Piotr Adamczyk fot. Piotr Porębski/METALUNA

Piotr Adamczyk - Marzyciel

Aktor, idol, restaurator na „kozetce” u Piotra Najsztuba. Oto rozmowa, jakiej nie było!
/ 24.08.2010 10:21
Piotr Adamczyk fot. Piotr Porębski/METALUNA
– Po czym Pan poznaje, że staje się dojrzały? Bo umiera jakiś dawny Adamczyk?
Piotr Adamczyk:
Po prostu czuję zmiany. Lubię, że płynie życie, że woda jest coraz to inna w tej rzece. Nie bardzo nawet umiem odpowiadać na jakieś proste pytania, co lubię, co mi się podoba...

– Czytałem, że takich pytań Panu się nie zadaje.
Piotr Adamczyk:
Bo chcąc na nie odpowiedzieć szczerze, gubię się, ponieważ odpowiedź jest zmienna.

– Może Pan nie zna odpowiedzi na najprostsze pytania?
Piotr Adamczyk:
A jakie są te najprostsze?

– Na przykład... Co jest?
Piotr Adamczyk:
To, czego dotknę i co mam, to, o czym marzę. Jestem marzycielem.

– Uciekinierem w marzenia?
Piotr Adamczyk:
Tak. To, co sobie zaprojektowałem, już jest. I cieszę się tym, że idę do jakiegoś celu, jakbym już ten cel miał. Często on sam przynosi rozczarowanie, kiedy go osiągam.

– Jest Pan kimś takim jak gracze w totolotka, którzy kupili los i przed poznaniem wyników siedzą i są już tam, gdzie byliby po zainkasowaniu wygranej?
Piotr Adamczyk:
Lubię sobie coś takiego wyobrażać. Ja tego swojego chłopczyka pielęgnuję w sobie. Naiwność w marzeniach, naiwność polegającą na pełnym zaufaniu do ludzi trzeba w sobie pielęgnować, by umieć się cieszyć jak chłopczyk.

– Pierwszą kobietą, o którą Pan był zazdrosny, była matka.
Piotr Adamczyk:
Tak.

– Czytałem, że kopał Pan jakichś wujków po nogach...
Piotr Adamczyk:
Kiedyś przekroczyłem swój dziecięcy wstyd, który mnie paraliżował, i kopnąłem jakiegoś obcego pana na ulicy.

– I nie usłyszał Pan słynnego tekstu „nie kop pana, bo się spocisz”?
Piotr Adamczyk:
Nie, mama mnie skrzyczała, ale z drugiej strony chyba cieszyła się, że ma takiego obrońcę. I to był rodzaj zazdrości, bo jakiś facet się na mamę patrzył... Byłem wtedy przekonany, że moja przyszła żona będzie miała długie blond włosy, tak jak moja mama, że będzie do niej podobna, a najlepiej, gdyby to była moja mama, tylko po prostu młodsza. Dość wcześnie poczułem się głową rodziny, dosyć wcześnie zacząłem zarabiać pieniądze w teatrze i byłem dumny, że je przynoszę i daję mamie.

– A nie chodziło o to, że przyjdzie mężczyzna i mamę zabierze?
Piotr Adamczyk:
Ta rozmowa staje się „kozetkowa”... Pytania bardzo osobiste i trzeba opowiadać trochę o dzieciństwie, o sobie. Mam taki rodzaj wstydu czy skromności, że co to kogo będzie obchodzić...

– Pan nie wie, jak świat zwariował i jak wiele osób to interesuje.
Piotr Adamczyk:
Rzeczywiście. Na przykład inaczej już wygląda promocja filmu. Kiedyś aktor opowiadał o przygodzie z rolą, o filmie, próbując zachęcić widzów do oglądania.

– A dziś to nikogo nie interesuje.
Piotr Adamczyk:
Tak. Liczy się to, czy się zmieniło dziewczynę, czy aktor, który zagrał w tym filmie, właśnie opowie coś szczerego, intymnego.

– A Pan zmienił dziewczynę?
Piotr Adamczyk:
Nie, nie zmieniłem. I nie dostrzegam w swoim życiu prywatnym skrajnych emocji.

– Żałuje Pan czy zazdrości tym, którzy w nie wpadają?
Piotr Adamczyk:
Nie, zawód aktora jest i tak rozchwiany emocjonalnie, a gdybym jeszcze prywatnie był skrajnym
cholerykiem albo skrajnym alkoholikiem, albo wpadał w czarną rozpacz czy świetliste zachwyty, to pewnie bym się zamęczył.

– Powiedziałby Pan o sobie, że jest megalomanem?
Piotr Adamczyk:
Skoro w ten sposób udzielam wywiadu, to to jest już chyba megalomania?

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– To ja Pana poprosiłem.
Piotr Adamczyk:
Nie powiedziałbym o sobie, że jestem megalomanem.

– A kto to jest megaloman?
Piotr Adamczyk:
Najprościej mówiąc...

– Padnie nazwisko?
Piotr Adamczyk:
Nie, to człowiek, który za bardzo się lubi i za łatwo o sobie opowiada w zbytnich superlatywach, trochę także mitoman.

– Bał się Pan, że będzie megalomanem, były takie momenty?
Piotr Adamczyk:
Uważam, że ten zawód...

– Właściwie Was wpycha w megalomanię.
Piotr Adamczyk:
W aktorstwie to się nazywa woda sodowa, że komuś odbiło, to jest niegotowość na sukces, na popularność. Miałem taki moment, kiedy, jeszcze w liceum, przychodziłem do szkoły teatralnej, marząc o tym, że do niej  się kiedyś dostanę, ale się ciesząc, jakbym tam już był. Siadałem na ławeczce i obserwowałem studentów, profesorów i serce mi szybciej biło. I dziwiło mnie, że oni mówią dziwnymi głosami, że widząc kogoś ich obserwującego, już nie idą normalnie, tylko grają, że idą. I postanowiłem, że taki nie będę.

– I skąd Pan wie, że się udało?
Piotr Adamczyk:
Dzięki przyjaciołom i świadomości, że powiedzą prawdę, kiedy to mi się zdarzy. Mam obok siebie ludzi, którzy powiedzą: „Halo! Stary, zwariowałeś!”.

– Ale dlaczego mieliby to zawsze robić? A strach przed utratą znajomości ze sławnym Adamczykiem?
Piotr Adamczyk:
No to mam drugi etap zabezpieczenia autokontrolę. Należę do ludzi empatycznych, obserwuję. I widzę, jak na przykład z panem rozmawiam, kiedy się pan zainteresował tematem, kiedy nudzę, staram się to odczytać z pana reakcji. I jeślibym nagle był zadufany, pewny siebie, megalomański, to...

– Zrobiłbym wszystko, żeby Pan w to wszedł.
Piotr Adamczyk:
Bo chciałby pan mieć ciekawy wywiad, nie dyplomatyczny, żebym się obnażył.

– Pokazał. Po to się z ludźmi rozmawia, żeby ich pokazać.
Piotr Adamczyk:
Albo żeby promowali filmy w sposób oryginalny, nowoczesny.

– Pan teraz promuje jakiś film?
Piotr Adamczyk:
Tak, „Święty interes”.

– Obejrzałem wczoraj.
Piotr Adamczyk:
Do połowy? Bo kiedy ostatni raz rozmawialiśmy po premierze filmu, w którym grałem papieża, powiedział mi pan, że wyszedł znudzony w połowie.

– Ten obejrzałem, nawet mnie rozbawił. Teraz niech Pan wygłosi zdanie promujące „Święty interes”.
Piotr Adamczyk:
Trzeba powiedzieć, co to za film, żeby ludzie wiedzieli, dlaczego święty. Adam Woronowicz i ja zostaliśmy obsadzeni cynicznie, wykorzystano nasze poprzednie filmowe wizerunki – Popiełuszki i Jana Pawła II – i zagraliśmy braci, dziedziczących samochód, którym podobno jeździł Karol Wojtyła. Cała wieś próbuje ten samochód, relikwię, przejąć, a my próbujemy na nim ubić interes, święty właśnie. A z drugiej strony ten film będzie jakimś małym pretekstem do dyskusji na temat tego, w jaki sposób wierzymy.

– Że w samochody...
Piotr Adamczyk:
W samochody, w cuda, w Boga też. Jak wygląda nasz katolicyzm. Więc proponujemy tego rodzaju dyskusję, z pretekstem komediowym. O poważnych sprawach można zacząć mówić ze względu na coś niepoważnego. Fajnie by było, gdyby „Święty interes” spowodował to, że wracając z kina, mąż by z żoną porozmawiał o wierze albo się pośmiali z siebie. Bo Polacy nie mają do siebie dystansu. Coś, czego możemy zazdrościć innym, to autoironia. My siebie traktujemy niezwykle serio. A jak mówimy o wierze, to już jest Bóg, honor, ojczyzna. A my dodaliśmy „interes”.


– Gdybym Pana zapytał, czy jest coś, co Pan umie naprawdę dobrze robić, to co by Pan odpowiedział? Ja na przykład jedyną rzecz, jaką umiem naprawdę zrobić, to ugotować rosół...
Piotr Adamczyk:
Nie umiem robić niczego tak, by powiedzieć, że to naprawdę umiem robić. Gdybym powiedział, że tak naprawdę umiem grać w teatrze czy w filmie, to nie byłaby to prawda, bo za każdym razem myślę, że to jest debiut, muszę się przestać na nowo bać.

– Może Pan perfekcyjnie myje zęby?
Piotr Adamczyk:
Nie, raz myję zęby bardzo dokładnie, bo z jakiegoś powodu wkręciłem się w wyszczotkowanie każdej szparki, a raz robię to bardzo pobieżnie. Umiem robić dobrze jajecznicę, ale też nie jestem w tym ekspertem.

– Jaką.
Piotr Adamczyk:
Na maśle.

– Ścina Pan żółtka?
Piotr Adamczyk:
Staram się tak naprawdę lekko je ściąć, już jak zdejmuję patelnię z ognia... Można jeszcze robić jajecznicę na maśle klarowanym. O, to jest coś, czym można zaimponować.

– A kochankiem jest Pan imponującym?
Piotr Adamczyk:
To jest pytanie zbyt intymne i gdybym na nie tak od razu odpowiedział, to na pewno by pan mi powiedział, że jestem megalomanem.

– Ja lubię o sobie myśleć, że jestem kiepskim kochankiem.
Piotr Adamczyk:
Ale to powoduje w panu chęć rozwinięcia się i bycia lepszym?

– Nie, tak, żeby się upodlić.
Piotr Adamczyk:
Nie mam takiej potrzeby. Czasami się czuję upodlony...

– Kiedy ostatnio?
Piotr Adamczyk:
Najczęściej czujemy tego rodzaju żal do siebie w momentach przepicia, bo kac sprzyja myślom o upodleniu, że „po co ja dałem sobie dolać”. No i zawód aktora jest takim zawodem, w którym facet jest do wynajęcia.

– Niemęskie to dosyć, przyznaję.
Piotr Adamczyk:
I robimy z siebie czasami małpy, bo uczciwie się ten zawód uprawia wtedy, kiedy się go z różnych stron dotknie. Ja na przykład byłem mimem, w Szkocji występowałem na ulicach Glasgow.

– Był Pan nieruchomym mimem?
Piotr Adamczyk:
Nie, takim pomalowanym i przedstawiałem etiudy komiczne, jednoosobowe, najczęściej to były rozwinięte  przeze mnie etiudy Marcela Marceau, był moim mistrzem. I kiedyś, grając Czerwonego Kapturka i wilka, co polegało na tym, że za parawanem biegałem bardzo szybko, raz jako wyprostowany Czerwony Kapturek, z koszyczkiem w ręku i udając, że mam kapelusik, który w sposób, no, ponaddźwiękowy zdejmowałem za parawanem, wybiegając jako straszny wilk. I ten wilk i Kapturek biegali coraz szybciej. Widzowie stojący przed parawanem mieli wrażenie, że dwie osoby się gonią.

– Upodlenia tu raczej nie widzę.
Piotr Adamczyk:
Zdarzyło się, że kiedy nagle jacyś pijani Szkoci opluli mnie, przewrócili mi parawan, a ja, nie chcąc przerywać przedstawienia, będąc tym Kapturkiem, który wyglądał bardzo niemęsko, próbowałem się z nimi droczyć. Poczułem żenadę, kiedy moja scenografia została rozbita, przewrócona. Upodlili mnie przez chwilę. Po raz kolejny już, jak tak na pana patrzę, zauważyłem, że gdy mówię słowa nacechowane pejoratywnie, jak upodlenie, zazdrość, pan się uśmiecha. Robię swego rodzaju cudzysłów.


– Kac też miał cudzysłów. Pan się upija do nieprzytomności?
Piotr Adamczyk:
Że się film urywa? Miałem takie możliwości.

– Ale czy Pan z nich skorzystał?
Piotr Adamczyk:
Skorzystałem.

– „Wychodzi” wtedy jakiś inny Adamczyk?
Piotr Adamczyk:
Koledzy mi następnego dnia opowiadają, że taki niezwykle, jeszcze bardziej ciepły.

– Misiu.
Piotr Adamczyk:
Tak.

– Bierze się wtedy Misiu do całowania wszystkich?
Piotr Adamczyk:
Być może, nie pamiętam, ale raczej jestem strasznie dobry dla wszystkich, pijacko dobry. Chyba nie będę udowadniał, że jestem normalnym człowiekiem, bo się upiłem kilka razy.

– Nie jest Pan samcem alfa...
Piotr Adamczyk:
Nie, umiem zarazić swoim entuzjazmem, jeśli w coś wierzę, ale miałbym kłopoty z narzuceniem swojego zdania.

– Ma Pan na pewno w swoim otoczeniu kolegów, przyjaciół, samców alfa. Nie żałuje Pan, że sam taki nie jest, dominator?
Piotr Adamczyk:
Nie mam w otoczeniu tak wielu samców alfa...

– Nie koleguje się Pan z Szycem?
Piotr Adamczyk:
Koleguję się.

– To klasyk.
Piotr Adamczyk:
Rzeczywiście jest dobrym przykładem. Ja się w jego towarzystwie czasami źle czuję, nie wiem, czy mi nagle nie przywali.

– Bo może?
Piotr Adamczyk:
Właśnie, i czuję się troszkę zagrożony.

– A być takim samemu?
Piotr Adamczyk:
Nie umiałbym.

– Ale, ale... Co z tym Pańskim ślubem?
Piotr Adamczyk:
Nie ma go, mimo że go wszyscy cały czas wymyślają. Tabloidy, portale internetowe żyją serialami magla towarzyskiego. I jestem bohaterem takiego serialu pod tytułem „niedługo wezmą ślub”, albo „on nie chce ślubu”, lub „ona nie może wziąć ślubu, bo pracuje”. Daty tych ślubów są wymyślane, a potem, jak już się zbliżają, następuje czas kolejnego wymyślonego odcinka serialu.

– Czytałem, że gnieździcie się w małej kawalerce. To prawda?
Piotr Adamczyk:
72 metry, to nie jest mało. To teraz kolejny odcinek serialu – jak podaje VIVA!, z rozmowy z Piotrem Adamczykiem wynika, że na razie ślubu nie będzie, a powody są niewyjaśnione.

– Mógłby Pan już przestać być aktorem i żyć z restauracji, w której siedzimy, a której jest Pan współwłaścicielem?
Piotr Adamczyk:
Nie, bo spłacam kredyty.

– W terminie?
Piotr Adamczyk:
Staram się, chociaż nie zawsze mi się udawało, miewałem karne wyłączenia prądu w domu, bo nie zapłaciłem rachunków.

– Jako współwłaściciel restauracji spotykał się Pan z sytuacjami, że goście mieli do Pana pretensje, że coś było zimne, źle ugotowane?
Piotr Adamczyk:
Może nie była to pretensja, ale taka uwaga typu: „Poskarżę się panu, bo pan powinien wiedzieć...”.

– Jak Pan reaguje?
Piotr Adamczyk:
Wydawało mi się, że jak będę miał ze wspólnikami knajpę, to będzie to tylko i wyłącznie ogromna satysfakcja z zaproszenia gości. A zauważyłem, że ja się po prostu tylko tym denerwuję.


– To jest dużo większa odpowiedzialność niż Pana aktorstwo, a moje dziennikarstwo.
Piotr Adamczyk:
I ona wyzwala we mnie jakby innego Adamczyka. Tu nagle uprawiam zawód poważny, zatrudniam ludzi, muszę podejmować decyzje, oczywiście jestem trochę traktowany przez swoich współpracowników jako ten aktor, artysta, co nie musi się znać, ale z drugiej strony biję się o to, bym był traktowany właśnie na równi i staram się znać na tym i pilnuję interesu. Ktoś mi ostatnio powiedział: „Muszę panu pogratulować” i już czekałem, że to będzie „za Chopina”, „za papieża”, a okazało się, że za najlepszy tatar, jaki ten człowiek jadł. To daje większą satysfakcję. A z drugiej strony denerwuję się, kiedy kogoś zapraszam, bo widzę dużo więcej błędów, niż jak idę do innej restauracji. Mało tego, jak idę do innej restauracji i coś jest nie tak, to nawet większą mi to sprawia satysfakcję, bo wiem, że u nas tak nie ma.

– Wchodzi Pan do kuchni i próbuje dania?
Piotr Adamczyk:
Ja tutaj po prostu jem, więc próbuję tak jak każdy z gości. Czasami jest coś nie tak, ale umówiliśmy się, że kucharz to człowiek i też może mieć gorszy dzień.

– A aktor może mieć gorszy dzień?
Piotr Adamczyk: 
Może i miewa. Teraz zauważyłem u siebie jakiś rodzaj zmęczenia, w te wakacje pracowałem bardzo dużo, tak naprawdę z planu nocnego jeździłem na następny plan, bo gram wciąż esesmana w „Czasie honoru”.

– Podobno strzela Pan w głowę Polakom?
Piotr Adamczyk:
Strzeliłem. Mój bohater to zły człowiek, ale takich też musi ktoś grać. Mało tego, nawet mam pewnego rodzaju satysfakcję, bo granie złych ludzi jest dużo bardziej efektowne, nie trzeba się tak starać. Tam, jak się powie „zabiję” i ma się „poker face”, to to już robi wrażenie, a udowodnić postać dobrego człowieka jest naprawdę bardzo trudno. Dobro jest mało filmowe, mało ciekawe, bywa nudne – może dlatego wyszedł pan w czasie filmu o papieżu?

– Tak, chyba nagromadzenie dobra mnie wypchnęło.
Piotr Adamczyk:
Albo nie uwierzył pan, że może być tak dobry człowiek. Więc z planu „Czasu honoru” jeździłem na plan „Na ostrzu noża”, mam jeszcze kolejny plan „Uwikłanie” w Krakowie i jeszcze mój najważniejszy plan, czyli „Och, Karol”, remake, pierwszy w Polsce, gdzie jestem otoczony pięknymi kobietami i przede mną niedługo scena, w której ląduję z czterema naraz w łóżku...

– A gdyby Pan w życiu osobistym wylądował z czterema kobietami, uciekłby czy dałby radę?
Piotr Adamczyk:
Nie wylądowałem nigdy, więc trudno mi jest oceniać swoje możliwości.

– A co podpowiada intuicja?
Piotr Adamczyk:
Myślę, że jak każdy facet starałbym się...

– Wyłazi z Pana obleśny heros.
Piotr Adamczyk:
No wie pan co! Myślę, że w tym wypadku to przemawia przeze mnie moja naiwność, nieznajomość tematu i naturalna chęć niesienia pomocy.

Rozmawiał Piotr Najsztub

Zdjęcia Piotr Porębski/METALUNA
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Agnieszka Dębska
Makijaż Tomek Kocewiak/LANCÔME, kosmetykami: podkład – Color Ideal 010, kredka do brwi – Crayon Sourcils Blond Cendre Artliner, mascara – Hypnôse Drama, szminka L’Absolu Rouge 150 i 66
fryzury Piotr Wasiński
Rekwizyty Piotr Czaja
Modelki: Iza Jarosińska i Sylwia Rybaczek/ NEW AGE MODELS
Produkcja Elżbieta Czaja
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)