Michał Koterski

Opowiada o wyjątkowej dziewczynie Sylwii i o tym, jak przepuścił honorarium za 19 dni zdjęciowych.
Monika Stukonis: Twój ojciec nie udziela wywiadów, chowa się przed światem. Nie chce komentować swojego ostatniego filmu „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Ty przeciwnie, nie masz chyba problemów z mediami?
Michał Koterski: Ojciec był zmęczony wywiadami po „Dniu świra”. Wszyscy pytali go o jedno: „Czy to jest o panu?”. Mało kogo interesowało, jak powstał film, na przykład że scenariusz w większej części był pisany 13-zgłoskowcem. Po 44. wywiadzie ojciec miał dość. Szczególnie, że przez lata był kompletnie niedoceniany. Odczuwał totalne niespełnienie. Teraz mówi się, że wszystkie dzieła taty są genialne, a wiadomo, że dostrzeżono go w pełni dopiero po „Dniu świra”. Wcześniej nikt nie chciał splunąć w jego stronę. Był także zawiedziony, gdy atakowano go po gdyńskim festiwalu. Jako przewodniczący jury wybrał film, który mu się najbardziej podobał, czyli „Warszawę” Gajewskiego. A dziennikarze wypisywali bzdury, że ojciec nie nagrodził „Pornografii”, bo producentem filmu był skompromitowany Rywin. Jeśli ktoś zna drogę ojca, to wie, że on się niczego nie boi i jest wierny swoim ideałom.

– Twoi rodzice rozstali się wiele lat temu...
Tak. Wychowywała mnie mama. Mieszkaliśmy w bloku, w centrum Łodzi, na Manhattanie. Mama zawsze otaczała mnie wielką miłością, dziś myślę, że czasami aż za bardzo. To bywało męczące. Może miała poczucie winy, może chciała mi zrekompensować rozpad rodziny. Dzieciństwo wspominam bardzo dobrze. Jedyne, co mi doskwierało, to że w domu zawsze było mało pieniędzy. Żyliśmy dosyć biednie. Mama była nauczycielką, z mizerną pensją. Dopiero gdy zaczęła pracować w prywatnej firmie, stanęła finansowo na nogi. Założyła z koleżanką firmę dentystyczną, a potem zaczęła robić karierę w urzędzie miejskim.

– Jakim byłeś dzieckiem?
Nieśmiałym, nadwrażliwym, pełnym kompleksów. Nie biłem się, mówiłem cicho, byłem schowany. Tak bałem się życia, że prawie nie wychodziłem z domu. Zasłaniałem w domu okna, bałem się wyjść na podwórko. Rodzice chodzili ze mną do psychologa.

– Dostałeś dużo luzu jako nastolatek?
Dziś myślę, że nawet za dużo. Czuję, że w pewnym momencie zabrakło mi męskiej, twardej ręki. Oboje rodzice mieli do mnie luźne, partnerskie podejście, nie prawili mi kazań, a ja nieustannie nadużywałem ich zaufania. W liceum wpadłem w towarzystwo miejscowych, osiedlowych kolesi, z którymi spędzałem większość czasu. Dzięki przynależności do tej grupy stałem się znacznie pewniejszy siebie. Wydawało mi się, że ci, którzy są silni, mają władzę i pieniądze, rządzą światem, że mogą wszystko i staną za mną murem. Na dobre i złe. A po latach okazało się to jedną wielką iluzją.

– Jak bardzo ojciec był obecny w Twoim życiu?
Nie wyobrażał sobie życia beze mnie. Teraz nie wiem, czy było to dobre, czy złe, ale rodzice (choć się już nie kochali) przez kilka lat mieszkali razem tylko „dla mojego dobra”. Ojciec bardzo się mną interesował, chodził na wywiadówki, sprawdzał lekcje. Zajmował się różnymi dziwnymi rzeczami, ale do dziś nie wiem, co robił całymi dniami. Matka mi mówiła, żebym nie szedł drogą ojca, bo źle skończę (śmiech). Nigdy nie wiedziałem, co miała na myśli. Nawet gdy przeniósł się do Wrocławia, mimo to regularnie przyjeżdżał do mnie, do Łodzi. Wyjeżdżaliśmy we dwóch na wakacje do Dębek. To był fajny okres. Ale też dałem rodzicom nieźle w kość.

– Dostałeś od ojca w tyłek?
Nigdy mnie nie uderzył, chociaż dochodziło do ostrych kłótni z powodu mojego „prowadzenia się”. W liceum zawalałem naukę. Bywało, że miałem na świadectwie same pały. Wtedy dochodziło do konfliktów, nienawidziłem go za to, że każe mi się uczyć! Mimo to moje relacje z ojcem były dość swobodne, bo zawsze traktował mnie jak równego sobie. Mogłem na przykład kląć, gdy się zdenerwowałem w jego obecności. Dzięki tym przełamanym barierom byłem z tatą o wiele bliżej niż moi kumple. Nie myślałem: „O k... znów trzeba odbębnić wakacje z ojcem”. Bo lubiłem z nim gadać, spędzać czas. Przy okazji mogłem przy nim swobodnie palić fajki.

– Miałeś w klasie do przodu czy przechlapane, że byłeś synem reżysera?
W podstawówce nikt się tym nie interesował. W liceum było gorzej, bo wszyscy myśleli, że jeśli jestem synem reżysera, to śpimy na pieniądzach. A było dokładnie odwrotnie, bieda aż piszczała. Mama dbała, żebym był dobrze ubrany i wszystko mi kupowała. Ale to były pozory. Jak wszyscy mieli telewizor kolorowy, to my mieliśmy czarno-biały. Mama wszystkie pieniądze pakowała we mnie, wszystkiego sobie odmawiała. Czułem, że wypruwa żyły, ale tego nie doceniałem. Byłem gnojem, który miał postawę roszczeniową: to mi się należy, tego chcę. A mama nie stawiała mi żadnych granic.

– Mówisz: nadużywałem ich zaufania. Chodzi o narkotyki?
Narkotyki były w moim życiu obecne, ale nie chcę o tym mówić. To sfera prywatności, której chcę chronić. Poza tym uważam, że przez opowiadanie takich historii można bardziej zaszkodzić komuś, niż pomóc. Jestem absolutnie przeciwny braniu. Kiedyś myślałem, że narkotyki są odpowiedzią na moje najróżniejsze pytania, oszukiwałem siebie. Wydawało mi się, że leczą moje kompleksy, a to było wielką iluzją i pułapką. I to tyle. Nie chcę być facetem z programu pani Ewy Drzyzgi. Kompletnie nie jest mi to do niczego potrzebne.

– Słyszałam, że poszliście z ojcem na terapię?
Tak, on na swoją, ja na swoją. Każdy pracował nad swoimi problemami, to nam pomogło wiele rzeczy zrozumieć, także w naszych relacjach. Dopiero podczas terapii udało nam się pozałatwiać mnóstwo spraw z przeszłości. Wtedy nauczyliśmy się też mówić o swoich uczuciach. Terapia uświadomiła ojcu, że powinien podjąć trud rozmowy ze mną, by pewne sytuacje załatwić do końca. Mnie nauczyła tego, że mam prawo wyrażać nawet negatywne emocje w stosunku do bliskich. Rozmawiamy ze sobą cały czas, terapia trwa. Oczywiście to nie jest sielanka, bo dochodziło też do ostrych konfliktów. Ale czasami, żeby zbudować coś trwałego, trzeba najpierw coś zburzyć. Te rozmowy były trudne, bo mówiliśmy o rzeczach, które od lat nas szalenie bolały.

– Jak często masz kontakt z ojcem?
Kilka razy w tygodniu dzwonimy do siebie, chodzimy razem do kina. W niedzielę spotykamy się we czwórkę: ojciec ze swoją kobietą, ja ze swoją dziewczyną Sylwią. Jemy obiad, gadamy, co wydarzyło się u nas przez tydzień.

– Jak doszło do tego, że zagrałeś w „Dniu świra”?
Ojciec namawiał mnie wielokrotnie, żebym zagrał jakieś epizody w jego filmach, ale mnie nie ciągnęło nigdy do aktorstwa. W podstawówce wystawiano bajkę o Kopciuszku. Rolę Księcia dostał oczywiście największy playboy w klasie. Ale przed samym występem ten twardziel uciekł. Niespodziewanie rolę Księcia zaproponowano mnie. Moja atrakcyjność klasowa wzrosła, ale miałem ambiwalentne uczucia. Z jednej strony bardzo się cieszyłem, że zaczęły dostrzegać mnie dziewczynki, z drugiej okropnie się tego wstydziłem. W liceum „wystąpiłem” w „Ajlawju”. Zrobiłem to tylko dlatego, że wiedziałem, iż grając w filmie z Pazurą zwrócę na siebie uwagę. Zawsze tego potrzebowałem. Gdy ojciec przymierzał się do „Dnia świra”, nie miałem już żadnych oporów, szczególnie że chciałem udowodnić wszystkim, że coś potrafię.

– Sylwuś w skate’owych spodniach i pomarańczowej kurtce stał się postacią kultową dla pokolenia dwudziestoparolatków. Nikt tak jeszcze w polskim kinie nie pokazał relacji ojciec–syn. To jest tak tragiczne, że aż śmieszne. Poczułeś się bohaterem genialnego epizodu?
To prawda, po „Dniu świra” bez przerwy ktoś mnie zaczepiał, gratulował, cytował filmowe kwestie. Zresztą do tej pory zdarza się, że ktoś z drugiego samochodu krzyknie na mój widok: „Jak tatuś zrobi dzióbek, to nie ma ch... we wsi”. Ale zainteresowanie widzów nie przełożyło się na zainteresowanie reżyserów czy producentów. Słyszałem głosy, że tak wyrazistego epizodu granego przez amatora nie było jeszcze w polskim filmie. Pisali, że zagrałem genialnie, ale mój telefon milczał. Zapisałem się do agencji aktorskiej, ale oni przez rok nie poinformowali mnie o żadnym castingu.

– W filmie „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, poruszającej opowieści o alkoholizmie, Twój ojciec zaznacza widoczne tropy, które są odnośnikami do jego życia. Ile w tym filmie prawdy, a ile zmyślenia?
Film to film, życie to życie. Ja nie znoszę, gdy ktoś mi tłumaczy filmy, pokazuje wszystkie szczegóły. Każdy ma prawo mieć własne zdanie, każdy ma prawo zastanawiać się, czy Miauczyński to Marek Koterski, a Sylwuś to ja. Niech to pozostanie tajemnicą i niedopowiedzeniem.

– Mieszkasz sam?
Wynajmuję mieszkanie z moją dziewczyną Sylwią i kolegą. Całą trójką przenieśliśmy się rok temu z Łodzi do Warszawy. Ale myślę już o stabilizacji i kupnie mieszkania. Wynajmowanie jest męczące i takie... tymczasowe.

– Nadal masz w życiu postawę roszczeniową? Uważasz, że ojciec powinien kupić Ci mieszkanie, ułatwić start?
Czasem to do mnie wraca, że coś powinienem dostać. Ale patrzę na moich rodziców, którym nikt w życiu nic nie dał, do wszystkiego doszli sami, i wstydzę się swoich myśli. Ja wiele rzeczy zrozumiałem: swoje dzieciństwo, dorastanie, nawet to, że moja mama miała prawo ułożyć sobie życie. To dla mnie bardzo ważne, że mama spotkała wreszcie kogoś, z kim jest szczęśliwa. A mój ojczym okazał się fantastycznym człowiekiem, który stoi przy mnie w najważniejszych chwilach mojego życia.

– Jak długo znasz Sylwię?
Jesteśmy razem już siedem lat, to bardzo długo. Moja dziewczyna jest niezwykle zdolna i pracowita. W trudnych chwilach to ona ciągnęła za mnie wózek, a nie na odwrót. Jest w kadrze menedżerskiej bardzo dobrej amerykańskiej firmy i świetnie sobie daje radę. Ona mnóstwo pracuje, widujemy się późno wieczorem albo w weekendy. To ona namówiła mnie na studiowanie produkcji filmowej. To ona mnie wspiera, jak się nic nie układa. Jak to się mówi: właściwa kobieta cię stworzy, a niewłaściwa złamie.

– To miłość licealna?
Tak, z maturalnej klasy. Długo baliśmy się okazać sobie uczucie. Raniliśmy się, stawialiśmy przed sobą granice, uciekaliśmy przed miłością.

– Jesteś szczęśliwy?
Bywam, ale wciąż czegoś szukam. Teraz mam dobry czas, wiele rzeczy dzieje się w moim życiu, ale rok temu byłem w depresji. Skończyliśmy zdjęcia do „Chrystusów” i ogarnęła mnie jakaś kompletna pustka. Brakowało mi planu, zdjęć, ludzi. Nagle okazało się, że nie mam co robić. Nie mam żadnych propozycji. Moja dziewczyna odnosi sukcesy, ja nic nie zarabiam, jestem na jej utrzymaniu. Z odrętwienia wyrwały mnie różne zajęcia. Trenowałem z polskimi kaskaderami, ćwiczyłem tai boxing. To wszystko mnie ratowało i pozwoliło mi przetrwać. Teraz jest lepiej. Gram jedną z głównych ról w 13-odcinkowym serialu telewizyjnym w reżyserii Anny Jadowskiej. Emisja za rok.

– A Twoja dziewczyna nie buntowała się, że musi Cię utrzymywać?
No pewnie, że się buntowała, ale ona jest niesłychanie mądrą kobietą. Mobilizowała mnie. Sylwia przeszła ze mną różne etapy w życiu: i bardzo piękne, i bardzo ciężkie. Moja ostatnia depresja to było w naszym życiu wspólne przejście kolejnego trudnego etapu.

– „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” to film szalenie intymny i poruszający. Wielu moich znajomych płakało podczas projekcji, bo alkoholizm dotyka wielu z nas. W rodzinach, wśród znajomych. To trauma, o której pamięta się całe życie. Ty też płakałeś?
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten film, nie płakałem, bo strasznie się bałem, jak wypadłem. Zdawałem sobie sprawę, jak wielkie zadanie dostałem od ojca, jak ciężką, metaforyczną rolę do zagrania. Zresztą tata w trakcie kręcenia filmu powiedział mi, że powierza mi jeden z najtrudniejszych tekstów, jaki kiedykolwiek dał aktorowi. Trudno mi było nauczyć się tekstu, bo mam dysgrafię i dysleksję, zjadam końcówki, mówię niewyraźnie. A poza tym w ojca tekstach nie wolno zmienić nawet przecinka. Męczyłem się jak cholera. Najtrudniejsze były sceny rozmów przy stole, które grałem z Markiem Kondratem. Osiem dni, od rana do nocy, w nieklimatyzowanej hali na Chełmskiej i to mozolne mierzenie się z tak głębokim, intymnym tekstem. Ojciec przyniósł mi zmontowany zwiastun i się załamałem. Jak ja mówię, jakie to jest okropne! Pomyślałem też, że nikt nie będzie chciał tego oglądać.

– Dostałeś na planie wsparcie od ojca?
Ojciec był bardzo wymagający, ale też dawał duże wsparcie. Byłem tak zmęczony i napięty w czasie kręcenia, że gdy tylko była przerwa, krzyczałem na ekipę, że ich nienawidzę i że się bardzo cieszę, że nie będę ich widział przez najbliższe godziny. Oni wiedzieli, że psychicznie nie wyrabiam. Stworzyli mi zresztą nieprawdopodobnie dobre warunki pracy. Drugi reżyser sczytywał ze mną kwestie, ojciec potrafił przerwać zdjęcia, gdy nie mogłem czegoś przeskoczyć.

– Twoja rola jest tak sugestywna, bo jesteś sobą? Twój sposób mówienia, gestykulowania, nawet pauzy.
Ja próbowałem nawet podgrywać w tym filmie, a ojciec mnie tonował i mówił: „To ma być cały czas na twoim poziomie”. W tekście kilka razy „potykam się”, udaję, że jestem nieporadny, ale te wszystkie potknięcia ojciec precyzyjnie rozpisał mi w scenariuszu. Tu nie ma nic z improwizacji. I na tym właśnie polega geniusz mojego ojca.

– Dostałeś świetne recenzje, ludzie Ci wierzą, jesteś w tym filmie wzruszający i tragiczny. Teraz już się chyba nie boisz życia?
Cały czas się boję, czy podołam różnym propozycjom, bo nawet nie wiesz, jak ja bardzo źle znoszę porażki. Po recenzji mojej roli w „Przekroju” w ogóle nie chciałem iść na premierę.

– Na co przeznaczyłeś honorarium za 19 dni zdjęciowych we „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”?
Wstyd mówić, ale sporo pieniędzy po prostu przepuściłem, bo zawsze marzyłem, żeby poszaleć bez ograniczeń. Jeździłem do Łodzi, balowałem w klubach, stawiałem znajomym, bo nigdy wcześniej nie było mnie na to stać. Kupiłem trochę ciuchów, ale najważniejsze, że kupiłem prezent mamie: bardzo drogie buty w Deni Cler, takie, jakie sobie wybrała. Mogłem jej chociaż w małej części zrekompensować to, co włożyła we mnie.

– Będziesz grał?
Tak, to jest moje marzenie. Chciałbym wystąpić na deskach offowego teatru. Aktorstwo bardzo mnie kręci, ale też chcę zapisać się do szkoły pisania scenariuszy. Ojciec zawsze mi powtarza, żebym robił to, co lubię. I żebym był szczęśliwy.

Rozmawiała Monika Stukonis/ Viva!
Zdjęcia Szymon Szcześniak
Charakteryzacja Basia Kozakiewicz
Produkcja sesji Ewa Opalińska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (8)
/11 lat temu
Młody , fantastyczny człowiek.Potrafi sam siebie ocenić także krytycznie.Ja 51 letnia kobieta uwielbiam go w zachowaniu, ubieraniu.
/13 lat temu
beata, a jak jego rodzine znasz to bylas kiedys u niego w mieszkaniu w lodzi? widzialas jak zyli? w dostatku mowisz? ta...
/13 lat temu
ten koles to jest naprawde naturalny wykret, spytajcie kogo chcecie - ale ja go znam najlepiej. jestem jego przyjacielem i mysle ze kot(erski) bedzie wielka gwiazda w Polsce. (a ja sie postaram aby i amerykanska polonia go tez poznala!!!
POKAŻ KOMENTARZE (5)