Mickey Rourke

Spadł na samo dno. Zaczął pić i brać narkotyki. Mówi o sobie, że żył jak szczur. Teraz próbuje wrócić na ekrany w brawurowym stylu.
Miał wszystko – popularność, pieniądze, powodzenie u kobiet i piękną żonę, modelkę Carrie Otis. U szczytu sławy rzucił jednak kino i został bokserem. Spadł na samo dno. Zaczął pić i brać narkotyki. Mówi o sobie, że żył jak szczur. Teraz Mickey Rourke próbuje wrócić na ekrany w brawurowym stylu. W komiksowym „Sin City” gra brutala o twardych pięściach i miękkim sercu.

Elżbieta Ciapara: Robert Rodriguez mówi, że jest Pan bardzo podobny do Marva, swojego bohatera z „Sin City”...
Mickey Rourke: Tak, słyszałem o tym. Przy najbliższej okazji zapytam go, co miał na myśli.

– A Pan nie dostrzega żadnych podobieństw?
No, nie. Jak się tak zastanowić, to sporo nas łączy. Tak samo jesteśmy samotni, tak samo czujemy się wyobcowani, tak samo ukrywamy przed światem nasze prawdziwe odczucia i emocje. No i mamy podobne fryzury. Rano, po wstaniu z łóżka, moje włosy zawsze stoją dęba – zupełnie jak u Marva.

– Zna Pan źródło tego wyobcowania?
Jako dziecko nie radziłem sobie z pewnymi sprawami. Wstydziłem się własnej bezsilności, zacząłem więc budować mur, zamykałem się w sobie. Stworzyłem pancerz, który miał mnie chronić. Ale zamiast chronić, pogrążał mnie coraz bardziej. To, co brałem za swoją siłę, w rzeczywistości było moją słabością. Wszystko spieprzyłem – swoje życie, swoje małżeństwo, swoją karierę.

– Nie znajdował Pan ratunku w kinie?
Musiałem rzucić kino, bo nienawidziłem innych aktorów, nienawidziłem całego tego biznesu. Kiedy studiowałem aktorstwo u Lee Strasberga w Nowym Jorku, dawałem z siebie wszystko. Chciałem być najlepszy. W Actors Studio stawiano na perfekcję. Dla roli trzeba było poświęcić wszystko. Albo byłeś dobry, albo byłeś do niczego. Nic pośrodku. Odpowiadał mi taki sposób myślenia. Ale potem czekał mnie zimny prysznic. Zobaczyłem, kim naprawdę są dzisiejsze gwiazdy filmowe. Banda amatorów i dyletantów. Strasznie mnie to wkurzało. Zacząłem się wstydzić, że sam jestem aktorem, że zaliczam się do tej samej grupy zawodowej, co oni. Kiedy miałem do wypełnienia jakiś druczek, taki, gdzie trzeba podać te wszystkie głupoty – wiek, nazwisko, zawód, wstydziłem się pisać, że jestem aktorem.

– Buntował się Pan przeciwko Hollywood.
Bo chcieli zrobić ze mnie gwiazdę filmową. Po „9 i 1/2 tygodnia” chcieli zrobić ze mnie symbol seksu. A co to, kurwa, znaczy? Co to jest symbol seksu? Nie chciałem być żadnym pieprzonym symbolem seksu, żadnym pieprzonym gwiazdorem. Teraz, kiedy przybyło mi lat, czuję, że nie miałbym już z tym problemów. Symbol seksu? Czemu nie? (Śmiech).

– Jednym z ostatnich filmów, w których Pan zagrał przed przerwą, była „Ćma barowa” według twórczości Charlesa Bukowskiego. Podobno nie lubi Pan tego filmu.
Nie chciałem w nim grać, bo temat alkoholizmu był dla mnie zbyt bolesny. Wielu członków mojej rodziny nie dożyło czterdziestki. Moi wujkowie, dziadkowie i pradziadkowie, mój ojciec. Wszyscy sporo pili. Miałem więc do tego tematu i do tego filmu uzasadnioną awersję. Nie chciałem brać udziału w jakiejś pieprzonej gloryfikacji picia. Ale Barbet Schroeder, reżyser „Ćmy...”, nie dawał się spławić. Przez dwa miesiące łaził za mną po Londynie. Nie mogłem wyjść na ulicę, żeby się na tego dupka nie natknąć. Wreszcie się zgodziłem. Film mi się podoba, ale nie mam wysokiego mniemania o reżyserze. Nadal uważam, że jest dupkiem.

– A Bukowskiego Pan polubił?
Nawet bardzo, ale on wolał mojego brata Joeya. Chlali razem do białego rana. Ja wtedy stroniłem od alkoholu. A Bukowski proponował mi o siódmej rano piwo! Kiedy próbowałem im przemówić do rozsądku, odpowiadał: „Nie masz jaj, twój brat je ma”. Ale był w porządku.

– Joey często towarzyszył Panu na planie filmowym...
Starałem się trzymać go z dala od kłopotów i alkoholu, ale nie zawsze mi się to udawało. Joey umarł cztery miesiące temu (milknie na dłuższą chwilę).

– Dlaczego zajął się Pan boksem?
Zawsze uwielbiałem boks. Byłem bokserem, zanim zostałem aktorem. Mówiłem sobie, że wystarczy mi jedna dobra walka. Jedna dobra walka postawi mnie na nogi i pozwoli uporać się z problemami. Nie podejrzewałem nawet, że jedna walka przekształci się w trzydzieści, że spędzę na ringu pięć i pół roku. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, boks stał się całym moim życiem. Aktorstwo przestało mi być potrzebne.

– Znawcy tematu mówią, że jest Pan świetnym bokserem, ale przyjmuje Pan zbyt wiele ciosów.
Coś w tym jest (śmiech). Z tego powodu lekarze zabraniają mi więcej walczyć. Problem w tym, że nigdy nie zakładam ochraniacza na głowę. Nie lubię go, bo ogranicza ruchy i pole widzenia. Ale lekarze powiedzieli mi, że to się może dla mnie źle skończyć. Chyba będę musiał ich posłuchać.

– Nadal woli Pan boks od aktorstwa?
Chyba tak. Boks to coś, co naprawdę kocham. Jako nastolatek grałem w futbol i baseball. Czułem się wtedy naprawdę szczęśliwy. Nic nigdy nie dawało mi takiej satysfakcji, jak sportowa rywalizacja. Zawsze najlepiej czułem się wśród sportowców. Aktorstwo też kocham, ale zawsze wolałem sport.

– Kiedy poczuł Pan, że pora wracać do kina?
Kiedyś spojrzałem przypadkiem w lustro – a starałem się tego unikać – i zobaczyłem ludzki wrak. Pomyślałem: „Nic dziwnego, że ludzie mówią o mnie te wszystkie okropieństwa, muszę wziąć się w garść i wrócić do dawnej formy, muszę coś zmienić w swoim życiu”. Wiedziałem, że muszę coś ze sobą zrobić, bo czułem, że otacza mnie ze wszystkich stron ciemność. Czułem, że dalej tak żyć nie mogę.

– Długo Pan wracał?
Miałem nadzieję, że zajmie to góra sześć miesięcy... Próbowałem wrócić już siedem i pół roku temu, ale nikt mnie nie chciał. Naiwnie myślałem, że wystarczy powiedzieć: „Hej, wróciłem, znowu chcę być aktorem”. W odpowiedzi usłyszałem: „Spadaj, jesteś skończony jako aktor”. Nikt nie chciał mnie angażować. Nikt nie miał dla mnie żadnej roli. Dawni znajomi i przyjaciele przestali mnie poznawać.

– Jak Pan to znosił?
Najpierw było mi głupio, potem strasznie się wkurzyłem. Czułem, że nie zasłużyłem sobie na takie odtrącenie i lekceważenie. Żałowałem wielu rzeczy. Że nie miałem wiedzy i inteligencji, by poradzić sobie z różnymi problemami, by naprawić to, co popsułem wiele lat wcześniej. Ale nie miałem. I z tego powodu mój dotychczasowy świat rozpadł się. Straciłem wszystko. Moja żona powiedziała mi – zanim ją także straciłem – że potrzebuję pomocy. Zapytałem, co mam robić. Poleciła mi pewnego terapeutę.

– Poszedł Pan do niego?
Tak, choć nie było mi z początku łatwo. Nikt w mojej rodzinie nie korzystał z pomocy psychoanalityków. Nikt nie brał poważnie tych wszystkich psychoanalitycznych bredni. Wstydziłem się, że chodzę na terapię. Na początku opuszczałem spotkania, nie pojawiałem się na nich przez kilka tygodni. W końcu facet powiedział mi, że przy takim nastawieniu nasza terapia nie ma sensu, że mi nie pomoże. Zacząłem go słuchać. W ciągu dziewięciu lat opuściłem może siedem sesji. Facet bardzo mi pomógł. Zrobił dla mnie naprawdę wiele. Przez kilka lat przyjmował mnie za darmo, bo nie miałem pieniędzy, żeby mu płacić za konsultacje. A gość bierze 400 dolarów za godzinę.

– To sporo pieniędzy!
Tak, ale facet na nie zasługuje. Jest naprawdę świetny. Otworzyłem się przed nim. Mówiłem mu o wszystkim – o aktorstwie, o boksie, o moim popapranym życiu. Po dwóch latach spotkań byłem mu winien około 30 tysięcy dolarów. Gość powiedział mi, że nigdy wcześniej nie przyjmował nikogo za darmo, ale dla mnie zrobił wyjątek, bo doceniał, że naprawdę ciężko nad sobą pracowałem. Przez cztery lata przychodziłem do niego po trzy razy w tygodniu. Teraz już nie muszę mieć sesji tak często. Spotykamy się raz w tygodniu.

– Nie miał Pan pieniędzy? Przecież był Pan jednym z najbardziej kasowych aktorów!
Tak, to prawda. Miałem kiedyś ogromny dom z ogrodem. Miałem samochody, motory, kupę kasy, co noc inną panienkę. Ale z dnia na dzień to wszystko znikło. Znalazłem się w jednopokojowej norze. Miałem jedną marynarkę, trzy pary spodni. Byłem całkowicie spłukany, bez grosza, bez samochodu. Nie miałem pieniędzy nawet na jedzenie. Co sobota dostawałem od jednego z moich przyjaciół 200 dolarów na żarcie. Starczało mi na stołowanie się w McDonald’sie. Musiałem pożegnać się z modnymi restauracjami, pięknymi modelkami, a zacząć odżywiać się hamburgerami. Całymi dniami ćwiczyłem ze sztangami, bo nie miałem nic innego do roboty . Powiedziałem kiedyś mojemu terapeucie: „Żyję jak jakiś szczur. Aktorzy, których kiedyś podziwiałem, strzeliliby sobie w łeb, gdyby musieli egzystować w takich warunkach”. W odpowiedzi usłyszałem: „Tylko ty mogłeś to wszystko przetrzymać. Oni nie mieliby pojęcia, jak się z tym uporać. Nie wyciągnęliby z tego żadnej lekcji”.

– Nie szukał Pan pomocy w wierze?
Nigdy nie straciłem wiary w Boga. Ale Bóg czasami działa w dziwaczny, niezrozumiały dla nas sposób. Nie pomaga ci, kiedy wołasz: hej, potrzebuję teraz pomocy! Ale wreszcie się udało. Moja klatka zaczęła się powoli otwierać. Znowu zaczęto dawać mi role.

– Pogodził się Pan z żoną?
Tak. Rozmawiamy ze sobą prawie codziennie.

– Nie walczy Pan już także z Hollywood.
Znowu odkrywam uroki aktorstwa. Chcę po prostu grać. Przyjmuję wszystko, co mi proponują.

– Rodriguez pracuje już nad drugą częścią „Sin City”. Zgodzi się Pan w niej zagrać?
Chciałbym znowu pracować z Rodriguezem, ale wszystko zależy od jego żony. To ona jest szefem. Obawiam się, że mocno ją wkurzam, więc nie wiem, jak to będzie.

Rozmawiała Elżbieta Ciapara/ Film

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)