasz związek?
M.P.: Do czasu matury ukrywałam nasz związek, bo z powodu tego, że chwaliłam się naszym szczęściem, musiałam zmienić liceum.
P.T.: Myślę, że w tym wszystkim nie tyle chodziło o mnie, co o życie, które Marzenka zaczęła prowadzić ze mną. Byliśmy dwa miesiące w Norwegii, na nartach we Włoszech. Zaczęliśmy podróżować, cieszyć się życiem. To budziło zawiść wśród uczniów, potem wśród nauczycieli.
M.P.: Teraz na studiach niewiele osób wie, z kim jestem związana.

– Przygotowujecie się już do porodu?
P.T.: Chodzimy po sklepach, oglądamy wózki, łóżeczka.
M.P.: Nie będziemy rodzić razem, bo Piotr nie przeżyłby tego. Kilka lat temu pobierano mu krew; zemdlał, zanim wkłuto mu igłę.

– Samochód też dostosujecie do dziecka?
M.P.: Kupiliśmy niedawno rodzinne audi Q7 – dostanę je po narodzinach dziecka. Piotr już zamówił sobie audi aero 8, wersję sportową. Ja na co dzień jeżdżę new beattlem, którego dostałam od Świętego Mikołaja… czyli od Piotra.

– Jest Pan aż tak romantyczny?
P.T.: Oczywiście, Marzenka marzyła o takim dwa lata. Zamówiłem go w Meksyku odpowiednio wcześniej, a potem przewiązałem czerwoną kokardą i w dniu Wigilii podstawiłem pod dom.
M.P.: Piotr mnie zaskakuje nieustannie. Pewnego dnia przyjechała do nas ekipa, która zaczęła kopać w ogrodzie basen, innym razem okazało się, że Piotr zrobił mi niespodziankę i właśnie powstaje obok domu wielki ogród zimowy.
P.T.: Nie chodzi o to, że zarzucamy się drogimi prezentami. Opowiedz, jak przyjechałaś i zastałaś w ogrodzie Lecha i Jarosława…
M.P.: Jak zobaczyłam te dwie wielkie kaczki, pomyślałam, że one po prostu do nas przyleciały. Nie miałam pojęcia, że Piotr je zamówił specjalnie dla nas.

– I teraz opiekujecie się razem Lechem i Jarosławem.
P.T.: Wybudowaliśmy im nawet pałac, ale dla Lecha jest za duży i nie lubi w nim przebywać. Za to Jarosław jest ciągle w ofensywie, mięsożerny, agresywny. Lech nie jada mięsa, jest cały czas w depresji. Jak w życiu.

Rozmawiała Monika: Stukonis/ Viva!
Zdjęcia: Igor Omulecki/Photoshop
Stylizacja: Daria Hofman
Makijaż i fryzury: Beata Milczarek/Metaluna
Scenografia: Michał Zomer
Produkcja: Paweł Walicki
Wielkie podziękowania dla Ani Szcześniak za pomoc przy stylizacji.






SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)