Paolo Cozza i Iwona Górska

Gwiazda programu "Europa da się lubić", 42-letni Paolo najpierw zakochał się w Polsce, potem w Polakach, a na koniec - w Polce.
Iza Bartosz: Macie ciekawie urządzoną kuchnię. Niby niewielka, ale w środku duża wyspa kuchenna, wokół barowe krzesła. Tutaj najczęściej przesiadujecie?
Iwona Górska: To serce naszego domu. Paolo uparł się, że ma stać na środku i koniec. Przekonywałam go, że się nie zmieści. Wtedy powycinał z tektury wszystkie sprzęty i poustawiał, żebym dokładnie wiedziała, jak to będzie wyglądało.

- I przekonał Cię?
Paolo Cozza: Przekonałem, bo powiedziałem, że będę na niej przygotowywał potrawy. I teraz przychodzą jej koleżanki i razem siadają wokół tej wyspy, a ja się popisuję.

- Jesteście już razem prawie sześć lat i ciągle chce Ci się popisywać?
P. C.: Nie mam wyjścia. Muszę się ciągle starać tak jak na początku. Iwonka jest wyjątkowo wymagająca. Ty nawet nie wiesz, co się tu dzieje rano.

- Co się dzieje?
P. C.: Najpierw Iwonka zaczyna mnie szturchać. Ale nie myśl, że budzi mnie, żebym nie zaspał do pracy. Ona chce, żebym wstawał i zaczął ją budzić. To oznacza, że muszę iść do kuchni, zrobić jej kawę i przynieść do łóżka. Kawa musi być podana w ulubionej filiżance, bo jeśli nie, to Iwonka zaraz ma rozczarowaną minę. A potem, jak już sobie tę kawę wypije, to muszę siedzieć przy niej i ją głaskać, żeby kawa się rozeszła po całym ciele.
I. G.: Paolo! Sam mnie tego nauczyłeś! Jak byliśmy pierwszy raz w Mediolanie u jego rodziców, to sam przynosił mi kawę do łóżka. I odtąd ten zwyczaj kojarzy mi się z latem, odpoczynkiem. Dlatego tak się przy tym upieram. No, ale zawsze chciałeś mieć swoją księżniczkę, więc teraz nie powinieneś narzekać.

- Jak się poznaliście?
P. C.: To było mniej więcej po pięciu latach mego pobytu w Polsce. Zaszedłem któregoś razu do jednej z włoskich restauracji w Warszawie i ją zobaczyłem. Odtąd chodziłem tam już prawie codziennie.

- Myślałam, że Ty dla Iwony przeniosłeś się z Mediolanu do Warszawy.
P. C.: Coś ty! Ja się zakochałem w Polakach, a nie konkretnie w jakiejś Polce.

- A co Cię najbardziej w Iwonie urzekło?
P. C.: Chyba to, że była zupełnie inna od pozostałych kobiet, które dotychczas poznałem. Nawet w tej restauracji inaczej się poruszała, inaczej przyjmowała zamówienia. Nawet talerze trzymała jakoś ładniej. No i widać było, że ona tam wcale nie pasuje. No i tak chodziłem tam po kilka razy w tygodniu, mimo że wcale nie lubiłem tej restauracji. Jedzenie było takie sobie, porcje małe i bardzo drogo. Zupełnie inaczej niż we Włoszech.

- I od razu powiedziałeś Iwonie, że Ci się podoba?
I. G.: Bardzo długo mi nic nie mówił na ten temat. Zapraszał mnie tylko na koncert swego zespołu, który prowadzi z chłopakami.

- I poszłaś na ten koncert?
I. G.: Nie, nie poszłam. Pracując w tej restauracji napatrzyłam się na Włochów, którzy przychodzili prawie codziennie z inną blondynką przy boku. Postanowiłam, że nigdy się nie zwiążę z żadnym z nich, bo to lekkoduchy i kobieciarze.
P. C.: Ale ja sobie spokojnie czekałem, czekałem, czekałem...

- Aż w końcu się umówiliście.
I. G.: Paolo zaimponował mi tym, że nie był nachalny. Nawet jak zapraszał na te koncerty, to mówił: "Chcieliśmy cię z chłopakami zaprosić". Nigdy się nie narzucał. W końcu jednak, widząc mój opór, powiedział: "Wiesz, ja jestem cierpliwy, mogę na ciebie czekać pięć lat, ale nie dłużej". No i wtedy pomyślałam sobie, że chyba nie jest taki, jak inni Włosi.

- I zdecydowałaś się spróbować?
I. G.: O, nie, nie. Pomyślałam sobie, że powinnam się z nim umówić na kawę i wytłumaczyć mu, że nie możemy być razem, bo on nie pasuje do mojego życiowego scenariusza.

- O czym rozmawialiście na tej kawie?
P. C.: O wszystkim. O życiu, o tym, co się dzieje wokół nas, o tym, jakie mamy plany i marzenia. A następnym razem przyszedłem do Iwony do domu.
I. G.: Ale to tylko dlatego, że byłam chora.
P. C.: Ale to był dla nas moment przełomowy.
I. G.: Byłam po operacji, cała obolała, a on dzwoni do mnie i mówi: "Wiesz, stoję właśnie pod twoim domem". No to nie miałam innego wyjścia, tylko zaprosiłam go na herbatę.
P. C.: I ujęła mnie najbardziej tym, że nie starała się wyglądać ładnie. Była chora, leżała w łóżku i to było wszystko takie naturalne. A przy okazji zobaczyłem, że pięknie wygląda bez makijażu.
I. G.: I wtedy właśnie podarowałeś mi swój amulet.
P. C.: Kiedyś od taty dostałem taką drewnianą rękę na srebrnym łańcuszku. Prezent z Brazylii. Nigdy tego nie zdejmowałem, wierzyłem w jego moc. Iwonka bardzo się bała, bo następnego dnia czekał ją kolejny zabieg, a miała bardzo wysoką temperaturę. Oddałem jej więc amulet i zapewniłem, że jutro będzie zdrowa.
I. G.: A najlepsze było to, że następnego dnia obudziłam się bez gorączki. Wtedy się dopiero wystraszyłam!

- I odtąd staliście się nierozłączni?
P. C.: Wtedy zacząłem już do Iwonki przychodzić codziennie. I piłem szklankami tę okropną herbatę.
I. G.: Wiesz, że on dopiero po dwóch latach znajomości przyznał mi się, że nie cierpi herbaty? Długo też nic nie mówił o nas. Myśmy sobie po prostu rozmawiali. Dopiero kiedy po miesiącu tego przychodzenia do mnie wyjeżdżał na święta do Mediolanu, czułam, że chce coś powiedzieć. Nie powiedział jednak nic i dopiero potem z Włoch przysłał mi pierwszego miłosnego sms-a. Byłam wtedy w wannie i z wrażenia mało się nie utopiłam.

- Gotowałeś Iwonie włoskie potrawy?
I. G.: No jasne! On wtedy uważał, że jestem bardzo chuda i ciągle mnie rozpieszczał. Codziennie przygotowywał makarony z coraz to innymi sosami. I na deser ciasteczko. To on rozbudził we mnie pasję do jedzenia.

- Jakie jeszcze zwyczaje z Włoch przeniosłeś do Waszego domu?
P. C.: Włoską ligę.
I. G.: Od września nie ma go w żadną niedzielę.

- Jak to nie ma?
I. G.: W niedzielę są mecze. Paolo to taki kibic, że koniec. Siedzi całą niedzielę i ogląda. A ja czasem mam naprawdę tego dosyć. Na przykład kiedyś w sobotę było wesele mego brata. Moja rodzina mieszka w Rytrze pod Nowym Sączem. I pojechaliśmy na ten ślub, ale Paolo w niedzielę już musiał być w domu, no bo przecież mecze. Wesele trwało do siódmej rano, a potem godzina snu, w samochód i do Warszawy.
P. C.: Ale dzięki tym meczom nauczyłaś się włoskiego. I to się stało zupełnie przypadkiem. Któregoś razu rozmawiam przez telefon z moim przyjacielem z Włoch. Opowiadamy sobie jakieś tajemne historie, nagle patrzę, a Iwonka ma taką minę, jakby wszystko rozumiała. Odkładam słuchawkę, przepytuję ją i okazuje się, że doskonale wie, o czym mówiliśmy. Od tej pory musiałem się już pilnować.

- A w pracy też musisz się pilnować? Pracujecie przecież razem.
P. C.: Z wykształcenia jestem prawnikiem. W Polsce założyłem firmę handlującą akcesoriami do samochodów i rowerów. Potem, gdy poznałem Iwonę, ona zmieniała pracę, a ja akurat potrzebowałem pracownika na kilka miesięcy. Zaproponowałem jej, żeby spróbowała. Rzuciłem ją od razu na głęboką wodę, bo musiała negocjować z klientami. Któregoś razu przychodzę do pracy i słyszę, że ona sobie z kimś żartuje, śmieje się. Kiedy się dowiedziałem, że rozmawia z jednym z najważniejszych klientów, poczułem, jak serce mi się otwiera. Zawsze uważałem, że praca powinna być także przyjemnością. Obserwując Iwonę wiedziałem, że ona też tak myśli. I oddałem jej wszystkich swoich klientów.

- Często odwiedzacie rodziców Paolo w Mediolanie?
I. G.: Co roku. Paolo zabrał mnie tam już po pół roku znajomości. Oznajmił, że nie będzie moim tłumaczem i że mam mówić po włosku. Ale jego mama okazała się tak wspaniałą kobietą, że rozumiałyśmy się bez słów. Tata Paolo jest bardziej zdystansowany, ale jego też bardzo polubiłam.
P. C.: A jak on polubił Iwonkę. Opowiada jej takie rzeczy z historii naszej rodziny, o których nawet ja nie wiem.
I. G.: Moi rodzice też bardzo polubili Paolo. Moja mama od razu powiedziała, że to taki ciepły chłopak.

- A tata?
I. G.: Chyba nic nie mówił. Nie pamiętam.
P. C.: Ja za to pamiętam. Patrząc na mnie powiedział: "Czysta inteligencja". Ale ty jesteś zazdrosna małpa! Nic nie chcesz powiedzieć o mnie miłego.

- Jesteś zazdrosna o Paolo?
I. G.: Nie. Wiem, że jest bardzo zdolny. Ale nie jestem chyba jego fanką. Od kiedy zaczął występować w "Europa da się lubić", zaczęły o nim pisać gazety i z początku trochę mi to przeszkadzało. Ale już się przyzwyczaiłam. Poza tym wiem, że jego fanami są małe dzieci i starsze panie (śmiech).

- A macie jakąś wspólną pasję?
I. G.: Oj, mamy. Zakupy. Wiesz, jak Paolo uwielbia chodzić po sklepach?! Już dzień wcześniej przed zakupami cały się trzęsie z przejęcia. W sklepach zachowuje się jak oszalały.
P. C.: Ze mną jest zupełnie inaczej niż z innymi facetami. To ja Iwonce wybieram ubrania, kiedy idziemy na zakupy, a ona ma na przykład słabszy dzień i nie może nic sobie znaleźć. Aż ona czasem już na mnie krzyczy i mówi: "Nie pozwalam ci tego kupić".
I. G.: Bo on w sklepach wpada w szał. Ostatnio na przykład uparł się, że kupi wielki telewizor do powieszenia na ścianę. Tłumaczyłam mu spokojnie, że w naszym mieszkaniu nie ma ściany, na której można by go zawiesić. Telewizor oczywiście kupił i teraz stoi na szklanym stoliku. Taki jest efekt jego zakupów.
P. C.: Jest jeszcze jeden efekt. Pokaż szafę.
I. G.: Ty i tak masz więcej ubrań ode mnie.

- Są momenty, kiedy się kłócicie?
I. G.: Zaczęliśmy się kłócić po trzech latach naszego związku.
P. C.: Nie kłócić, tylko dyskutować. Wtedy po raz pierwszy okazało się, że jesteśmy oboje silnymi osobowościami i czasami mamy inne zdanie na niektóre tematy.

- Na przykład na jakie?
I. G.: Nasze kłótnie wynikały z tego, że Paolo raptem uznał, że to ja powinnam prowadzić dom, sprzątać. Nie chciałam się na to zgodzić.
P. C.: Ale wtedy byłem święcie przekonany, że tak powinno być. Pochodzę z tradycyjnej włoskiej rodziny. Mój ojciec pracował, a mama była w domu. W życiu nie widziałem, żeby mój tata coś sobie prasował. I kiedy któregoś razu miałem ważne spotkanie, poprosiłem Iwonkę, żeby mi wyprasowała koszulę, a ona mi na to: "Sam sobie wyprasuj. Jestem zajęta". Wtedy mnie zatkało.
I. G.: Ale co to były za argumenty, że twoja mama prasowała twemu tacie? Nigdy nie dostawałeś ode mnie forów tylko dlatego, że jesteś Włochem.
P. C.: No bo ja nie zachowuję się jak prawdziwi Włosi. Myślisz, że oni by tak długo przychodzili do ciebie na herbatę, zagadywali cię, wysyłali setki sms-ów? Oni od razu przechodzą do konkretów.

- To kto kogo w końcu przekonał do roli kobiet w domu?
P. C.: Iwona mnie. Teraz jest tak, że jak ją poproszę, żeby mi zrobiła kawę, to też muszę jej coś obiecać. Ona uwielbia być głaskana, więc na przykład jej obiecuję, że przez kwadrans będę ją głaskał po głowie.

- A ślubu jej nie obiecujesz?
I. G.: My nie mamy wcale ochoty na ślub.
P. C.: Właśnie. Jak sobie pomyślę o tych wszystkich sprawach, które trzeba byłoby załatwić, o tych urzędach, papierach - to mi się robi słabo.

- O dzieciach też na razie nie myślicie?
P. C.: No pewnie, że myślimy.
I. G.: Na razie negocjujemy.
P. C.: No właśnie, negocjujemy. A więc jeśli ty teraz zrobisz mi kawę, to wtedy ja...

Rozmawiała Iza Bartosz/ Viva
Zdjęcia Roby Cyroń/Melon
Stylizacja Vasina, makijaż Iza Wójcik, fryzury Sylwia Habdaś-Zardoni/Metaluna, produkcja sesji Elżbieta Czaja.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)