Omenaa Mensah

Dzięki córeczce Vanessie i świeżo puślubionemu mężowi w życiu popularnej prezenterki pogody w TVN świeci słońce.
/ 17.01.2007 13:49
Początkowo prognozy nie były najlepsze. Przez długi czas życie Omeny spowijały mgły. Zakompleksiona i nieśmiała nie radziła sobie z gradem złośliwości. Z trudem stawiała czoła niekorzystnej aurze. Ale teraz dzięki córeczce Vanessie i świeżo puślubionemu mężowi w życiu popularnej prezenterki pogody w TVN świeci słońce.

Krystyna Pytlakowska:
Weszłaś do restauracji i od razu wszystkie głowy odwróciły się w Twoim kierunku. Jak to znosiłaś, gdy byłaś dzieckiem?
Omenaa Mensah: Wtedy byłam kompletnie inna, zakompleksiona. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi. Teraz wiem, że – jak to się mówi – roztaczam wokół siebie aurę i to ona przyciąga wzrok.

– A nie kolor skóry?
Myślę, że nie. Mamy XXI wiek. Ludzie przywykli do takich różnic. Ja w ogóle nie pamiętam, że jestem ciemniejsza. Niektórzy są oburzeni, jak mogę o sobie mówić, że jestem kolorowa. No, jestem. I wcale się tego nie wstydzę. Wręcz przeciwnie.

– Urodziłaś się w Polsce?
Tak, w Jeleniej Górze. Tata jest z Ghany, mama jest Polką. Możesz sobie wyobrazić, jak ona musiała kochać mojego ojca, skoro się zdecydowała być z nim tutaj, w Polsce, 30 lat temu, kiedy kolorowy rzeczywiście był traktowany jak ktoś ułomny. A już w stosunku do kobiet ludzie na pewno byli bardzo ekstremalni w osądach.

– Rodzice poznali się tutaj?
Tak, na studiach. Mama studiowała ochronę środowiska na politechnice we Wrocławiu, a ojciec medycynę. Jest znanym kardiochirurgiem i pracuje w swoim zawodzie cały czas. Moja babcia nie robiła im jakichś problemów, ale jak każda matka bała się, czy to będzie odpowiedni partner dla córki. Uszanowała jednak jej wybór i wspierała cały czas. Przez pierwsze dwa lata życia mieszkałam więc w Polsce, potem wyjechaliśmy do Londynu. Wróciliśmy dopiero, gdy miałam sześć lat. Skończyłam w Jeleniej Górze pierwszą klasę podstawówki, ucząc się na nowo języka polskiego. Potem przenieśliśmy się do Poznania, gdzie robiłam maturę, studiowałam na Akademii Ekonomicznej i właściwie mieszkam do dziś, dojeżdżając do pracy do Warszawy. Tak wygląda w skrócie mój życiorys.

– Uśmiechasz się, jakby Twoje dzieciństwo było jedną sielanką. A przecież musiały się w nim dziać różne rzeczy, dobre i złe. Takie, które do dziś tkwią w Tobie jak zadra.
No, bywało tak. Pamiętam, jak dzieci w szkole na szczepieniach bały się podchodzić do mojego taty, bo był inny. A ja to wszystko przeżywałam na swój sposób. Chłopcy z podstawówki, dwóch takich typowych albinosów, przezywali mnie „Murzynek Bambo”. Przybiegłam do domu rozżalona, skarżąc się ojcu, że tak na mnie mówią, a tata na to: „Nie daj się, kopnij ich w d...ę”. I tak zrobiłam na drugi dzień. Pani wpisała mi uwagę do dzienniczka, ale pomogło. Więcej się mnie nie czepiali.

– Musiałaś sobie wypracować jakąś metodę samoobrony?
Myślę, że pewne cechy były we mnie od początku. Żebym nie brała sobie tak wszystkiego do serca. Żebym zdawała sobie sprawę z mojej wartości. Tata zawsze mi powtarzał: „Będziesz musiała uczyć się dwa razy więcej niż inni. Będziesz musiała być dwa razy szybsza niż inni. Będziesz musiała udowadniać, że jesteś lepsza i znasz swoją cenę”. Myślę, że on miał jakieś doświadczenia, na podstawie których doszedł do takich wniosków. W każdym razie przekonałam się, że miał rację – nawet na studiach musiałam wkładać w naukę więcej pracy niż reszta kolegów. W dodatku to były ciężkie studia, czasochłonne, wymagały samozaparcia, żeby dojść do magisterki, obronić pracę.

– Nie chciałaś iść do szkoły aktorskiej?
Nawet mi to przez myśl nie przeszło, chociaż moja mama jest świetną aktorką. Ona by się tam odnalazła, a ja... Byłam bardzo spokojna, nieśmiała... Naprawdę. I wolałam pozostawać w cieniu, niż być w świetle jupiterów. Mój charakter z czasem się zmienił – nagle stałam się osobą, która wie, czego chce, twardo stąpa po ziemi i nie da sobie w kaszę dmuchać. Przecież ja od 17. roku życia pracuję. Najpierw jakieś tam promocje, potem pokazy mody, później tej mody coraz więcej. Zaczęłam wyjeżdżać za granicę. Wiedziałam już wtedy, że nie wolno zasypiać gruszek w popiele, trzeba rozwijać się na różnych frontach.

– Jak godziłaś to wszystko?
Och, ja jestem bardzo zorganizowana. Wszystko planuję i każdy mój plan staram się doprowadzić do końca.

– I żyjesz z zegarkiem w ręku?
Oczywiście, i jeśli czasem gdzieś tam ucieknę, to i tak większość tego, co dzieje się w moim życiu, było zaplanowane. Inaczej wszystko by się zawaliło. Przecież nie było mi łatwo. Byłam na ostatnim roku studiów, gdy urodziłam córeczkę. I jeszcze dodatkowo w tym samym czasie otworzyłam z mamą klub w Poznaniu. To był bardzo trudny rok.

– Mało kto wie o Twojej córeczce i kto jest jej ojcem. W każdym razie wtedy za mąż nie wyszłaś?
Nie wyszłam, nie chcę o tym mówić za wiele. Z chłopakiem, ojcem Vanessy, byłam siedem lat. Mieliśmy się pobrać, ale miałam przeczucie, że się rozstaniemy.

– I przeczucie Cię nie omyliło?
Nie. On był moją pierwszą miłością. Jeszcze szkolną. Mieszkaliśmy razem. Ja – chociaż trudno mi się do tego dziś przyznać – nigdy nie chciałam mieć męża i dzieci. Byłam egoistką, która chce skończyć studia, pracować, wyjechać za granicę. I w mojej wizji nie było miejsca ani na dziecko, ani na męża. Teraz, jak sobie to przypomnę, wstyd mi, że mogłam tak kiedyś myśleć. Vanessa ma cztery i pół roku i ja uwielbiam ją od czubka główki po paluszki u stóp. Dzieci bardzo kobietę zmieniają.

– Ale nie na tyle, by wyjść za ich ojca?
Mówiłam ci, że ja w ogóle nie planowałam małżeństwa. Tolerowałam związek, dopóki nie był zbyt zobowiązujący. To dziwne, wiem, bo większość młodych kobiet bardziej myśli o tym, by wyjść dobrze za mąż, niż robić karierę.
Kiedy zaszłam w ciążę, miałam różne obawy. Przede wszystkim bardzo chciałam skończyć studia – dla mnie wykształcenie zawsze było najważniejsze. Wiedziałam, że studentki, rodząc dziecko, na ogół przerywają naukę. Ale ja byłam strasznym kujonem, choć może na to nie wyglądam. Mężczyznom bardziej kojarzę się z seksem niż z dyplomem magistra. Bardzo dużo siedziałam nad książkami, rzadko gdzieś wychodziłam. Od dziecka trenowałam koszykówkę, zamiast flirtować. Miałam mnóstwo koleżanek, ale nie kolegów. W wieku 16, 17 lat nie lubiłam facetów. Uważałam, że są zbędni. Teraz za to mam mnóstwo kolegów i lubię mężczyzn, ale z nimi trzeba umieć postępować. Nigdy nie zacieśniałam za bardzo relacji z nimi.

– Mówiąc wprost – nie szłaś z nimi do łóżka?
No właśnie. Moje koleżanki skarżą się: „Kurczę, już z nim spałam i on teraz nie dzwoni”. „Więc po co to zrobiłaś tak szybko?”, pytam. „Lepiej, żeby był twoim kolegą – to dłużej znajomość potrwa. A jak chcesz, żeby został twoim kochankiem, musisz liczyć się z tym, że to się szybko skończy”. Ja zawsze zaczynałam od przyjaźni, która była o wiele trwalsza. Nawet z moim obecnym mężem najpierw długo się przyjaźniliśmy.

– Do niego jeszcze dojdziemy, bo prawdę mówiąc Twoje małżeństwo jest pretekstem do tej rozmowy. Natomiast ja jeszcze przedtem chciałabym wiedzieć, dlaczego pani magister ekonomii zaczęła pracować w show-biznesie?
Bo otarłam się o świat mody. Miałam agenta – Niemca, który mnie przerzucał w różne miejsca na świecie. Pracowałam i w Stanach, i we Francji.

– Wtedy już siebie zaakceptowałaś w 100 procentach?
Zaczęłam siebie akceptować chyba ze dwa lata temu.

– To 25 lat sama ze sobą walczyłaś?
Może to nie była walka, ale dojrzewanie. Różne sytuacje życiowe mnie jakoś tam doświadczały. Mogę powiedzieć, że posiadłam wiedzę o życiu o wiele większą, niż wskazywałby na to mój wiek.

– Co Cię najwięcej nauczyło?
Myślę, że jednak urodzenie Vanessy. A potem samodzielna praca. Mówi się, że atrakcyjnej kobiecie znacznie łatwiej ją znaleźć, niż potem utrzymać, awansować i rozwijać się.

– W telewizyjnym programie erotycznym zaczęłaś pracować dlatego, że tam mogłaś być niezastąpiona?
Nawet nie liczyłam na to, że ten temat zostanie ominięty, bo on ciągnie się za mną cały czas. Zaczęło się tak, że moja przyjaciółka z Poznania, właścicielka agencji modelek, zadzwoniła do mnie: „Słuchaj, Omi, jest casting do programu w Warszawie i wysyłam tam moje dziewczyny. Szukają dziewczyn, które są wygadane, i ty byś pasowała”. Odpowiedziałam, że pojadę na ten casting, bo chcę zobaczyć, co to jest. Zaczęłam czytać scenariusz i mówię do mojego mężczyzny: „O rety!Chyba nie pojadę, nie nadaję się”. Ale on zaoponował: „Będziesz się martwić, jak cię wybiorą”. Więc pojechałam. I wygrałam. Ten program wniósł wiele do mojego życia, zmienił je. No i był bardzo trudny, bo nie jest łatwo rozmawiać ze znanymi osobami o seksie. A ja nie miałam żadnego przygotowania.

– Ale odniosłaś sukces. Bo byłaś odważna?
Przedtem spotykaliśmy się z psychologiem, który nauczył nas otwierać się na takie tematy. Pamiętam rozmowę z Andrzejem Nejmanem. Rozmowa była tak fajna, że nie chciało mu się od nas wyjść. A on w dodatku jest blondynem – uwielbiam blondynów. Zazwyczaj goście tak się w końcu rozkręcali, że chcieli, by rozmowa trwała dłużej, bo mówienie o seksie jest naprawdę przyjemne.

– Mama uważała, że powinnaś brać udział w „Red Light”?
Mama bała się tylko, jak ja sobie poradzę: studia, Vanessa, nasz klub w Poznaniu itd. Wiedziała, że interesuję się innymi sprawami: sportem, podróżami, psychologią, a nie erotyką. Wtedy ciekawili mnie ludzie, ich natura, zachowania.

– I czytałaś Kanta do poduszki?
Nie, ale jakieś inne poważne lektury.

– Jest w Tobie jednak cielesność, której nie uda się ukryć.
To niesamowite, bo gdyby ktoś mnie widział, jak byłam nastolatką, miałby inne zdanie. Ja co wieczór przychodziłam do mamy, żaląc się, że jestem za chuda, za brzydka i w ogóle. Dziś mi się chce śmiać z siebie. Dopiero jak zaczęłam pracować w telewizji, powiedziano mi, że po pierwsze jestem osobowością telewizyjną, a po drugie, że mówię ciałem i każdy mój ruch przypomina dzikie zwierzę. Jestem zodiakalnym Lwem.

– Lubisz swoje ciało?
Teraz już tak, akceptuję je. By do końca móc je zaakceptować, trzeba mieć pełną akceptację u partnera. Zresztą odkąd pojawiła się Vanessa, nabrałam kobiecości i mężczyźni postrzegają mnie jako bardziej atrakcyjną. Kiedyś bałam się utraty figury i tak dalej. Niepotrzebnie. A poza tym bardzo dużo ćwiczę. Odżywiam się rozsądnie.

– Co najbardziej Ci się u siebie podoba?
Na pewno mam niezłą pupę... Podobno.

– A mężowi podobają się Twoje pośladki?
Chyba tak. Zresztą, jak ci powiedziałam, myśmy dłuższy czas byli kumplami. Jakub jest w moim sercu kimś wyjątkowym.

– Miałaś już nie wychodzić za mąż, a wyszłaś.
I to jest niezwykłe. Moi znajomi byli zdumieni, bo przed nikim nie zdradziłam swoich planów. W TVN panowało ogólne zaskoczenie, dlaczego nic nie powiedziałam. A ja podjęłam taką decyzję i już. Nie czuję się gwiazdą i nie uważam, że powinnam informować innych o zmianach w moim życiu prywatnym. Zaskoczyło mnie zainteresowanie fotoreporterów.

– A jednak paparazzi tam trafili. Miałaś na sobie czerwoną suknię.
Piękną czerwoną suknię, którą wymyśliłam już dawno temu. Czerwień jest kolorem życia i daje siłę.

– Jakub za Tobą szaleje?
Na pewno nie związałabym się z mężczyzną, który traktuje mnie tylko jako ozdobę. My z Jakubem przeszliśmy jakoś tak płynnie od kolegowania się do namiętności. Długo nie chciałam się angażować, broniłam się przed tą miłością. Kobieta po lepszych i gorszych doświadczeniach z mężczyznami obawia się następnych doświadczeń. Miłość jest piękna, ale to zniewolenie ciała i ducha. A ja już dostałam nieźle po nosie i wiedziałam, czego chcę. A raczej, jakiego faceta.

– Spotykały Cię niemoralne propozycje?
Oczywiście. Kiedyś jakiś multimilioner z Francji po dwóch godzinach rozmowy powiada: „Masz ze mną lecieć, kupię ci wszystko, co zechcesz”. Pamiętam, że wymienił samochód, jacht, futro z szynszyli. I nie mógł zrozumieć, czemu pogardziłam takim bogactwem. Przecież mogłabym prowadzić takie cudowne życie utrzymanki. Kiedyś byłam w trochę podobnym związku i dziś wiem, że poza pieniędzmi nie ma tam nic. Mężczyźni z zasobnym portfelem uważają, że daje im on więcej praw niż innym. Nie twierdzę, że pieniądze nie są ważne, ale nie mogą być wyznacznikiem uczucia przyjaźni czy też miłości.

– A Ty od mężczyzny oczekujesz czegoś innego?
Po pierwsze, na swojego mężczyznę trzeba móc liczyć w każdej sytuacji. Szukałam więc wszystkiego w jednym. I zaradności, i inteligencji, i wrażliwości. No i żeby jeszcze był przystojny.

– I znalazłaś?
Myślę, że tak. Mam nadzieje, że za 30 lat powiem to samo.

– Mówi się, że w prezencie ślubnym dostałaś od męża restaurację.
Jeśli już mowa o restauracji, to mój Kuba zaprasza mnie tam na obiad czy kolację, bo wie, że lubię dobrze zjeść. A kupuje mi kwiaty, nie lokale. Poza tym nie jest próżny, nie kręci go jakoś ten cały medialny zgiełk. Dlatego niechętnie fotografuje się ze mną. Zajmuje się swoimi biznesami i tyle. W podróż poślubną polecimy do mojego kraju, do Ghany. Jeszcze tam nie byłam. I to będzie prezent dla mnie.

– A co z Vanessą? Polubili się?
Był moment, że Vanessa miała poczucie zagrożenia. Ale to minęło, bo okazałam jej bardzo dużo czułości. Myślę, że tworzymy fajny, ciepły dom. Nawet to, że ja ciągle jestem w podróży, nie jest przeszkodą. Tego wymaga też zapowiadanie pogody. A pogodą to ja się pasjonuję.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva!
Zdjęcia Krzysztof Opaliński/Melon
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Iga Pietrusińska
Makijaż Iza Wójcik
Fryzury Sylwia Habdas/Metaluna
Scenografia Michał Zomer/Melon
Produkcja sesji Paweł Walicki
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (6)
/07.08.2007 12:25
jak wiekszosc dziewczyn w Ganie ale jest jakas taka niezgrabna, brak jej gracji i nie umie sie poruszac niestety :) w TzG byla dramatyczna.. a tak na marginesie to ludzie w Ganie nie naleza do najsympatyczniejszych, moj znajomy mieszka od lat i ma zone z tamtych stron, ktora chce od niego wylacznie kasy, tak jak wiekszosc kobiet w Afryce.. szkoda go bo zmarnowal sobie zycie a siedzi tam z wzgledu na 2 corki.
/09.04.2007 13:40
z tańca, juz nie będę oglądać programu
/03.04.2007 17:15
Śliczna i zgrabna. B. ja lubię.
POKAŻ KOMENTARZE (3)