Natalia Safran - Polka w mieście Aniołów

Wkrótce ukaże się jej płyta „W samo południe”. O wielkiej miłości i bajkowym życiu w Los Angeles Natalia Safran po raz pierwszy opowiada Lilianie Śnieg-Czaplewskiej.
Natalia Safran - Polka w mieście Aniołów fot. Robert Wolański
– Rzadko się zdarza, bym tak niewiele wiedziała o swoim rozmówcy.
Natalia Safran:
Masz do czynienia z kobietą zagadką. A poza tym nic dziwnego, wiele lat byłam w Stanach.

– Z aktorką, piosenkarką, kompozytorką, modelką?
Natalia Safran:
Przede wszystkim Polką, która dawno temu zakochała się w muzyce i to dzisiaj jej największa pasja. Niełatwo mnie zamknąć do szuflady, bo zawsze miałam mnóstwo zainteresowań, więc pozwalam, aby prąd czasu niósł mnie w różnych kierunkach: film, muzyka, a po drodze zostałam modelką. Wypadek losowy, ale szczęśliwy.

– Jak się ma dwa metry wzrostu i taką sylwetkę, to nie dziwota.
Natalia Safran:
W modnych szpilkach do dwóch metrów brakuje mi mało, ale sama mam tylko 180 centymetrów.

– Byłaś w USA forpocztą rodziny Jaroszyków, bo tak brzmi twoje panieńskie nazwisko?
Natalia Safran:
Jestem pierwsza z rodziny, która wylądowała w Stanach. Nikt nigdy się tam nie zapuszczał i gdy, jako mała dziewczynka, mówiłam mamie: „Będę mieszkać w Ameryce”, wszyscy się uśmiechali. Mieszkamy w Wielkopolsce od pokoleń, ale odkąd pamiętam, marzyła mi się wielka przygoda. Gdy mama przeczytała w gazecie, że na wybory Miss Wielkopolski przyjedzie słynny agent z Paryża, pomyślałam: To może być ciekawe.

– Veni, vidi, vici. Poszłaś i zwyciężyłaś.
Natalia Safran:
Faktycznie, konkurs wygrałam, a agent powiedział: „Musisz absolutnie przyjechać do Paryża”. Decyzja nie była trudna, tylko nagła.

– Miałaś 18 lat. Decydowałaś o sobie?
Natalia Safran:
Tak, ale decyzję podjęłam z całą rodziną. Nie wydawało się to wielką sprawą. Ot, wyjadę do Paryża spotkać się z jakąś agencją, nie brałam tego poważnie. Znałam Europę, dużo podróżowałam z rodziną, bo tato – jeden z szefów Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych – ma jedną z największych kolekcji plakatu polskiego.

– W domu, w Hollywood, też masz plakaty…
Natalia Safran:
Tak. Na przykład w domowym kinie zapełnione są nimi ściany. Robią ogromne wrażenie na gościach, którym aż zapiera dech. Niektórzy zaczęli je nawet kolekcjonować

– Wracajmy do Twojej kariery.
Natalia Safran:
W Paryżu miałam szczęście, bo od razu znalazłam pracę – pokaz u Claude’a Montany, a wkrótce potem u Oscara de la Renty, Karla Lagerfelda, Yves’a Saint Laurenta, Guya Laroche’a, Johna Galliano, Valentino i w innych czołowych domach mody. Były pokazy, reklamy i katalogi, także w Niemczech.

– To musiały być lata 90., tuż przed zmianą ustroju, rewolucją i Balcerowiczem.
Natalia Safran:
Zawsze uważałam się za obywatelkę świata. Oczywiście Polska jest moją ojczyzną i do niej jestem przywiązana, ale jako modelka zawsze łatwo przekraczałam granice. Po pokazie u Oscara de la Renty przyjeżdżałam na bigos do mamy. Dobrze mówiłam po angielsku, bo nauczyłam się go głównie z amerykańskich filmów i piosenek, a we francuskim świecie mody królował wtedy angielski. Niewiele było francuskich modelek, za to mnóstwo ludzi z całego świata.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Z Paryża za ocean szmat drogi…
Natalia Safran:
Uwielbiałam moje życie w Paryżu, ale wciąż ciągnęło mnie do Ameryki. Pojechałam, gdy moja nowojorska agentka znalazła mi tam pracę. To była świetnie płatna reklama niemieckiego piwa Löwenbräu, a zdjęcia kręciliśmy w Dallas w Teksasie – ciekawym miejscu, bo żartuje się, że Teksas to nie stan, a osobny kraj. Posypały się propozycje, znów miałam szczęście. W Nowym Jorku pracowałam między innymi u Calvina Kleina, Oscara de la Renty, Very Wang i Donny Karan, krążąc między Paryżem, Nowym Jorkiem a Polską. Kiedy praca przywiodła mnie po raz pierwszy do Los Angeles, zakochałam się w Kalifornii. W przeciwieństwie do Nowego Jorku w Los Angeles jest zawsze ciepło, a ludzie są pogodni. Tu dalej pracowałam dla słynnych projektantów mody, reklam i katalogów, a wkrótce doszły też inne rzeczy. I tak jestem w LA od 11 lat. Trudno stąd wyjechać, bo uwodzi człowieka pogodą i stylem życia. W porównaniu z innymi miejscami wszystko jest tam lekkie, łatwe i przyjemne, jeżeli tak można uprościć sprawę. Zawsze będę spędzać mnóstwo czasu w Europie i Nowym Jorku, ale LA jest wspaniałą bazą.

– Kiedy poznałaś swojego męża?
Natalia Safran:
Jak tylko się pojawiłam w Los Angeles! Moja pierwsza przyjaciółka w Stanach, Polka zresztą – Agata Dominik, wzięta hollywoodzka scenarzystka, zaprosiła mnie na przyjęcie urodzinowe znajomego. „Musisz poznać niesamowitego faceta”. Odpowiedziałam, że muszę się najpierw znaleźć w nowym mieście i na romans nie pora, ale miała rację. Tego dnia tylko powiedzieliśmy sobie z Peterem „cześć”, choć on twierdzi, że od pierwszej chwili wiedział, iż będę jego żoną. Mnie się spodobał, ale głębokich przemyśleń na jego temat nie miałam. Zaiskrzyło dopiero na pierwszej randce.

– Naprawdę oboje byliście wolni, tyle mieliście szczęścia?
Natalia Safran:
Ja właśnie wyszłam ze związku, dlatego mi się do następnego nie spieszyło. A Peter twierdzi, że w dniu, w którym mnie poznał, zerwał ze swoją dziewczyną, chociaż ja mam swoje podejrzenia.

– Był już wtedy szychą w Hollywood?
Natalia Safran:
Gdy go poznałam, był bardziej menedżerem gwiazd niż producentem. Dziś nadal zajmuje się karierami aktorów, a nawet kilku piosenkarzy, ale najwięcej czasu poświęca produkcji filmowej. Jest w Hollywood od 18 lat. Jest praktyczny, nie buja w obłokach i nie zależy mu na hollywoodzkim blichtrze. Dlatego brany jest na poważnie i w show-biznesie traktowany z dużym szacunkiem.

– Wiele amerykańskich filmów pokazuje Hollywood jako gniazdo os. Póki odnosisz sukcesy, wszyscy cię kochają. Gdy noga się powinie, pechowiec do końca życia będzie samotnie pił w barze.
Natalia Safran:
Gdy człowiek jest na topie, dobrze mu się wiedzie i film się sprzedaje – lgną do niego, ale wydaje mi się, że to bardziej natura ludzka niż hollywoodzka. W Hollywood poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi i mam tam wielu bliskich przyjaciół. Trafiają się też oczywiście manipulanci i kombinatorzy, ale ja jako Polka potrafię sobie z tym poradzić, a do fałszu mam dobrego nosa. Gdy kolejny film podbija rynek – to sukces, a kasa zawsze przemawia głośno. A kult popularności, kult bogactwa? Wydaje mi się, że tak jest wszędzie. Mój mąż wyrobił sobie reputację, grając fair, a żegluje przez nieprzyjazne wody z ogromną umiejętnością, za co go podziwiam.


– Nie traci panowania nad sobą?
Natalia Safran:
Nie, dlatego jest moim mężem. Kryzys finansowy dotknął i Hollywood, a my mamy w tej chwili w produkcji więcej filmów niż kiedykolwiek przedtem. Ja często miewam różne szalone pomysły, a on ich nie kwestionuje i bezwarunkowo mnie wspiera. Chciałam, żebyśmy film „Flypaper” („Lep na muchy”) kręcili po bardzo krótkim okresie preprodukcji w Baton Rouge, z powodu ulg podatkowych w Luizjanie. Wszyscy mówili, że będzie za gorąco, że nie znajdziemy odpowiednich lokalizacji. Przekonałam ich, że wszystko da się zrobić. W świetnej atmosferze powstał bardzo udany film.

– Nie muszę Cię nawet pytać, czy jesteś szczęśliwa w małżeństwie, bo to widać i słychać.
Natalia Safran:
To prawda, jest nam ze sobą dobrze. Ale też szukałam długo, zanim go znalazłam, i nie wchodziłam nigdy w nie w pełni satysfakcjonujące związki. Na przykład nigdy nie chodziłam z aktorami, bo nie dla mnie mężczyzna, który przed lustrem spędza więcej czasu niż ja. Mężczyzna musi być męski, silny, szalenie inteligentny i rozumieć mnie w lot.

– Widzę, że pomagasz mężowi w robocie, po znajomości dał Ci zagrać w paru filmach?
Natalia Safran:
Nie, wręcz na odwrót. Domaga się, żebym występowała w jego filmach, a ja nie zawsze mam czas, bo na pierwszym miejscu jest dla mnie zawsze muzyka. Uczestniczyłam w produkcji „Flypaper”, ale nie miałam czasu w nim zagrać, bo właśnie nagrywałam płytę. Mąż namawiał mnie i przekonywał, a kiedy zadzwonił do mnie też reżyser i nasz główny aktor Patrick Dempsey, uległam wreszcie.

– W „Nawiedzonej narzeczonej” zagrałaś z Evą Longorią. I z Jennifer Lopez. To były duże role?
Natalia Safran:
Małe rólki. Z Jennifer w „Powiedz »tak«” („The Wedding Planner”), gdzie grała organizatorkę wesel. Poznałyśmy się na pokazie mody, na którym była gościem specjalnym, i szybko zakolegowałyśmy się. Kiedy zaproponowała, żebym przyszła na plan jej nowego filmu w LA, chętnie się zgodziłam. Rólka z Jen była mała, nie bardzo jest co oglądać, ale dzięki niej dostałam się do Związku Aktorów. Zawsze interesowało mnie aktorstwo, skończyłam nawet prestiżową szkołę Lee Strasberga w LA. Ale w Hollywood można pójść na milion castingów i nie dostać ani jednej roli. Niedużo zależy od człowieka i jego umiejętności. Mówiąc szczerze, nie chciało mi się stać na castingu wśród 400 osób, by powiedzieć dwie linijki. Na coś takiego nie mam czasu.


– Twój mąż jest częścią filmowego biznesu, a niektóre aktorki są w stanie zrobić wszystko, by dostać rolę. Bierzesz to pod uwagę?
Natalia Safran:
Nie pilnuję go, bo nie muszę. Mój mąż jest częścią Hollywood, ale nie jest typem hollywoodzkim, a to różnica. Amerykanin urodzony w Nowym Jorku, wychowany w Londynie, gdzie mieszka jego rodzina, prawnik po Princeton. Ma mentalność amerykańsko-europejską, co bardzo ważne, bo rozumie mnie w lot. Jest silny, ale jego główną cechą, wprost zniewalającą, której nigdy przedtem świadomie w mężczyźnie nie szukałam – jest poczucie humoru i cięty, błyskotliwy dowcip. W niedzielne poranki czytamy w łóżku gazety i wybuchamy co chwila śmiechem. Życie jest o tyle prostsze i milsze, kiedy można się śmiać z tych samych rzeczy. Ale kiedy bywają chwile, gdy zbytnio poważnieje, przypominam mu, że film to nie operacja mózgu i nie można się tym wszystkim za mocno przejmować. Ostatni produkcyjny sukces Petera to film „Pogrzebany” („Buried”) z Ryanem Reynoldsem. Nakręciliśmy go w Barcelonie – odniósł sukces kasowy i zdobył świetne recenzje.

– Twoja pięcioletnia córeczka podróżuje z Tobą?
Natalia Safran:
Tak, zawsze podróżujemy razem. Byłam bez niej do tej pory tylko sześć nocy. Peter musiał zostać w Los Angeles i narzeka,
kiedy wyjeżdżamy, ale wie, że jestem w Polsce, by wydać nową płytę. Tak jak wszystkie moje muzyczne przedsięwzięcia, przygotowałam ją z bratem Mikołajem. Na płycie będą piosenki po angielsku, ale też po polsku. Po raz pierwszy pisałam i śpiewałam po polsku, co z początku okazało się niemałym wyzwaniem – sylab więcej i język się łamie. Ale kiedy się wczułam, śpiewało mi się wspaniale.

– Skąd wiedziałaś, że masz dobry głos?
Natalia Safran:
W dzieciństwie śpiewałam w szkolnych chórach, na szkolnych apelach, a potem uczyłam się śpiewu operowego. A to, że powinnam śpiewać pop, powiedział mi Mikołaj. Trzy lata temu z ojcem i bratem napisaliśmy książkę na dobranoc dla mojej Lou Lou „Kołysanki i lulanki”, do której ja z Mikołajem nagraliśmy płytę. Moje piosenki są dosyć intymne i emocjonalne. To nie są wielkie „porywy głosu”, idę za nastrojem, taki był zawsze mój styl i do tego nagina się Mikołaj, bo sam ze swoim zespołem gra hard rocka.

– Taki brat to skarb.
Natalia Safran:
Taki brat to skarb i przekleństwo. Wciąż mnie goni do roboty. Ale też bez niego nie byłoby naszej muzyki. Kiedy nasze piosenki dotarły do Hollywood, szybko zaczęły trafiać na ścieżki dźwiękowe filmów. Pierwszym była romantyczna komedia „Za jakie grzechy” z Renée Zellweger, potem inne. W tej chwili są w postprodukcji trzy nowe filmy z naszymi utworami na soundtracku.

– Peter ożenił się z modelką, a ma piosenkarkę.
Natalia Safran:
Bardzo lubi moje śpiewanie, uważa, że mam najładniejszy głos na świecie i w ogóle wszystko inne  też najładniejsze, więc trudno o obiektywną ocenę (śmiech).

– Wiesz, co się w branży dzieje, włączasz się, jesteś aktywna. Kapitalna sprawa.
Natalia Safran:
Tak, lubię czuć, że mam rękę na pulsie. W Hollywood ludzi sukcesu traktuje się z pełną powagą i szacunkiem. Telefon nigdy nie pozostaje bez odpowiedzi.

– Mieszkasz w pięknym domu w Beverly Hills.
Natalia Safran:
Gdy pierwszy raz weszłam do środka, na kominku stało zdjęcie Vivien Leigh przedstawiające moment, jak w oscarową noc na tym właśnie kominku stawia statuetkę Oscara za „Przeminęło z wiatrem”. Ten dom to stara architektura hiszpańska z 1918 roku, co w LA oznacza niemal antyk.


– Związek Vivien Leigh i Laurence’a Oliviera nie przetrwał.
Natalia Safran:
Przez wiele lat mieli gorący, pikantny romans, gdy jedno i drugie było w innych związkach. Czytałam ich listy, pamiętniki. Mieszkali w tym domu w czasach kwitnącej miłości. Mieli sypialnię tam, gdzie my mamy bibliotekę i kino. Potem dom został rozbudowany i teraz sypialnia jest na tyłach, przy uliczce, którą jeżdżą do siebie Beckhamowie.

– Victoria Beckham jest miłą sąsiadką? Przyniosła powitalne ciasteczka?
Natalia Safran:
Nie, to starzy mieszkańcy wysyłają ciasteczka, bo na naszej ulicy wszyscy się znają. Oboje są mili, choć Victoria co prawda nie wiedziała, że za ciasteczka trzeba podziękować, wysyłając liścik czy dzwoniąc. On jest szczególnie sympatyczny, a jako sąsiedzi są bardzo cisi, co dla nas było wielką ulgą. Na początku ściągnęli za sobą chmarę paparazzich, więc wydawało się, że będzie z nimi piekło. A tymczasem jest wręcz odwrotnie – to my bywamy głośniejsi. Mieszkamy w najstarszej części Beverly Hills z dużymi domami gwiazd, tuż obok Bruce’a Springsteena, Sidneya Poitiera, Jackie Chana. Mnie jednak bardziej interesują ludzie, którzy tu niegdyś mieszkali, jak Ingrid Bergman czy Buster Keaton, w którego domu pod dobudówką odkryto niedawno zakopane w piwnicy pudła ze starymi, bezcennymi filmami.

– A Wy się niczego nie dokopaliście podczas rozbudowy?
Natalia Safran:
Nie, ale liczymy, że wszystko przed nami. Krążą pogłoski o podziemnych korytarzach z czasów romansu Oliviera z sąsiadem.

– Sama urządziłaś dom od początku do końca?
Natalia Safran:
Tak, wszystko w domu lubię robić sama, bo styl to człowiek i jego osobowość. Gdy posadzkarz niechlujnie położył spoiny w płytach marmuru, usiadłam na podłodze i zaczęłam je sama poprawiać, a byłam wtedy w ciąży. Na ten widok mama powiedziała: „Uważaj, bo wcześniej urodzisz!”. Jeszcze tej nocy na świat przyszła Lou Lou, dwa tygodnie wcześniej. Zresztą remonty, architektura wnętrz to moja druga pasja. Kupiłam kilka rozpadających się domów, które ekipa przerobiła według mojego pomysłu i które urządzałam sama pod klucz na zasadzie „coś nowego, coś starego”. Szły do sprzedaży z wielkim sukcesem, bo tak chyba jest, kiedy się w coś włoży serce.

– Czujesz ducha Vivien Leigh w swoim domu?
Natalia Safran:
Ten dom coś w sobie ma, przede wszystkim świetnie się w nim mieszka i dobrze pracuje. Schodzą się w nim ludzie o różnych talentach. Wiadomo, w domu ludzie się relaksują, rozwiązują im się języki, łatwiej kogoś poznać, łatwiej omówić interes.

– Otwarty bardzo.
Natalia Safran:
I międzynarodowy. To tutaj dosyć rzadkie. Ten dom przyciąga filmowców, muzyków i nie tylko. W 2001 roku, po 11 września, zorganizowałam ze znajomą aukcję biżuterii na rzecz dzieci strażaków i policjantów poległych w WTC i tak zrodziła się tradycja. Co roku zbieramy fundusze dla innej organizacji dobroczynnej. Wspiera nas wiele gwiazd, takich jak Barbra Streisand, Natalie Cole, Halle Berry, Beyoncé, wspierała nas od początku Elizabeth Taylor, a ostatnio mój brat pomagał mi w aukcji i tak umiejętnie zakładał naszyjniki Barbrze, że o mało co kupiłaby taki, który już miała w swojej kolekcji. Były tu koncerty w salonie z kominkiem – na którym Vivien trzymała Oscary – bo ma świetną akustykę. Mój brat mówi, że ten dom to salon towarzyski, jak kiedyś w Polsce.

– Prowadzenie domu otwartego to kosztowna przyjemność, królewska rozrywka, jak obiady czwartkowe.
Natalia Safran:
To prawda, ale z przyjemnością sobie z tym problemem radzę, choć jestem tylko królową swojego domu.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska
Zdjęcia Robert Wolański
Stylizacja Jolanta Czaja
Makijaż i fryzury claudiahumburg.com for Make-Over C&S
Produkcja Sara Marcysiak

Wspólna płyta Natalii Safran i Mikołaja „Mikiego” Jaroszyka pod tytułem „W samo południe” wkrótce na rynku.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)