Natalia Kukulska

„Teraz płaczę ze szczęścia” wyznała „Vivie!” Natalia na swoim przyjęciu urodzinowym.
/ 07.04.2006 14:38
Krystyna Pytlakowska: Wysłałaś znajomym sms-y, żeby przyszli Cię pocieszyć, bo kończysz 30 lat. Jakie były odpowiedzi?
Natalia Kukulska: Zabawne, pocieszające. „Nie martw się, po trzydziestce ustępują ci miejsca w tramwaju, przeprowadzają przez jezdnię”. „Życie kobiety zaczyna się po trzydziestce”. „Staruszko moja miła, nic nie może przecież wiecznie trwać...” „Współczuję, choć zapewniam, że im dalej, tym lepiej”, „Wpadnę na żałobną lufę” i tak dalej.

– Trzydziestka tak bardzo Cię martwi?
Nie, wręcz przeciwnie – to pretekst do świętowania. Jestem szczęściarą, bo udało mi się zbudować taki świat wokół siebie, o jakim marzyłam. Mam wspaniałego męża i dwójkę cudownych dzieci, i muzykę, która przenosi mnie w inny wymiar, a zarazem pozwala na dostatnie życie. Wyrobiłam się, zdążyłam, nie rozdrobniłam. Nie przywiązuję specjalnej wagi do dat, ale teraz to dobra okazja, by spojrzeć na swoje życie, zobaczyć, co można zmienić, a co się już ma.

– Zaczynasz nowy etap w życiu?
Tak to czuję. Nawet Jaga Hupało, która jest wnikliwą obserwatorką, czesząc mnie na urodzinową imprezę, powiedziała: „Widzę po tobie, że wjechałaś na właściwe tory”. Pewne ambicje już mi minęły, co nie znaczy, że teraz mam zamiar tylko odcinać kupony. Mam większy spokój w sobie. Wcześniej ciągle była jakaś niepewność... Zwłaszcza ostatnio, gdy walczyliśmy o życie mojego taty. Te urodziny mogły się w ogóle nie odbyć...

– A teraz możesz świętować podwójnie.
Tak, świętuję, bo mojemu tacie darowano życie jeszcze raz. A ja przez to, co przeżyłam, jestem silniejsza, mądrzejsza.

– Gdy się myśli o tym, że można stracić tak bliskiego człowieka, nabieramy woli walki?
Tak, nic innego się nie liczyło. Byłam w stanie zrobić wszystko, by mu pomóc, ale pewne rzeczy nie zależały już ode mnie. Przeżyłam koszmar. Jesteśmy tak bardzo ze sobą związani. Pożegnanie przed operacją było czymś strasznym. Ale robił ją profesor Andrzej Bochenek w katowickiej Klinice Kardiochirurgii. A to wielkiej renomy kardiochirurg. Uratował wielu ludzi. Gdyby się nie podjął wstawienia bypassów mojemu tacie, to brzmiałoby jak wyrok śmierci. Bo tata w ogóle był w złym stanie, ma chore nerki, od roku jest dializowany. Więc to wszystko nie wydawało się proste. Ale profesor podjął się, a jego klinika jest na światowym poziomie. Stworzył zespół świetnych lekarzy, którzy są także bardzo serdeczni. Na dwa tygodnie przed przyjęciem mojego ojca pojawił się tam najnowocześniejszy tomograf komputerowy – drugi taki jest tylko w Japonii. Czułam więc jakąś pomocną dłoń z góry. Najtrudniej jednak było nie dać poznać po sobie, że tak się boję. Udawałam świetny humor, na dzień przed operacją opowiadaliśmy sobie anegdoty. Ale przed zabraniem go na salę już nie miałam siły udawać, płakałam.

– Teraz też masz łzy w oczach.
Teraz to płaczę ze szczęścia. Najbardziej tata mnie rozzłościł, kiedy jeszcze przed wyjazdem do Katowic chciał porozmawiać ze mną o testamencie. Ochrzaniłam go, mimo że ma chore serce. Powiedziałam, że na złość jemu pierwsze, o co go zapytam po operacji, to gdzie trzyma pieniądze.

– Boimy się rozmawiać o ostateczności, żeby nie zapeszyć? A może trzeba właśnie o tym rozmawiać?
Może trzeba, lecz nie w ostatniej chwili. Mówię: „Tato, miałeś tysiąc okazji, żeby mnie wziąć na spacer do lasu i powiedzieć, pod którym drzewem zakopałeś majątek. A tak znalazłeś najtrudniejszy moment do takiej rozmowy”. Ale najgorsze było to, że odkąd padło hasło „operacja”, zobaczyłam w jego oczach rezygnację. Ten smutek. Sms-y, które mi przysłał w nocy przed zabiegiem, zachowam na zawsze.

– A kiedy już było wiadomo, że się udało?
Siedzieliśmy w szpitalnym pokoju z Misiem – moim mężem i Moniką – wspaniałą kobietą taty. Patrzyliśmy na drzwi ze strachem i nadzieją. No i weszła pani sekretarka, z lekkim uśmiechem mówiąc: „To jeszcze trwa, ale wszystko przebiega dobrze, profesor Bochenek już kończy i prosi, żebyście za godzinę stawili się w jego gabinecie”. Stawiliśmy się, a on zaproponował nam, że pokaże przez kamerę na monitorze przebieg końcówki operacji. Przeraziłam się. Lecz Monika, zawodowa pielęgniarka, krzyknęła: „Chcę, oczywiście!” No i zobaczyłam je: czerwone, bijące. Teraz śmieję się: „Tato, znam cię od środka”.

– Dostałaś najpiękniejszy urodzinowy prezent. Możesz się cieszyć bezchmurnie. I przyjrzeć się sobie?
Cały czas się gdzieś tam oglądam. Wszystkie moje wystąpienia publiczne to nieustanna weryfikacja, formułowanie swoich myśli, poznawanie siebie. Szarpałam się, cały czas się tyle działo. To, co wydarzyło się ostatnio, było dla mnie zatrzymaniem w biegu. A to zatrzymanie z kolei dało mi dużo spokoju, powietrza. Wydoroślałam w sekundę po prostu.

– Nie miałaś łatwego życia. Śmierć matki, niedobre relacje z macochą.
Związek taty z mamą mojego brata Piotrusia był chyba jednym z najtrudniejszych etapów w moim życiu. Nigdy jednak nie dałam się sprowokować i teraz też nie opowiem szczegółów. W każdym razie zaraz po maturze postanowiłam się wyprowadzić z domu, by móc żyć normalnie. Tata bardzo to przeżył. On w ogóle jest bardzo dobry, ugodowy. Nawet lekarze powiedzieli, że ma wielkie serce, dosłownie.

– No tak, wszyscy się muszą w nim zmieścić: Ty, Piotr, Michał, Monika.
I wnuczęta. Tata tak bardzo kocha Anię i Jasia.

– Gdy myślisz o swoim życiu...
Najbardziej się cieszę, że nie zgłupiałam, nie roztrwoniłam wszystkiego, co miałam, nie wpadłam w narkotyki, alkohol.

– Żądzę uciech, kupowanie coraz to nowych samochodów, przechodzenie z łóżka do łóżka?
Dokładnie. Życie na pokaz, szastanie pieniędzmi bez sensu. Nigdy nie oszczędzałam – pieniądze są po to, by je wydawać. Ale mam moralne opory, gdy mam wydać jednorazowo tyle, ile ludzie zarabiają przez cały miesiąc. Zmierzam jednak do tego, że tak naprawdę 10 lat temu – w okresie mojego największego sukcesu – nie zmieniłam się, nie dostałam zawrotu głowy. Poznałam Michała, w którym zobaczyłam kogoś, z kim pragnę mieć dzieci. Znam ludzi, którzy zostali w tamtym miejscu, nie mają rodzin, ich życie to chaos. I żal mi ich trochę. Bo my poszliśmy dalej. Nie żyjemy dla siebie, choć mamy swój świat. Cudownych przyjaciół, sąsiadów, z którymi się często spotykamy. Nie kręci nas życie salonowe. Ciężko pracujemy i jak już jesteśmy w domu, to marzymy, żeby wieczór spędzić na luzie. Nieraz zbieramy się, żeby gdzieś wyjść, ale wystarczy, że popatrzymy sobie w oczy: w domku jest tak cudownie, przy kominku, z lampką wina. I zostajemy.

– Kiedy wychodziłaś za Michała, spekulowano, że długo ze sobą nie wytrzymacie.
Ale my nie mamy trudnych charakterów. W tym jesteśmy do siebie podobni: chcemy tego samego – dobra naszej rodziny. Czasami Michał dzwoni z trasy, że już nie może wytrzymać, że już chce przytulić dzieci, że tęsknota aż boli. A ostatnio często wyjeżdża, bo gra z różnymi wykonawcami.

– Miłość zmienia się podobno po siedmiu latach?
Jesteśmy razem już prawie siedem lat, chociaż trudno mi w to uwierzyć. To inny rodzaj kochania, inny rodzaj partnerstwa, ale w nas ciągłe jest iskra. Cały czas. To niesamowite. Nasza codzienność jest piękna w swojej zwykłości i nie brakuje uniesień.

– Masz talent do właściwych wyborów?
Mam chyba dobrą intuicję. Jestem uparta i mało reformowalna. Bo ja mam wizję – płyt, siebie na scenie, wizję swojego życia. Jak wiem, że mam rację, to trudno mnie do czegoś przekonać.

– Może właśnie trzydziestka daje taki dystans, pewność siebie?
Pewna siebie nie jestem, ale zaakceptowałam siebie wreszcie. Jestem sobą. Chętnie patrzę ludziom w twarz, poznaję ich i siebie też daję poznać. Jestem spontaniczna, reaguję na to, co się dzieje na żywo i uwielbiam wszystko to, co niezaplanowane. Uwielbiam koncertować i to uczucie, że na żywo wszystko może się stać. Znasz historię, gdy jako dziecko przewróciłam się na scenie? I dalej śpiewałam, tylko zaczęłam machać nogami. Wszyscy myśleli, że to taka choreografia. Muzyka daje mi tyle przyjemności i wolność. To przejście do innego wymiaru – opowiadasz coś emocjami, dźwiękami, tysiącami barw. Często po koncercie jeszcze dalej się wydzieramy w garderobie z Anią i Łukaszem – moimi przyjaciółmi, którzy śpiewają w chórku. Jak dzieci.

– Śmiechem rozładowujesz napięcia? Bo nie wierzę, że ich nie masz.
Kocham się śmiać. Cały czas szukamy abstrakcji i nowych bodźców do śmiechu. Teksty kabaretu Mumio weszły w obieg w moim środowisku. Jestem ich fanką. Bez poczucia humoru nie dałabym rady. Jestem aferzystką, histeryczką.

– Tylko się nie oczerniaj.
Naprawdę jestem panikarą. Nawet niedawno, przed imprezą, wyszłam spod prysznica i zaczęłam płakać: „Michał, to się w ogóle nie uda, wszystko jest nie tak”. Po prostu muszę każdą wątpliwość wydrapać paznokciami, inaczej jestem niespokojna.

– Nie jesteś łatwą partnerką.
Ale tylko w dobrej wierze. Moim celem nie jest wprowadzanie fermentu, tylko dochodzenie do porozumienia. A innej drogi tu nie ma, jak tylko wnikliwa rozmowa i sformułowanie swoich przemyśleń wprost, aż do bólu.

– Ważne, żeby partner słuchał.
Michał słucha.

– A kto nie słucha? Babcia?
Babcia rządzi. Jest w znakomitej kondycji. Chciałabym taką mieć, będąc w jej wieku.

– Natalia, masz o coś do siebie żal, podsumowując te 30 lat?
Pierwsza pomidorowa niezbyt mi wyszła. A poważnie, składam się ze swoich błędów i pomyłek. One mnie uformowały.

– Dużo ich było?
Kilka zawodowych na pewno. Ale mogę z czystym sumieniem spojrzeć na siebie w lustrze, bo wszystko, co robiłam, było szczere. Odmówiłam na przykład wydania w Niemczech płyty, bo wymagano ode mnie zmiany repertuaru o 180 stopni. Odmówiłam udziału w konkursie Eurowizji, bo zaproponowano mi okropną piosenkę, której nawet bym w domu dziecku nie zaśpiewała. Nie zaśpiewałam piosenki do znanego filmu, bo w tym czasie nagrywałam swoją solową płytę. Potrafiłam odmawiać i wybierać, bo zawsze dbałam o poziom i nie chciałam chałturzyć.

– Myślisz, że te odmowy mogły mieć wpływ na Twoją pozycje zawodową?
Zastanawiam się właśnie. Ktoś ostatnio powiedział: „Natalia, nigdzie ciebie nie ma”.

– A gdzie masz być?
No właśnie, gdzie? Odmawiam ostatnio wywiadów i sesji zdjęciowych, bo czekam na płytę. To ona ma być pretekstem do rozmowy. Ja bym chciała być tam, gdzie rzeczywiście mnie nie ma, czyli w radiu. Nie mogę zrozumieć, czemu główne stacje radiowe mnie ignorują. Miałam moment zwątpienia w siebie: może jestem kiepska? Wyjechałam wtedy do Stanów.

– Ze strachu?
Po inspiracje. Przestraszyłam się, że za bardzo zaczęłam zastanawiać się nad oczekiwaniami innych. Postanowiłam więc się zregenerować, nabrać świeżości. No i potem zaczęłam inaczej śpiewać. Przeszłam kryzys. Teraz jestem zahartowana, bardzo otwarta, cieszy mnie to, co robię. Mam swoją publiczność i satysfakcję.

– A w życiu prywatnym? Wszystkie dzieci w domu?
Tak. Chociaż trudno mi wyobrazić sobie, że już nigdy nie będę mieć dzidziusia, który ma takie małe stópki. A zaraz z tych stópek zrobi się cała stopa.

– Mając 30 lat zamykasz okres wahań, trudności, z dorobkiem pięciu płyt solowych, mężem i dwójką dzieci...
Z 82-letnią kochaną babcią, tatą, który może już pokonał swoje zdrowotne problemy, z teściami, w których mam wsparcie. Teraz czuję, że mam wszystko poukładane, a przede mną jest biała karta, którą zapiszę, jak chcę.

– Fantastyczne uczucie?
Fantastyczne. Tylko najtrudniej jest zacząć. Kiedy już położę spać Anię i Jasia, jestem wykończona. Zwłaszcza jak nie ma Michała, a ja jestem sama z Anią na jednym boku, z Jasiem przy drugim, marudzącym: „Mamo, zrób kakao, zrób naleśniczki”. Od rana zasuwam, robię zakupy, gotuję.

– Nie żyjesz więc jak gwiazda?
Ja bym chciała chociaż tydzień tak pożyć, ale nawet nie umiem. Teraz wyjeżdżamy z Michałem i dzieci będziemy trochę „sprzedawać” dziadkom.

– Czujesz w swoim życiu ciągłość?
Czuję. I jakoś ogarniam to życie. Daję sobie radę. Potrzebuję tylko więcej chwil dla siebie, bo mało robię dla siebie. Trochę żałuję, że odmówiłam udziału w „Tańcu z gwiazdami”. Korciło mnie, bo lubię uczyć się czegoś nowego, wyzwania. A taniec wyzwala endorfinę (hormon szczęścia – red.). Ale wtedy była operacja taty. Oni już zaczynali próby, a ja walczyłam z tatą o życie. No i pomyślałam wtedy też sobie, że popularność wynikająca z takiego programu nie jest mi do niczego potrzebna. Chcę się skupić na nowej płycie, a dzieci i tak dają mi nieźle popalić. Gdy kładę je spać i padam już na twarz, czuję satysfakcję, że dałam im coś z siebie. Gdy wykąpane, nakarmione śpią, robię sobie herbatę i przez 15 minut siedzę bez ruchu. I mam wtedy niesamowite uczucie szczęścia.

– Że wykonałaś plan?
Na pierwszych 30 lat życia – tak.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva!


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (8)
/22.07.2012 15:06
droga Natalio wszystkie te smieszne opinie jak sa zamieszczane nt twój temat sa niczym w tym co ty przechodzisz nie martw sie tymi bzdetami zycze dalszej walki i wytrwałosci w zyciu dziekuje za wszystko co nam ofiarowałas w muzyce miałas dobrych rodziców osobiscie jako polka jestem dumna z tego i wielki ukłon w twoja strone ula
/16.03.2009 01:01
To jakas pomylka ona juz ma 34 lata.
/07.10.2006 15:14
Jestem pełna podziwu dla ciebie. Teraz kobiety pięknej o urodzie mamy i wtedy gdy śpiewałaś nam wszystkim swojego "Puszka okruszka". Twoja muzykalność napewno upiększa życie innym.
POKAŻ KOMENTARZE (5)