Paul McCartney

O miłości, która leczy, o walce w obronie dobrego imienia żony, o przyjaciołach, którzy odeszli, i o przyjaźniach, które zamieniły się w wojny.
/ 16.03.2006 16:57
Najbardziej przewidywalny z eks-Beatlesów Sir Paul zaskoczył wszystkich. Pierwszy raz nagrał tak osobistą płytę. Artysta podsumowuje swoje życie ze szczerością, na jaką stać tylko dojrzałego mężczyznę.
Pierwszą piosenkę, „I Lost My Little Girl”, napisał jako 14-latek. Jako 16-latek skomponował „When I am Sixty Four” (znaną z legendarnego albumu Beatlesów „Sergeant Pepper”). Pyta w niej: „Czy będziesz mnie kochała, czy będziesz mnie potrzebowała, gdy będę miał 64 lata?”. Za rok Paul McCartney osiągnie ten magiczny wiek. Czas na podsumowanie. Z niedowierzaniem ogląda się wstecz. Co mu się powiodło? Gdzie popełnił błędy? Czy mógł wybrać inaczej? Z tych pytań powstała płyta „Chaos and Creation in the Backyard” (Chaos i twórczość na podwórku). Tak McCartney zatytułował swoje stare czarno-białe zdjęcie z 1962 roku, które wybrał na okładkę albumu. 20-letni, wtedy jeszcze nikomu nieznany, siedzi z gitarą na podwórku zawalonym rupieciami i w zamyśleniu tworzy piosenkę. Jeszcze nie wie, kim będzie: malarzem, muzykiem klasycznym czy może poetą. Ten przełomowy moment w jego życiu uchwycił w kadrze młodszy brat Mike. Dosłownie za chwilę zacznie się wielka przygoda z Beatlesami, sukces i międzynarodowa sława.
Dziś McCartney jest człowiekiem-instytucją i jednym z najbogatszych muzyków na świecie. Wie, że czasu cofnąć się nie da, ale próbuje odnaleźć w sobie tamtą dawną energię. „Patrzę na podwórko mojego życia. Czas odgonić ciemne chmury z nieba. Czas wymieść opadłe liście”, śpiewa w piosence „Promise To You Girl” (Obiecuję ci, dziewczyno). Nowy album to efekt porządków na tym podwórku.

Obiecuję ci miłość
Jest na płycie piosenka „How Kind of You”, w której Paul śpiewa: „Jak to miło, że myślisz o mnie. Sądziłem, że mój czas się skończył. Sądziłem, że moja wiara się ulotniła, że na świecie nie ma już nikogo tak miłego, jak ty. Jak to miło z twojej strony”.
To hołd złożony Heather Mills. Atrakcyjna eks-modelka pojawiła się w życiu eks-Beatlesa w 1999 roku, kiedy opłakiwał śmierć ukochanej żony, Lindy. Zawsze uchodził za wzorowego męża. Z Lindą byli jak marchewka z groszkiem – nierozłączni. Ich związek był fenomenem w czasach hipisowskiej rewolty gloryfikującej wolną miłość. Wydawali się ekscentryczni w swej normalności i rodzinnym szczęściu. Starali się żyć skromnie. Unikali ekstrawagancji, nie ciągnęło ich do luksusu i zbytku. Kiedy Paul był u szczytu sławy, schowali się w domu na wsi, z dala od miejskiego blichtru. Obywali się bez limuzyn i ochroniarzy. Jeździli autobusami, posyłali dzieci do publicznych szkół. Przez 31 lat małżeństwa tylko dziewięć nocy spędzili osobno: kiedy w 1980 roku Paul został aresztowany na lotnisku w Tokio, bo w jego walizce policja znalazła marihuanę. Czas bez Lindy w japońskim więzieniu uważał za najgorszy w życiu. Jeżeli tak przeżywał kilkudniową rozłąkę, to co dopiero musiał czuć, gdy Linda umarła?

Heather Mills też przeżywała utratę, tyle że zdrowia. Parę lat wcześniej amputowano jej nogę po wypadku (rozpędzony motocykl policyjny wjechał na nią niedaleko pałacu Kensington w Londynie). Kalectwo przekreśliło jej karierę na wybiegu. Po kilku latach trudnej rehabilitacji podźwignęła się z depresji i zaczęła działać charytatywnie. Jak niegdyś Lady Di, założyła fundację niosącą pomoc ofiarom min przeciwpiechotnych. McCartneya spotkała na jednej z imprez charytatywnych. I choć tego wieczoru nikt ich sobie nie przedstawił, Paul nie mógł zapomnieć o pięknej nieznajomej. Parę miesięcy później byli już bliskimi przyjaciółmi. Zamiast cierpieć osobno i rozpamiętywać przeszłość, postanowili wspólnie cieszyć się życiem.
Wtedy jednak okazało się, że ich radości nie podziela ani opinia publiczna, ani czworo dorosłych dzieci Paula: 38-letnia Heather, córka Lindy zaadoptowana przez Mc-Cartneya, 36-letnia Mary, która odziedziczyła po mamie pasję do fotografowania, 33-letnia Stella, znana projektantka mody, i syn, 27-letni James, który poszedł w ślady ojca i jest muzykiem. Z niechęcią zareagowali na wieść o tym, że ojciec tak prędko otrząsnął się z żałoby i zamierza związać się z młodszą od siebie o 26 lat panią o wątpliwej reputacji, reklamującą biustonosze i nie stroniącą od rozbieranych sesji. W ich oczach pani Mills była pozbawioną skrupułów „kobietą bez zasad”, polującą na wart prawie miliard dolarów majątek Paula. Obawiali się, że wykorzystuje jego depresję, by mieć na niego wpływ i odizolować go od reszty rodziny.
Kiedy w 2001 roku Heather przyjęła oświadczyny eks-Beatlesa, brytyjska prasa przypuściła na nią bezpardonowy atak. Jej związek z idolem, któremu królowa Elżbieta II nadała tytuł szlachecki, odebrano jako zamach na narodową instytucję. Dzieci zapowiedziały, że nie pojawią się na ślubie. Mary nie będzie robić zdjęć, Stella nie ubierze panny młodej, a James nie zagra na weselu. Postawili sprawę na ostrzu noża, ale to nie zniechęciło Paula. „Nikt, nawet moje dzieci, nie będzie mi mówić, co jest dla mnie dobre”, oświadczył.



Kocham dzieci
Wbrew pomówieniom, plotkom i ostrzeżeniom ożenił się z Heather Mills bez asekurowania się intercyzą. W prezencie ślubnym dał jej siebie i wszystko, co ma, a potem zabrał ją w podróż poślubną do Meksyku. W dodatku obiecał spełnić jej największe marzenie – o dziecku. Nie wierzyła, że to możliwe. Po wypadku lekarze nie dawali jej wielkich szans na macierzyństwo. Metalowe płytki w kościach biodrowych to nie był jedyny problem. Wcześniej Heather chorowała na raka macicy, przeszła wiele operacji, przeżyła też dwie ciąże pozamaciczne, które skończyły się poronieniem. W Meksyku Paul zabrał ją do wybitnych specjalistów od płodności. Pomogli. Dziś Heather jest mamą dwuletniej Beatrice Milly i powoli dojrzewa do tego, by świadomie pełnić tę rolę. Wcześniej przyznawała, że długo po porodzie cierpiała na depresję. Za to eks-Beatles nie ukrywa szczęścia. Chodzi z małą na długie spacery, woli zajmować się nią sam, bez pomocy niani. Mówi, że nie rozumie ludzi, którzy nie umieją bawić się z dziećmi, dla niego nie ma nic przyjemniejszego. Poszedł nawet w ślady Madonny i napisał pierwszą w życiu książkę dla dzieci „High in the Clouds” – o dwóch wiewiórkach i żabie, które biorą na siebie misję uwolnienia zwierząt.
Dzieci Paula nie mogły nie zauważyć, że drugie małżeństwo wyraźnie mu sprzyja. Rozkwitł, tryska radością i twórczą energią. „Czuję się tak, jakbym szedł przez życie w nowych butach”, zapewnia. Cierpliwie, powoli naprawia stosunki z córkami i synem. Nie są one może tak serdeczne jak dawniej, ale bardzo poprawne. Widują się, spotykają na rodzinnych uroczystościach. „Nauczyliśmy się tolerować Heather”, wyjaśna Stella. Paul regularnie bywa na jej pokazach mody. Nie tyle z chęci śledzenia najnowszych trendów, raczej by wesprzeć ją swoją obecnością. Z kolei Heather nosi suknie zaprojektowane przez Stellę i pozuje w nich do sesji zdjęciowych, z których dochód przeznacza na cele charytatywne.
Lody pękają, rodzinna atmosfera z dnia na dzień staje się lepsza. Paul odmłodniał, i to nie tylko duchowo. Do operacji plastycznej co prawda się nie przyznaje, ale do tego, że farbuje włosy – tak. Porzucił też swoje słynne sweterki w serek i zaczął się modnie ubierać.
Bardzo się zmienił. Chętniej udziela się towarzysko. Bywa na przyjęciach i bankietach, których kiedyś unikał. Nie stroni też od występów w telewizji, pojawia się nawet w tak popularnych programach rozrywkowych, jak „Milionerzy”. Gazety spekulują, że za tym wszystkim stoi Heather, która marzy, by być rozpoznawaną na ulicy, jak gwiazda filmowa. Czy tak jest rzeczywiście, nie wiadomo. Jedno jest pewne: nie ma takiej rzeczy, której Paul by dla niej nie zrobił. Załatwił jej nawet występ w programie Larry’ego Kinga, by mogła przeprowadzić wywiad z Paulem Newmanem.
Wszyscy, którzy tak podejrzliwie obserwują zmiany w życiu McCartneya, zapominają o jednym – że tak samo zachowywał się kiedyś wobec Lindy. Ponieważ lubiła proste wiejskie życie i spacery po lesie w kaloszach, żył tak jak ona. Spełniał jej pragnienia i całkowicie się do nich dostosowywał. Może w tym właśnie tkwi sekret jego szczęśliwych związków. To jedno się nie zmieniło: Paul czerpie radość z uszczęśliwiania swoich kobiet. W piosenkach własnego autorstwa śpiewa o obietnicy danej dziewczynie. I nie jest to zwykły banał. Swoim życiem udowadnia, że potrafi te obietnice spełniać.

Jestem otwarty na przyjaźń
Ale brytyjska prasa nie daje mu spokoju. Gdy ataki na Heather przybrały na sile, Paul przerwał milczenie i stanął w obronie żony. Zaapelował do mediów, by przestały jej dokuczać. Często osobiście dzwonił do redaktorów gazet, chciał ich w ten sposób zawstydzić. Tłumaczył, że wszystkie te zarzuty są idiotyczne. Owszem, Heather trzyma go zawsze pod ramię, ale nie dlatego, że jest zaborcza. Po prostu, mając protezę nogi, stąpa niepewnie i boi się upaść.
Na swojej stronie internetowej Paul zacytował jedną z najbardziej okrutnych i bezsensownych wypowiedzi prasowych, która głosiła, że „utrata nogi była czymś najlepszym, co mogło Heather spotkać, bo znalazła się w centrum uwagi, a niczego w życiu bardziej nie pragnie”.
Interwencje niewiele dały. Prasa nadal śledzi panią Mills i wytyka jej każde uchybienie. Ostatnio to, że nie toleruje niczego, co ma związek z przeszłością męża. Że nie mieszkają w żadnym z domów, które Paul dzielił kiedyś z Lindą. Że z jego palca niepostrzeżenie zniknęła stara obrączka, którą obiecywał nosić razem z nową. Że to za namową żony Paul upomniał się, by piosenki napisane tylko przez niego były podpisane McCartney–Lennon, a nie – jak dotąd – Lennon–McCartney. Stanowczo sprzeciwiła się temu Yoko Ono, wdowa po Lennonie, która wypowiedziała Paulowi wojnę.
McCartney czuje się przez nią skrzywdzony. Wyjawia to w piosence „Riding To Vanity Fair” zamieszczonej na nowym krążku. Śpiewa o tym, jak próbował być przyjacielem, a został odepchnięty i zraniony. O tym, że przestaje już robić dobrą minę do złej gry i udawać, że nic się nie stało.

Nigdy o was nie zapomnę
W tekstach nowych piosenek Paul wraca do starych przyjaźni. Najczęściej wspomina zmarłego przed czterema laty George’a Harrisona. Duch przyjaciela nie daje o sobie zapomnieć. Zwłaszcza gdy McCartney przyjeżdża do rodzinnego Liverpoolu. Jeździ tam regularnie, bo prowadzi wykłady dla studentów w Instytucie Sztuki, który mieści się w jego dawnym gimnazjum. Na zajęcia idzie tą samą ulicą, którą przemierzał kiedyś z George’em. Paul poznał go wcześniej niż pozostałych Beatlesów. Razem słuchali płyt, uczyli się akordów, zaczepiali dziewczyny, palili pierwsze papierosy, pili piwo. A kiedy stali się już sławni i ta sława ich przerastała, uciekali wspólnie do Grecji i cieszyli się, że nikt ich nie rozpoznaje. To z myślą o George’u Paul napisał piosenkę „Friends To Go”, w której śpiewa: „Będę czekał po drugiej stronie, nie musisz się o mnie martwić. Ktoś inny się o mnie martwi. Nauczyłem się być sam. Będę czekał po drugiej stronie. Na twoich przyjaciół, którzy przyjdą po mnie”.
W tym roku w grudniu minie 25 lat od śmierci Johna Lennona. Dla McCartneya to druga bardzo ważna, ale i trudna przyjaźń. Bolało go, że to John uważany jest za muzycznego eksperymentatora, on zaś – jedynie za sentymentalnego barda. Ten stereotyp utrwalił się jeszcze po tragicznej śmierci Johna, zastrzelonego w 1980 roku przez szaleńca.
Pośmiertny kult Lennona przytłoczył Paula. „Poczułem, że mało w tym wszystkim znaczę. Tak, jakby John był geniuszem, jedynym prawdziwym talentem w zespole, a Paul facetem, który tylko organizował nagrania i załatwiał muzyków”.
Dziś McCartney ochłonął z gniewu i żalu. Tłumaczy, że czuł się pokrzywdzony. Nie mógł ścierpieć fałszywego mitu, który rodził się na jego oczach. Wydawało mu się, że nikt nie chce znać prawdy. Buntował się.
I był za to źle oceniany. Zarzucano mu, że próbuje deprecjonować Johna, że zżera go chora ambicja. Po latach Paul przyznaje, że choć wiele ich dzieliło, John jest częścią jego życia, że byli sobie niezbędni i tworzyli niepowtarzalny tandem. „Był czas, kiedy uznawano nas za wrogów i przeciwieństwa. Tak naprawdę nie różniliśmy się aż tak bardzo”, prostuje. Dla niego Lennon na zawsze pozostanie młodym chłopakiem z Liverpoolu, z którym w deszczowe popołudnia włóczył się po mieście. „Wpadaliśmy do sklepów, które miały kamery. Stroiliśmy do nich miny, robiliśmy z siebie małpy i świetnie się razem bawiliśmy”, wspomina.
Jest takie zdjęcie, zrobione w 1995 roku (trzej eks-Beatlesi nagrywali wtedy piosenkę „Free as a Bird”. Wykorzystali stare domowe nagranie z głosem Lennona, do którego dogrywali swoje partie). Jest coś bardzo smutnego w tej fotografii. Pod drzewem stoją George, Ringo i Paul. W rogu kadru widać pawia patrzącego prosto w obiektyw. Paul opowiada, że ptak wtargnął na plan zdjęciowy akurat w momencie, gdy fotograf naciskał spust migawki. „To wyglądało tak, jakby John chciał być z nami i dał nam znak. Czuliśmy jego obecność przez cały czas nagrywania tej płyty”.

Żyję po słonecznej stronie
Po śmierci Lennona McCartney czuł się rozbity, sporo pił, brał też narkotyki. Dziś twierdzi: „Jestem szczęśliwszy, gdy niczego nie biorę, gdy żyję po prostu i piszę po prostu”. Wspomina, że pewnego razu obudził się z melodią „Yesterday” (najpopularniejszy przebój Beatlesów) w głowie. „Żeby jej nie zapomnieć, naprędce podłożyłem do niej absurdalne słowa: »Scrambled eggs, oh my baby, how I love your legs«, (Jajecznica, kochanie, jak ja kocham twoje nogi). Takie żarty zawsze pomagały mi zapamiętywać melodię. Piosenki pojawiają się znikąd, są jak rozpędzony koń, któremu wskakuję na grzbiet i pędzę, choć nie wiem jeszcze, dokąd”.
Przyznaje, że pisanie piosenek jest dla niego czymś w rodzaju terapii. „Człowiek zaszywa się w jakimś kącie, czuje się zdołowany. Siada i próbuje rozmawiać z gitarą, opowiedzieć jej, co się z nim dzieje. I to działa”, śmieje się Paul. „I am lucky man” – ten zwrot często pojawia się w jego wypowiedziach. „To nie znaczy, że nie przeżywam w życiu rzeczy tragicznych i smutnych”, tłumaczy. „To raczej mój mózg zatrzymuje tylko dobre, jasne chwile. To jest tak, jakbym pamiętał z życia wszystkie słoneczne dni, a o tych deszczowych zapomniał”.
Jest mistrzem w szkole przetrwania. Przetrwał rozpad Beatlesów, a potem długie lata życia w cieniu ich legendy. Stracił nie tylko bliskich przyjaciół – George’a i Johna, jako dziecko stracił też matkę. A potem rak piersi, ta sama choroba, która zabiła matkę, zabrała mu ukochaną Lindę. W piosence „Too Much Rain” zdradza, jak być szczęśliwym, mimo przeciwności losu: „Śmiej się, kiedy twoje oczy płoną gniewem. Uśmiechaj się, kiedy serce pęka ci z bólu. Nauczyliśmy się ukrywać nasze uczucia, ale od dzisiaj koniec z tym. Pokaż, jak odganiasz swój smutek. Przysięgnij, że to się nie powtórzy. Bo to nie jest w porządku. Za dużo deszczu jak na jedno życie. Obiecaj, że jutro znów będziesz szczęśliwy. Obiecaj, że nauczysz się śmiać”.

Magda Rozmarynowska/ Viva!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)