Monica Bellucci

Uważa, że ciąża to najwspanialszy okres w jej życiu, źle znosi rozstania z rodziną, wciąż myśli o córeczce.
/ 16.03.2006 16:57
Anna Tomiak: Czy przywiozłaś do Los Angeles swoją dziewięciomiesięczną córeczkę Devę?
Monica Bellucci: Niestety, nie. Podróż z Paryża do Los Angeles trwa 11 godzin. Za długo. To nasze pierwsze rozstanie. Smutno mi. Stale myślę o tym, co się dzieje w domu. Z hotelu od razu zadzwoniłam. Deva płakała. Ja też. Macierzyństwo zupełnie mnie zmieniło. Przewartościowało moje życie.

– Ale nie wpłynęło na karierę. Po rocznej przerwie zagrałaś w najnowszym filmie Terry’ego Gillama „Nieustraszeni bracia Grimm”, nakręconym w Pradze. Podobno zabierałaś Devę na plan.
Wtedy jeszcze karmiłam ją piersią. Przestałam dopiero miesiąc temu. Nie sprawiała żadnego kłopotu, spała w wózeczku. Kiedy się budziła, robiłam przerwę na karmienie. Matka aktorka jest jednak w lepszej sytuacji niż na przykład matka prawniczka, która całe dnie musi spędzać w sądzie albo za biurkiem.

– Kiedyś chciałaś zostać adwokatem. Nawet zaczęłaś studiować prawo na uniwersytecie w Perugi.
Studiowałam tylko przez dwa lata. Musiałam sama zarabiać na czesne. To było trudne. Kiedy pochodzisz z małego miasteczka (Citta di Castello – przyp. red.) i nie masz grosza przy duszy, ale masz za to dobrą figurę i 179 centymetrów wzrostu, znacznie łatwiej zostać modelką niż prawnikiem. Parę razy pokazałam się na wybiegach, podpisałam kontrakt z agencją Elite i wyjechałam do Mediolanu. Potem zaczęłam występować w filmach. Zrozumiałam, że zawody aktora i prawnika są do siebie bardzo podobne. W obu się gra, tyle że w pierwszym na scenie, a w drugim przed sądem.

– Monica Bellucci, okrzyknięta najpiękniejszą kobietą na świecie, w filmie „Nieustraszeni bracia Grimm” wciela się w postać odrażającej 150-letniej Królowej Zła. Pozwoliłaś się strasznie oszpecić. Dlaczego przyjęłaś tę rolę?
Rzeczywiście, charakteryzacja była męcząca, szczególnie ścieranie makijażu, ale nie bardziej niż wtedy, kiedy grałam nieskazitelnie piękną Malenę. Chcę spróbować wszystkiego. Dramatu, komedii, filmu akcji. Grałam bardzo różne role: waleczną panią doktor we „Łzach słońca”, mściwą Persefonę w „Matriksie”, świętą Marię Magdalenę w „Pasji”. Każda była wyzwaniem. Spodobała mi się postać zamkniętej w wieży czarownicy z bajki, która choć może żyć wiecznie, nie może liczyć na wieczną urodę. Pije krew dziewic, bo tylko ona przywraca jej młodość. To satyra na kobiecą próżność, na moją też.


– A mnie się wydaje, że to normalne, że dbamy o siebie i chcemy na zawsze pozostać młode.
Dbać o siebie to nie znaczy bzikować na punkcie urody i walczyć do upadłego z każdą zmarszczką, z każdym kilogramem. Postać czarownicy jest przestrogą. Mówi nam: „Przestańcie marzyć o wiecznej młodości. Nie warto. Nie ma
lekarstwa na przemijanie. Szukajcie w życiu innych wartości. Jeśli je znajdziecie, nie dotknie was czas”.

– Czy próbujesz mi wmówić, że nic nie robisz, by zachować młodą twarz i figurę? Nawet nie chodzisz na siłownię?
Nie chodzę. Jestem na to zbyt leniwa.

– A gdyby wróżka miała spełnić jedno Twoje życzenie, nie poprosiłabyś jej o wieczną młodość?
Chyba nie. Raczej o pokój na świecie i o to, aby żadne dziecko, które na nim żyje, nie chodziło głodne.

– Przecież jesteś aktorką, powinnaś pozostać piękna i młoda.
Jestem piękna od bardzo dawna. Już mi wystarczy.

– Podobno takie wyjątkowe kobiety jak Ty i w życiu są czarownicami. Rzucają uroki na mężczyzn albo odbijają cudzych mężów.
Nie da się wykluczyć, że jestem wiedźmą, ale nie używam magii. Mogę mieć wszystkich facetów bez tego. Ale kocham tylko jednego mężczyznę, tego samego od dziesięciu lat (francuski aktor Vincent Cassell – przyp. red.). Poznaliśmy się na planie filmu „L’Appartement” w 1996 roku, potem jeszcze zagraliśmy razem w kilku filmach (między innymi „Nieodwracalne”, „Braterstwo wilków”, „Tajni agenci” – przyp. red.), a teraz mieszkamy w Paryżu i razem wychowujemy córeczkę.

– Ale Ty mogłabyś poślubić kogoś, o kim marzą miliony fanek na całym świecie.
Oj, nie, tylko nie to. Czy możesz sobie wyobrazić, że masz męża, za którym uganiają się tłumy dziewczyn na wszystkich kontynentach? Koszmar. Wolę być z kimś naprawdę interesującym. Dobrze nam razem, doceniam to, co mam. Myślę, że w życiu samotność jest stanem normalnym, a bycie z kimś to stan wyjątkowy, który zwykle trwa za krótko. Cieszę się każdym dniem, który dzielę z Vincentem.

– Uroda pięknej kobiecie pomaga czy raczej jest dla niej pułapką?
Może być pułapką, jeśli postępuje się niemądrze. Ale jak ktoś jest inteligentny i potrafi ją wykorzystać, pomaga. Rysy twarzy, figura to dla mnie sprawy właściwie obojętne. Jestem szczęśliwa dlatego, że czuję się kochana. Mam świetną rodzinę. Gdybym jej nie miała, oddałabym urodę za miłość.

– Stawiasz rodzinę na pierwszym miejscu. Pod tym względem też jesteś inna niż większość hollywoodzkich gwiazd.
Wychowałam się w tradycyjnej włoskiej rodzinie i choć nie jestem katoliczką, myślę tak samo jak moja matka. Pieniądze i sława się nie liczą, ważny jest dom, mąż, dzieci i przyjaciele.

– Chciałabyś mieć więcej dzieci?
Koniecznie. Ciąża była najpiękniejszym okresem w moim życiu, a narodziny dziecka to cud. Marzę, żeby przeżyć go jeszcze raz.

– Czy rodzina ma wpływ na role, jakie wybierasz?
Kocham ich i oni mnie kochają, ale zawodowe decyzje zawsze podejmuję sama. Nie można słuchać rad mamy, ciotki i kuzynki. Trzeba samemu wiedzieć, czego się chce. To moja kariera. Wybieram filmy i role, które sprawiają mi przyjemność. I pracuję tylko z najlepszymi.

– Uważasz, że Terry Gilliam należy do najlepszych?
Nie mam żadnych wątpliwości. On jest geniuszem. Sporo wymaga od aktora, ale wie, czego chce i potrafi nim pokierować.

– Jednak w Hollywood jest nazywany kapitanem chaosu.
Pewnie go tam nie rozumieją. Terry Gilliam stawia na kreatywność, na humor, fantazję i wyobraźnię. To duży chłopiec, który bawi się filmem i graniem. Improwizuje, stale coś zmienia, szuka nowych środków wyrazu. Aktor, który ma do Terry’ego cierpliwość, dostaje od niego świetną szkołę. Mnie powtarzał na planie: „Świetnie zagrałaś tę scenę. Cudownie. A teraz zrób to wszystko jeszcze raz, tylko odwrotnie”.

– W wywiadach powtarzasz, że jesteś i czujesz się Europejką. Nigdy nie zamieszkasz w Beverly Hills i nie będziesz sąsiadką Matta Damona?
Chyba nie potrafiłabym się zamienić w Amerykankę, nigdy nie będę mówić ani zachowywać się jak one. Tutaj się nie chodzi, tylko jeździ samochodem albo biega. Mój telefon w żadnym mieście nie dzwoni tak często, jak w Los Angeles. Wolę spokojniejsze miejsca. I dobija mnie amerykańska punktualność. W Rzymie umawiam się na pierwszą, ale mogę przyjść pół godziny później. Tutaj pierwsza to pierwsza. Nie ma mowy nawet o minucie spóźnienia. Pokażcie mi Włoszkę, która się do tego przyzwyczai.

– Królowa Zła, którą grasz w „Nieustraszonych braciach Grimm”, mówi, że życie jest zawsze trudniejsze od bajki. Sama też tak uważasz?
Żadna bajka, nawet z domieszką horroru, nie jest bardziej brutalna i okrutniejsza od rzeczywistości. Bajki zawsze czerpały z życia, nigdy nie było odwrotnie.

– Jaką bajkę opowiesz Devie?
O Czerwonym Kapturku. Kiedy byłam mała, uwielbiałam wilka. Miał takie duże uszy i takie wielkie, białe zęby... Ze strachu chowałam się pod kołdrę, ale chciałam słuchać dalej. Dzieci lubią bajki, które działają na ich wyobraźnię i pobudzają emocje. Dorośli też.

– Najlepiej z zakończeniem „żyli długo i szczęśliwie”. Czy wierzysz, że w życiu też się zdarza happy end?
Czasami jeszcze wierzę.

Rozmawiała Anna Tomiak
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)