Paulina i Maciej Kurzajewscy

Wiele lat czekali na spełnienie swojego marzenia o kolejnym dziecku. Dwa lata temu Paulina straciła ciążę. Nie dali jednak za wygraną.
/ 18.10.2006 10:20
kurzajewscy1.jpgByła siódma rano, gdy w jednym z warszawskich szpitali rozpoczęły się przygotowania do porodu. Julek miał się urodzić przez cesarskie cięcie. Paulina i Maciek byli lekko podenerwowani, ale wszystko tym razem przebiegło wyjątkowo szybko i sprawnie. O ósmej rozpoczął się zabieg, o ósmej trzydzieści Maciek został poproszony na salę, a po kwadransie Julek był już na świecie. Oboje z Pauliną nie potrafili ukryć łez radości. Bo, jak mówią, to najpiękniejszy prezent od losu, jaki mogli sobie wymarzyć.

– Dlaczego rodziliście wspólnie?
M. K.: Nie wyobrażam sobie, żeby miało być inaczej. Każdy poród jest inny: Franek urodził się siłami natury, Julek przez cesarskie cięcie, za każdym jednak razem to równie niezwykłe i cudowne przeżycie. Nic piękniejszego od spotkania Paulinki i narodzin naszych dzieci nie przytrafiło mi się w życiu.

– Marzyliście teraz o dziewczynce czy płeć była bez znaczenia?
P. K.: To głównie nasz starszy syn, dziewięcioletni Franek, marzył o siostrze. Ale kiedy dowiedział się, że będzie chłopiec, też nie był rozczarowany. Nam było obojętne, czy urodzi się chłopiec, czy dziewczynka.

– Jaki jest Julek?
P. K.: Na razie trudno powiedzieć, ale chyba będzie podobny do Frania, który jest bardzo energetycznym dzieckiem, urodzonym sportowcem. Zresztą w naszej rodzinie trudno nie zarazić się sportem. Maciek biega, ja też biegam, gram w tenisa, a dzieci naturalnie przejmują styl życia rodziców. Poza tym Julek urodził się podczas mundialu.
M. K.: Przede wszystkim jest zdrowym i bardzo silnym chłopcem, a to najważniejsze.

0d pierwszego spotkania w Zakopanem czuli, że są dla siebie stworzeni. Mieli po 23 lata i perspektywę wspaniałych karier telewizyjnych. On był wtedy jeszcze mało znanym sprawozdawcą sportowym w TVP, Paulina – gwiazdą wśród prezenterek TVP1. Po kilku dniach spędzonych w Tatrach każde pojechało w swoim kierunku. Paulina miała narzeczonego, z którym planowała wspólne życie w Ameryce. Po miesiącu znów byli razem, a ich związek nabierał coraz większej temperatury.

– Co Was tak przyciągnęło do siebie?
P. K.: Przed Maćkiem miałam kilku partnerów, ale wystarczyło, że zamieniliśmy kilka słów i już byłam pewna, że to jest mężczyzna, z którym chciałabym mieć rodzinę. Nigdy wcześniej przy nikim nie miałam takiego poczucia bezpieczeństwa, jak przy Maćku.
M. K.: Ja byłem nią zafascynowany od samego początku. Nigdy wcześniej nie spotkałem dziewczyny o takim podejściu do życia. Dziewczyny, która może zdobyć wszystko, czego zapragnie.

– Ale nie od razu wszystko poszło jak z płatka.
P. K.: Wiedziałam, że muszę go mieć. Niestety, kulturalny Maciek na wieść, że mam narzeczonego, wycofał się z pola walki.
M. K.: Myślałem, że nie mam szans.
P. K.: Musiałam dopiero Maćka ponownie na to pole wstawić. Po powrocie z Zakopanego zaprosiłam go do siebie, a potem wszystko już poszło błyskawicznie. Pojechaliśmy razem na wakacje na Mazury i podczas porannej konnej przejażdżki Maciek się oświadczył. We wrześniu byliśmy już małżeństwem.

– Można poznać kogoś w ciągu kilku miesięcy?
P. K.: Oczywiście, że nie. Od początku widzieliśmy, że pod wieloma względami bardzo różnimy się od siebie. Maciek jest urodzonym optymistą. W naszym domu to ja jestem od zamartwiania się. On jest skowronkiem, ja – sową. Bardzo szybko jednak okazało się, że mamy te same pasje sportowe, te same oczekiwania od życia. W tych sprawach, które są najważniejsze do budowania dobrego związku, byliśmy więc dla siebie stworzeni.
M. K.: W pewnych sprawach chyba dość łatwo przejrzeć drugiego człowieka. Czułem, że Paulinka odpowiada mi w 150 procentach. Pomyślałem więc: nad czym tu się zastanawiać?

– Jakie to były priorytety?
M. K.: Oboje pochodziliśmy z bardzo tradycyjnych rodzin: ja z Kalisza, Paulina z Poznania.
Tak jak ona zacząłem pracować bardzo wcześnie, jako 20-latek. Miałem jednak świadomość, że moje życie nie może ograniczać się tylko do pracy. Jak patrzyłem na kolegów, dla których koniec pracy oznacza koniec życia, bałem się, że i mnie to może spotkać. Szukałem partnerki, która da mi oparcie i z którą będę mógł zbudować rodzinę.
P. K.: Zanim spotkałam Maćka, byłam pracoholiczką. Zakładałam, że będę pracować do trzydziestki, może czterdziestki, a dopiero potem jakaś rodzina. Potrafiłam wychodzić o szóstej rano, wrócić nad ranem, przespać się kilka godzin i znowu. Nie zauważałam, że wciąż gdzieś pędzę. Jak teraz myślę o sobie z tamtego okresu, to zastanawiam się, za czym tak biegałam: za pieniędzmi? Za sławą? Zaspokojeniem próżności? Nie wiem... Miałam 20 lat, a przeżyłam więcej niż inni przez całe życie. Czułam się wypalona. Dopiero przy Maćku zrozumiałam, co jest ważne.

Postanowili nie zwlekać i od razu założyć rodzinę. Franek urodził się rok po ślubie. Już ta ciąża nie była łatwa. Paulina musiała leżeć cały czas w łóżku. Ale poród poszedł gładko i nic nie zapowiadało, że w przyszłości mogą się pojawić jakieś problemy. Niestety, w tym samym czasie Paulinę wyrzucono z telewizji. Podobno źle się ubierała. Mimo to jakoś dawali sobie radę, ich związek był coraz mocniejszy.

– Stracić pracę w takiej chwili to musiał być cios?
P. K.: Ogromny, ale i doskonała lekcja pokory. Przedtem miałam wrażenie, że cały świat należy do mnie. Miałam mnóstwo przyjaciół, a pager dzwonił bez przerwy. Kiedy zostałam zwolniona, zamilkł z dnia na dzień. Nie mogłam już nic załatwić, nikomu już nie byłam potrzebna. Od tamtej pory staram się nie przyjaźnić z ludźmi z pracy. Dzięki temu, spotykając się ze znajomymi, nie muszę zastanawiać się, czy dobrze robię, że powiedziałam to lub tamto. I wiem, że kiedy znajdę się w trudnej sytuacji, mogę liczyć na wsparcie.

– Zostając w domu, nie miała Pani żalu, że mąż może robić karierę, o której sama kiedyś marzyła?
P. K.: To nie była zazdrość. Nie byłam uzależniona od telewizji. Zawsze miałam po kilka prac i wiedziałam, że jeśli zechcę wrócić, mogę zacząć od nowa gdzie indziej. Bardziej dokuczała mi obawa, że siedząc w domu mogę się stać dla swojego męża nieatrakcyjna i w końcu Maciek będzie wolał porozmawiać z koleżanką z pracy niż z żoną. Chciałam, żeby łączyło nas coś więcej niż tylko dzieci.
M. K.: Bardzo podziwiam moją żonę za to, że potrafiła zrezygnować z pracy na tak długo. Nie wiem, czy byłbym zdolny do takiego poświęcenia. Dla mnie telewizja jest trochę jak narkotyk. Kocham to, co robię i gdybym musiał nawet na jakiś czas się wyłączyć, pewnie czułbym się jak dziecko, któremu odebrano ulubioną zabawkę.

– Co jest kluczem do udanego związku?
M. K.: Szczerość, bycie razem we wszystkim, co dotyczy związku. Ja musiałem się tego nauczyć. Nie mam potrzeby dzielenia się problemami, bo sam świetnie radzę sobie z emocjami. Kiedy nie powodziło nam się tak dobrze, jak teraz, próbowałem chronić Paulinę przed problemami. Ona miała do mnie żal, że wyłączam ją z czegoś, co jest naszym wspólnym życiem. Teraz wiem, że trzeba mówić partnerowi o wszystkim. W ten sposób można uniknąć wielu trudnych sytuacji.

– Trzeba mówić wszystko, nawet wtedy, kiedy drugą stronę może to zaboleć?
M. K.: Wszystko trzeba wyważyć. Ale ważne jest nie tylko to, co się mówi, ale jak się mówi. Najważniejsza jest dobra wola. Jeśli ludzie chcą się porozumieć, to zawsze znajdą sposób.
P. K.: Kiedy coś jest nie tak, coś Maćkowi się nie uda, mówię mu to, ale nie po to, żeby go zranić, ale uniknąć podobnej sytuacji w przyszłości. To, czy druga strona wysłucha, to kwestia zaufania, wiary, że partner nie chce mnie skrzywdzić. I wtedy nawet ostra krytyka nie boli aż tak bardzo.

– Często się kłócicie?
P. K.: Jak wszyscy. Ale żadne z nas nie lubi się kłócić, więc jeśli jest problem, to staramy się go rozwiązać przed pójściem spać. Ja zawsze myślę: a jeśli rano się nie obudzę.
Przez około półtorej godziny wyrzucam z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego. Maciek tylko słucha. Na koniec mój mąż najspokojniejszym głosem stwierdza: „Paulinko, no co ty, żeby denerwować się takim głupstwem. Popatrz, kochamy się, mamy piękne zdrowe dzieci, dom”. I tym jednym zdaniem natychmiast mnie rozbraja, przywraca sprawom ich właściwą miarę.
M. K.: Tak naprawdę małżeństwo to przecież sztuka kompromisów i im szybciej człowiek to zrozumie, tym lepiej. Oczywiście, wciąż trwa dopasowywanie się do siebie, ale chyba dość szybko udało nam się siebie nauczyć.

Najcięższe chwile mieli jednak dopiero przed sobą. Przez pięć lat po narodzinach Franka nie myśleli o kolejnych dzieciach. Chcieli skoncentrować się na nim. Poza tym wychowywanie dwóch maluchów równocześnie wydawało im się trudne. Potem sam Franio zaczął ich dopingować, więc pomyśleli, że nadszedł czas. Mieli już własne mieszkanie na Ursynowie. Maciek zadomowił się w telewizji na dobre, Paulina zaczęła pracować w biurze PR w Onecie. Kiedy więc zaszła w ciążę, nie posiadali się z radości. Ale tym razem nie było happy endu.

– Co się stało?
P. K.: Niestety, mamy tendencję do ciąż mnogich. A takie ciąże zawsze są trudne do utrzymania. Nasze bliźniaki zmarły w piątym miesiącu. To był niespodziewany i ogromny cios.

– Co człowiek wtedy myśli?
P. K.: Oczywiście zaczyna się szukać winy w sobie. Myśleć, czy nie popełniło się jakiegoś błędu: może zbyt długo zwlekałam z drugim dzieckiem, może nie dbałam o siebie wystarczająco, źle się odżywiałam... Choć to bez sensu. Są przecież o wiele starsze kobiety, które nie żyją w tak dobrych warunkach, jak ja i rodzą zdrowe dzieci. Mój lekarz tłumaczył mi, że może lepiej, iż tak się stało, niż gdyby dzieci miały umrzeć po porodzie lub żyć jak warzywa.

– Dlaczego spotykają nas takie rzeczy?
P. K.: Nie wiem, ale myślę, że wszystko, co nam się przydarza, także to najgorsze, czemuś służy. Oczywiście w chwili, kiedy spotyka nas coś złego, myślimy: dlaczego spotkało to właśnie mnie? Ale takie przeżycia uczą wielkiej pokory wobec losu i pozwalają docenić to, co już się ma. Nauczyłam się cieszyć prostymi rzeczami, tym, że Franek mnie przytula i mówi: „Kocham cię, mamo”, tym, że w naszym ogrodzie zakwitły kwiaty. Przedtem nie zauważałam takich drobiazgów, uznawałam je za oczywiste.

– Kto okazał się silniejszy w chwili próby?
P. K.: Psychicznie to Maciek jest silniejszy. Ja jestem mniej odporna na ciosy, złe emocje, krytykę.
M. K.: Nie wiem, skąd, ale rzeczywiście mam w sobie taki spokój, wiele rzeczy potrafię sobie wytłumaczyć.

– Te straszne przeżycia przybliżyły czy oddaliły Was od siebie?
P. K.: Zbliżyły, nie było nawet momentu, kiedy poczulibyśmy do siebie niechęć, rozczarowanie sobą. A to strasznie ważne, żeby w takiej chwili nie zostać odrzuconym. Człowiek nie może być w tym stanie sam. W chwilach, kiedy nie chce mu się nawet wstać z łóżka i żyć... Pamiętajcie, dziewczyny, nie można wychodzić za mąż za byle kogo (śmiech).

– Długo wracaliście do normalności?
P. K.: Po jakimś czasie udało mi się dojść do jakiegoś porozumienia ze sobą. Umiałam sobie wytłumaczyć, że nie jestem jedyną osobą, której to się przytrafiło. Takie dramaty dotykają tysiące kobiet, które często są w dużo trudniejszej niż ja sytuacji. Nie stać ich na świetnego lekarza, nie mają wsparcia w partnerze. A przecież jakoś dają sobie radę. Ale ta strata jest tak głęboko w głowie i w sercu, że ból będzie we mnie już zawsze. W wymiarze emocjonalnym normalnie nie będzie już nigdy.
Mimo to zdecydowali się próbować dalej. Paulina czuła, że jeśli nie zaryzykują jeszcze raz, ból po stracie bliźniaków będzie coraz większy. Tym razem też nie obyło się bez problemów. Miały być trojaczki, jest tylko Julek. Gdy co dwa tygodnie szli razem na USG, umierali ze strachu, czy lekarz nie znajdzie czegoś niepokojącego. Na szczęście wszystko potoczyło się dobrze. I, jak oboje mówią, Julek wynagradza im tamtą stratę w dwójnasób. To jeszcze bardziej wzmocniło ich związek.

– Nie znudziliście się jeszcze sobą po tych dziesięciu latach?
M. K.: Żadne z nas nie pracuje od 8. do 17., poza tym ja dużo wyjeżdżam, więc o rutynie w naszym domu nie ma mowy. Właściwie ciągle tęsknimy za sobą. Kiedy wracam, robimy wszystko, żeby przynajmniej jeden cały dzień spędzić razem i wykorzystać ten czas jak najintensywniej. Kiedy Franio był młodszy, nie szedł nawet do przedszkola, żeby pobyć z nami.
P. K.: Czasami też udaje nam się gdzieś pojechać razem przy okazji służbowych wyjazdów Maćka. Dokupujemy bilety, miejsca w hotelu i jedziemy. Kiedy Maciek biegł swój pierwszy w życiu maraton w Atenach, czekaliśmy z Frankiem na niego na stadionie i płakaliśmy ze szczęścia, gdy dobiegł do mety.

– Nie trudno żyć pod Warszawą, kiedy męża tak często nie ma w domu?
P. K.: Stara Miłosna to nie koniec świata.
M. K.: Wcześniej mieszkaliśmy w bloku i wcale nie było łatwiej. Oboje mamy tak stresującą pracę, że potrzebowaliśmy miejsca, gdzie od razu można się przestawić na inny tryb i zacząć odpoczywać: pobiegać w lesie, oddalonym zaledwie 100 metrów od domu, wskoczyć na rower, pograć w tenisa. Spacer po Starówce czy w Wilanowie to nie to samo.

– Nie można jednak prowadzić ożywionego życia towarzyskiego.
M. K.: Nie cierpimy z tego powodu. Dla nas zajmowanie się naszymi dziećmi to największa frajda. Nie należymy do tego rodzaju rodziców, którzy w ciągu tygodnia pracują od rana do nocy, a w weekend podrzucają pociechy dziadkom, żeby sobie odpocząć. Nie ubolewamy z Paulinką nad tym, że wieczorem nie możemy pójść na jakąś imprezę.
P. K.: Oglądanie siebie na zdjęciach w rubrykach towarzyskich kolorowych pism nie podbija nam bębenka. Z przerażeniem patrzę na matki, które nie doceniają i nie szanują tego, że urodziło im się zdrowe dziecko, uważają to za oczywiste i często odtrącają swoje pociechy. Nie doceniają, bo za łatwo im przyszło.

– Zamierza Pani wrócić do pracy?
P. K.: Tak, ale dopiero gdy odchowam Julka. Po dziesięciu latach naszego małżeństwa jeszcze wyraźniej widzę, że praca wcale nie jest taka ważna. Nie chodzi oczywiście o to, żeby nic nie robić. Nie uważam, że kobieta powinna rezygnować z siebie. Z przykrością patrzę jednak na swoje koleżanki, które mają tylko pracę. Siedzą w niej od 8. rano do 21. po to też, by opóźnić powrót do pustego domu.

– Teraz, kiedy jest Julek, marzycie jeszcze o czymś?
M. K.: W sensie materialnym o niczym. Udało nam się przez te dziesięć lat na tyle zabezpieczyć, że to, co mamy, nam wystarczy.
P. K.: Marzą nam się takie zwyczajne rzeczy, jak to, żeby dzieci były zdrowe, żeby jakoś fajnie ułożyły sobie życie. Rzeczy, które wcale nie są takie oczywiste.

Rozmawiała Magda Łuków/ Viva!
Zdjęcia Mateusz Wajda
Stylizacja Rafał Kowalski
Makijaż Katarzyna Warchoł
Fryzury Adam Szaro
Produkcja sesji Ewa Opalińska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/19.10.2006 13:06
Nie pamiętam Pani Pauliny z telewizji ale bardzo lubię Pana Macieja. Wydają się naprawdę dobraną parą. Życzę Im wszystkiego najlepszego.