Paweł Janas i Małgorzata Budzyńska

Na początku był rozwód: by być ze sobą, musieli się rozstać z poprzednimi partnerami.
/ 07.07.2006 13:05
Obojgu przyszło zmierzyć się z chorobą nowotworową. Wzajemnie się wspierali i wygrali.

Dlaczego w ogóle zgodził się Pan zostać selekcjonerem? Selekcjoner w Polsce musi być kamikadze i desperado w jednej osobie.
Paweł Janas: Taką propozycję złożono mi dwukrotnie. Za pierwszym razem powiedziałem: „Nie”. Przeniosłem się pod Wronki, chciałem spokoju. Ale za drugim razem pomyślałem, że kolejnej szansy mogę już nie dostać. A przecież ja całe życie jestem przy piłce.

– Długo Pan się namyślał?
P. J.: Decyzja zapadła gdzieś po miesiącu. Byłem na trzech rozmowach.

– Spytał Panią o zgodę?
Małgorzata Budzyńska: Spytał. Rozmawialiśmy o tym przez trzy dni. Najpierw miał być tylko doradcą. Obiecywał mi, że na selekcjonera to się nie zgodzi. Ja nie chciałam, żeby nim był.

– Dlaczego?
M. B.: Wiedziałam, jak to wpłynie na nasze życie, że nic nie będzie już takie jak dawniej. Paweł przyznał mi rację. Ale pewnego dnia, gdy jechałam do pracy, dzwoni i mówi: „Mam godzinę na podjęcie decyzji”. No to ja pędzę z powrotem do domu. Kiedy dojechałam, usłyszałam już tylko, że właśnie się zgodził. Zaczęłam płakać. Ale teraz, gdy widzę, jak sobie radzi, nie żałuję. Bo on kocha to, co robi.

– A Pan czego się bał?
P. J.: Wiedziałem, że będzie patrzeć na mnie cała Polska. W klubie ma się do czynienia z kibicami klubu, a w reprezentacji – ze wszystkimi kibicami, temperatura wzrasta. Boję się, żeby mi ktoś przed meczem kontuzji nie złapał, żeby nie stracił formy, żebym wybrał najlepszych. I staram się zrozumieć zawodników, że też mają swoje problemy.
M. B.: Wierzę, że potrafi dotrzeć do chłopaków. Nie jest desperatem, tylko fachowcem. I nie odpuszcza.

– Wywołał burzę, ogłaszając skład naszej reprezentacji. Podobno nikogo nie powiadomił o swojej decyzji? Nawet Pani?
M. B.: Nawet mnie. Zresztą nie chciałabym się wtrącać. Do 2.30 w nocy trwała narada ze sztabem. Przywiozłam Pawła do domu, zrobiłam dwie herbaty. Widziałam, że jest rozdrażniony, że coś go gryzie. Wzięłam więc swoją herbatę na górę i poszłam spać. A Paweł siedział do piątej rano. Potem, kiedy już lecieliśmy do Warszawy, by na konferencji prasowej obwieścić jego decyzję, oznajmił mi tylko krótko, że wszyscy będą zaskoczeni. No i byli. Ale ja ufam jego wyczuciu. Nie chciał urazić Dudka, sadzając go na ławce rezerwowych. A Frankowski? Nie strzelił od dawna żadnej bramki. Rozumiem motywy Pawła.
P. J.: Sam odpowiadam za swoje decyzje. Wiadomo, że jak coś nie pójdzie, to trener straci stanowisko. Ale ja nie pierwszy raz jestem trenerem i nigdy się tak nie zdarzyło, żebym został wyrzucony. Sam odchodziłem, gdy widziałem, że już więcej nie mogę zrobić.

– Odszedł Pan też wtedy, gdy zaczął poważnie chorować.
P. J.: Kiedy człowiek dowiaduje się, że ma raka, to brzmi jak wyrok. Byłem podłamany. Operacja, kobalty, trzy chemioterapie. Musiałem zrezygnować z zawodu, musiałem unikać stresów.
M. B.: Paweł wbił sobie do głowy, że skoro ma raka, to umrze. Wyjaśniałam mu, że to nie takie proste. Wiele zależy od tego, co ma w głowie i jak bardzo chce żyć. No i dał się przekonać. Teraz można powiedzieć, że choroba o nim zapomniała, odpukać. Może gdyby tylko jeszcze mniej palił...
P. J.: Małgosia mówiła, że mam wierzyć, więc uwierzyłem, walczyłem. Minęło osiem lat i wszystko jest w porządku.

– Uratowała Pana miłość, chociaż wydaje się Pan tak twardy.
P. J.: Człowiek wydaje się twardy, ale gdy poważnie zachoruje, nie ma siły – słabnie, mięknie.
M. B.: Wiem, co czuł, bo ostatnio sama przeszłam trudne chwile. Ciężko zachorowałam.

– W takich sytuacjach najlepiej poznaje się człowieka, z którym się jest?
P. J.: Małgosia dużo mi pomogła. Jeździła ze mną na chemie, na kobalty. Dała mi wiarę, że jeszcze jest coś do zrobienia, że mam dla kogo żyć.
M. B.: Jestem niespełna półtora miesiąca po operacji. I widzę, jak bardzo Paweł stara się mi pomóc. Gdy jeszcze do niedawna w ogóle nie chciałam rozmawiać z ludźmi, odgrodził mnie od świata w taki delikatny, nienachalny sposób. Jest przy mnie tyle, ile może. Wraca na noc do domu, wpada w ciągu dnia, kiedy czas mu pozwoli. Telefonuje. Teraz dochodzę już do siebie, więc zabiera mnie wszędzie ze sobą. Opowiada mi o swoich problemach. Wiem, że musi się wygadać. Słucham więc i powstrzymuję się od doradzania.

– Nauczyliście się siebie wzajemnie – w końcu 10 lat wspólnego życia to kawał czasu.
P. J.: Spotkaliśmy się całkiem przypadkiem. Ja byłem w Czerniejewie na polowaniu, a Małgosia na naradzie – pracowała wtedy w Agencji Własności Rolnej.
M. B.: Po konferencji było ognisko. Przystanęłam trochę z boku, bo ubrałam się niezbyt odpowiednio, w buty na obcasie i futerko. Paweł stanął za mną. Zaczęliśmy rozmawiać. Na drugi dzień zadzwonił. Trzeciego dnia też. W końcu umówiliśmy się na następne spotkanie. Może to mnie w nim pociągnęło, że nie odpuścił? Że był taki uparty? On jak sobie wyznaczy cel, dąży do niego i tyle. Nie narzucał się, był bardzo grzeczny, tylko nie dawał o sobie zapomnieć. I jest bardzo uczciwy. Od razu powiedział, ile ma lat, że ma dwoje dzieci i jest żonaty. Zrewanżowałam mu się tym samym.
P. J.: Powiedziała, że jest mężatką, że ma córkę. I jest dziewięć lat młodsza ode mnie.
M. B.: Wiedzieliśmy, że skoro mamy rodziny, możemy zostać tylko znajomymi. A wyszło, jak wyszło. Okazało się, że lepiej dogadywaliśmy się ze sobą niż z bliskimi.
P. J.: Bo życie jest za krótkie, żeby rezygnować z szansy, jaką daje los. I udawać. Trzeba podejmować męskie decyzje.
M. B.: Może kogoś skrzywdziliśmy, lecz zawsze są ofiary. Ani przez chwilę nie żałowałam naszych postanowień.

– Czy kobieta piłkarza powinna znać się na futbolu?
P. J.: Nie musi, ale dobrze, gdy jest tym zainteresowana, gdy to rozumie. Bo wtedy nie mówi: „Ciągle cię nie ma”, „A czemu jesteś taki nerwowy” i tak dalej. Małgosia zaczęła jeździć ze mną na mecze. Nie narzekała, że musi siedzieć na trybunie, a wolałaby być gdzie indziej.
M. B.: Zanim go poznałam, o piłce nie miałam pojęcia. Nie znałam nawet nazwisk piłkarzy, nie wiedziałam, kto to Paweł Janas. To on mnie wszystkiego nauczył. I wie pani co? Teraz nawet jak Pawła nie ma w domu, to ja oglądam mecz w telewizji zamiast filmu.
P. J.: Do niczego jej nie zmuszam. Sama sobie wybiera.
M. B.: Przed zgrupowaniem Paweł jest drażliwy, spięty. Wtedy najlepiej schodzić mu z oczu. Siedzi, myśli, pisze te swoje składy, drze kartki, znowu zapisuje, ogląda mecze, analizuje, kto jak zagrał. Normalnie nie ma humorów, jest pomocny, czuły. Nie mogę na niego narzekać. Pod żadnym względem.
P. J.: Kobieta piłkarza powinna lubić to, co mąż. Wiadomo, że żony piłkarzy najczęściej nie pracują, wychowują dzieci. I z trudem znoszą, że mężów nie ma przy nich.

– Wy nie macie wspólnych dzieci?
P. J.: Nie, ale za to mamy więcej czasu, żeby podróżować. Moja żona, kiedy grałem w piłkę, była sama w domu z dzieciakami. Żyliśmy innymi sprawami. Nasze drogi się rozeszły.
M. B.: Mam 15-letnią córkę, Agatę. Mieszka z nami. Paweł nie rozgranicza: twoje, moje dziecko. To po prostu nasze dzieci. Rzadko się na nie złości, ma cierpliwość. Gdy jego córka, Joanna, parę lat temu przeżywała trudny okres, wsiadał w samolot do Warszawy i spędzał z nią tyle czasu, ile było trzeba, by sytuacja wróciła do normy.
P. J.: Ostatnio Joasia była tu z nami. Uczyłem ją w lesie prowadzić samochód. A syn, Rafał, pracuje ze mną we Wronkach, na zgrupowaniach. On zna się na piłce, był dobrze zapowiadającym się zawodnikiem. Jest jeszcze wnusia – Zuzia. Bardzo ją kocham.

– Po rozstaniu z żoną przeprowadził się Pan pod Poznań. Ucieczka?
P. J.: Gdy zacząłem chorować, wyprowadzał mnie z równowagi ten cały medialny zgiełk. Ja zawsze lubiłem być blisko natury.
M. B.: Tu jest tak pięknie, cisza. Pod tym względem mamy bardzo podobne charaktery – lubimy spokój, a jak chcemy, to wsiadamy w samochód i jedziemy do Poznania albo do Warszawy. Ale po trzech dniach z lubością wracamy tu, do siebie.

– By żyć za wysokim murem?
M. B.: Tak mówią ludzie Pawłowi nieprzychylni.
P. J.: Po prostu wykopałem staw, a z ziemią trzeba było coś zrobić, więc wykorzystałem ją do usypania wału. Staw ma trzy hektary.
M. B.: Żyjemy w bajkowym otoczeniu.
P. J.: Ciągle żyć piłką, to można zwariować. Najlepiej czuję się w lesie, gdy idę z naszą sunią Sarą. Ona biega, a ja myślę. I odpoczywam.

– Ma Pan duszę romantyka?
P. J.: To już pani musi sama ocenić.
M. B.: Ma, ale nie zawsze potrafi to okazać. Ludzie powtarzają mi, że tak ciepło o mnie opowiada. Ale wobec mnie nie umie przełożyć uczuć na słowa. Gdy go pytam, odpowiada: „No przecież wiesz”. Dopiero teraz, gdy byłam o krok od śmierci, wyszła z niego ta romantyczna dusza – stał się bardziej wylewny. Być może wcześniej wstydził się okazywać uczucia i raptem zdał sobie sprawę, że być może nie mamy już dużo czasu.
P. J.: Choroba w ogóle zmienia człowieka. Chcę dawać z siebie innym więcej i sam czerpać z życia. Postanowiłem nadrobić to, co straciłem. Bo wcześniej to było tak: lotnisko, hotel, boisko i powrót. Teraz chcę oglądać świat, wszystko zobaczyć, wszystko przeżyć.

– Widziałam, jak Pan uklęknął do zdjęć z kibicem na wózku.
P. J.: Jeśli można komuś w czymś pomóc, to czemu nie? Przed swoją chorobą może bym tego nie zauważał. Teraz patrzę inaczej. Ostatnio brałem udział w aukcjach dla dzieci chorych na raka.

– Dla zawodników też jest Pan dobry?
P. J.: Dla jednych muszę być srogim ojcem, dla innych matką. Do każdego trzeba inaczej podejść.

– Wyrzuca Pan coś sobie? Przegrane mecze chociażby?
P. J.: Zawsze myślę, że można było coś zrobić lepiej i dlaczego tak się nie stało.
M. B.: Każdy przegrany mecz wiele go kosztuje. Obwinia siebie.
P. J.: Mam pretensje do siebie o to, że na przykład nie ułatwiłem synowi kariery. Był zdolnym piłkarzem, zaczynał w Legii, gdzie byłem wtedy trenerem. Było mi niezręcznie, bałem się posądzenia o kumoterstwo. Teraz uważam, że powinienem mu pomóc, że powinien grać w innym klubie. Potem został dziennikarzem, ale zrezygnował. Myślę, że będzie kiedyś trenerem, jak ja. Skończył AWF.

– Śnią się Panu mecze?
P. J.: Przed ważnymi meczami mam natłok myśli i wtedy we śnie biegam po boisku.
M. B.: Jak położy mecz, to w ogóle nie może usnąć. Marzę o tym, żeby za dwa lata po raz pierwszy Polska zagrała w mistrzostwach Europy.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Tomasz Wierzejski/Fotonova
charakteryzacja Natalia Grewińska/Kayax
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/17.02.2018 09:47
"Może kogoś skrzywdziliśmy.ale zawsze są ofiary..." No grunt to wyczucie, nic tylko pogratulować!
/20.07.2006 10:59
Czemu jest taki nie - medialny, skoro w tym artykule zaprezentował się całkiem sympatycznie. ??
/10.07.2006 17:58
janas skisił mundial!!!!