Michael Jackson

Kalifornijski sąd uniewinnił piosenkarza oskarżonego o pedofilię. Jackson jest wolny, ale co zrobi ze swoją wolnością?
Jackson od dawna wyglądał na ciężko chorego. Jednak gdy wychodził z sądu w Santa Maria 13 czerwca, w czarnym garniturze, z przykrytą grubą warstwą białego pudru twarzą, sprawiał wrażenie żywego trupa. Ledwie trzymał się na nogach. Przez moment nawet idący za nim ojciec musiał go podtrzymywać, by nie osunął się na ziemię. Nie miał siły pomachać do wiwatujących fanów, którzy koczowali w okolicach sądu ponad tydzień.

Bez spluwy
Nie był to pierwszy proces Jacksona. Ma ich kilka z powództwa cywilnego. Po raz pierwszy omal nie znalazł się w sądzie w 1993 roku, kiedy o molestowanie oskarżył go dentysta z Los Angeles, ojciec nastoletniego Jordana Chandlera, który przyjaźnił się z piosenkarzem. Ale wtedy wszystko rozeszło się po kościach. Strony doszły do ugody, a Chandlerowie zgodzili się wycofać oskarżenie w zamian za 15 milionów odszkodowania.
Tym razem sytuacja wyglądała naprawdę groźnie. Oskarżenie dysponowało zeznaniami wielu świadków, dowodami winy. Były wśród nich kolekcja kaset z hard porno, kilkanaście tysięcy zdjęć gwiazdora z małymi chłopcami, a nawet zużyta bielizna dzieci. Z uwagi na charakter sprawy wzięto pod uwagę także oświadczenia chłopców, którzy byli zamieszani w sprawę Chandlera. W trakcie procesu ława przysięgłych, złożona z samych białych, wysłuchała 140 świadków i zapoznała się z 600 dowodami rzeczowymi. Problem polegał na tym, że ani razu nie przedstawiono w procesie czegoś, co prawnicy nazywają „dymiącą spluwą”, czyli niepodważalnym dowodem winy.
Domniemane ofiary plątały się w zeznaniach. Ich wiarygodność łatwo można było podać w wątpliwość. Syn byłej sprzątaczki Jacksona, Adrian McManus, dziś 24-letni mężczyzna, który twierdził, że 12 lat temu Jackson dopuścił się wobec niego czynów lubieżnych, mówił przed sądem: „Brał mnie na kolana i łaskotał, schodząc ręką w kierunku krocza. Za każdym razem te łaskotania trwały jednak dłużej i już nie było mi do śmiechu”. Ale jego zeznania straciły moc, kiedy okazało się, że w 1993 roku mówił zupełnie co innego.
Najbardziej jednak zawiódł główny świadek oskarżenia, 15-letni Gavin Arvizo, i jego rodzina
. Przesłuchiwany zaraz po filmie „Living with Michael Jackson” brytyjskiego dziennikarza Martina Bashira twierdził, że nigdy do niczego nie doszło między nim a gwiazdorem. Dopiero później zmienił zeznanie. Obrona ujawniła dodatkowo, że wcześniej próbował wkraść się w łaski innej wielkiej amerykańskiej gwiazdy, Jaya Leno. Tyle że Leno zaniepokoiło niezwykłe oddanie chłopca i urwał znajomość.

Młodszy brat Gavina, jedyny naoczny świadek rzekomego molestowania, przyznał w trakcie przesłuchania, że rodzina wyprocesowała już 152 tysiące dolarów odszkodowania od domu towarowego JC Penny. Podobno w tym sklepie matka Gavina, 35-letnia Janet, była molestowana seksualnie przez strażników. Złapana na mijaniu się z prawdą, rozpłakała się i przyznała do krzywoprzysięstwa.
Ławnicy nie mieli więc wyboru. Amerykańskie prawo karne nakazuje bowiem, by w razie jakichkolwiek wątpliwości uniewinnić oskarżonego.

Spiskowa teoria dziejów
Wyrok zaskoczył Amerykanów. Badania przeprowadzone już po ogłoszeniu werdyktu sądu wykazały, że prawie 70 procent z nich chciałoby innego wyroku. Doskonale wpisał się jednak w paranoiczną wizję świata, którą prezentuje Jackson. Prześladowany przez podłych i niewdzięcznych ludzi, w rzeczywistości jest czysty i niewinny.
Świat od lat sprzysiągł się przeciwko Michaelowi. I tak, zdaniem Jacksona, na porażkę płyty „Invincible” wpłynęła zła wola szefa Sony Music, Tommy’ego Mottoli, który dyskryminował go za kolor skóry. W lipcu 2002 roku Jackson stanął nawet na czele pikiety pod siedzibą Sony w Nowym Jorku. Trzymał w rękach zdjęcia Mottoli z dorysowanymi rogami. Winni byli też terroryści, którzy niemal w przeddzień wejścia jego płyty na rynek uderzyli w WTC i odwrócili uwagę świata od geniuszu gwiazdora.
Najwięcej miał zawsze do zarzucenia ojcu Josephowi, który skradł mu dzieciństwo. W wywiadzie telewizyjnym dla Oprah Winfrey, którego udzielił po zawarciu ugody z Chandlerami w 1993 roku, wyznał, że ojciec bił go, terroryzował i zmuszał do nadludzkiego wysiłku: „Zdarzało się, że kiedy ojciec do mnie przychodził, wymiotowałem ze strachu”.

W świecie na niby
Ale tak naprawdę Michaelowi najbardziej zaszkodził on sam. Wystarczy przypomnieć, że w 1982 roku sprzedał aż 59 milionów egzemplarzy „Thrillera”. Jego majątek szacowano na 200 milionów dolarów. Był uwielbiany przez fanów na całym świecie. Kolejne albumy nie sprzedawały się już tak dobrze: „Bad” kupiło tylko 28 milionów fanów, „HIStory” – 18.
Z Jacksonem zaczęło dziać się coś dziwnego. Przekroczył granicę malowniczej ekstrawagancji i na stałe zamieszkał po drugiej stronie lustra. Zaczął wokół siebie tworzyć Neverland. Baśniowy świat, w którym miał być wiecznym dzieckiem – Piotrusiem Panem. Krainę szczęśliwości, w której nie ma zła, panuje miłość i trwa nieustanna zabawa.
Nie było w tym nic nadzwyczajnego. W końcu podobne Neverlandy buduje wiele ludzi nie tylko z show-biznesu, na przykład Bill Gates. Problem jednak w tym, że Jackson nie tylko zbudował Neverland, lecz także w niego uwierzył. Uwierzył, że może nigdy nie dorosnąć, że worek z pieniędzmi nie ma dna, a on może kształtować siebie i swoją krainę bez żadnej odpowiedzialności. „Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś odwiedził mnie na Florydzie. Cały wieczór przesiedział przed telewizorem w swojej masce i połyskującym mundurze. Wyglądał jak kosmita”, powiedział Robin Gibb z zespołu Bee Gees.

Historia szaleństwa
Coraz częściej zamiast o muzyce Jacksona mówiło się już tylko o jego dziwactwach. O tym, że na pierwszą randkę ze swoją przyszłą żoną Lisą Marie Presley Michael przyszedł przebrany za truskawkę. O tym, co robi z własnym ciałem i na co wydaje pieniądze. Tylko na produkcję „Invincible” Jackson wydał 30 milionów dolarów, na utrzymanie Neverlandu potrzebował 10 milionów rocznie. Sam makijaż i ubrania kosztowały tygodniowo 30 tysięcy dolarów. Ale potrafił też zamówić wart cztery miliony dolarów wysadzany diamentami pancerz na tors z herbem rodzinnym (dwoma lwami i jednorożcem) i zegarek, wysadzany diamentami firmy Vacheron Constantin, za półtora miliona dolarów.
W chwili doprowadzenia na przesłuchanie w Santa Maria przy wzroście 180 centymetrów ważył tylko 54 kilo. Specjaliści od chirurgii plastycznej uważają, że na twarzy Michaela nie ma milimetra, którego nie tknąłby skalpel. Jedyną osobą poza samym Michaelem, która widziała prawdziwą twarz gwiazdy, jest jego osobista makijażystka Karen Faye. Lekarze podejrzewają, że Michael ma zaburzony obraz własnego ciała, co prowadzi do anoreksji, bulimii lub właśnie nieskończonej liczby operacji plastycznych.
Ale twarz Jacksona była tylko odbiciem tego, co działo się w jego głowie. Tego, że Jackson coraz bardziej tracił poczucie rzeczywistości. Coraz częściej o komentarz na temat jego poczynań proszono psychiatrów. Bo jak wytłumaczyć, że w jego sypialni zamieszkało 17 manekinów. „On kocha te lalki. Nie wiem, dlaczego. Może dopiero teraz czuje, że ma towarzystwo”, wykręcał się z zakłopotaniem osobisty projektant wnętrz gwiazdora Charmian Carr.

Wszystkie dzieci są moje
Wkrótce do tych dziwactw doszły równie niepokojące zachowania Jacksona w stosunku do dzieci. Własne uczynił więźniami Neverlandu. Podczas wyjazdów, na które je czasami zabierał, podobnie jak sobie, zakrywał ich twarze chustami lub ręcznikami.
Cudze dzieci obdarowywał prezentami i zapraszał do własnego łóżka. Nie potrafił dostrzec w tym nic złego. „Dlaczego nie mogę spać z kimś w jednym łóżku? Przecież spanie w jednym łóżku to oznaka największej miłości!”, mówił zdziwiony. Pewnie dlatego po sprawie Chandlera nie starał się ukrywać swoich kolejnych spotkań z nastoletnimi chłopcami. Nie dał mu do myślenia nawet fakt, że stracił wszystkie kontrakty reklamowe, a sprzedaż płyt spadła.

Bez wyjścia
W tej sytuacji wyrok skazujący i pójście do więzienia byłyby dla Jacksona szansą na powrót ze świata na niby. Bolesnym zderzeniem z rzeczywistością, które mogło jednak uratować gwiazdora. Patrząc na to w ten sposób, można powiedzieć, że Jackson przegrał. Po wyjściu z sądu wsiadł do swojej limuzyny i wrócił do Neverlandu. Nie tylko na farmę, ale przede wszystkim do świata swojej wyobraźni. Chorej.

Magda Łuków/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (5)
/6 lat temu
Nie wierze w to co czytam...to jakies totalne bzdury.... Mysle ze mało kto wie ze w 1993 roku MICHAEL SAM CHCIAL PROCESU KARNEGO ale nie przyjeto pozwu ze wzgledu na BRAK DOWODOW..!!chcial tego procesu zeby go uniewinniono bo był pewny swojej niewinnosci. Te wzystkie oskarzenia były po to by wyciagnac od niego pieniądze , i go wykorzystac!! Czy ludzie sa naprawde tak głupi ze tego nie widzą???!!!
/9 lat temu
Dla was Michael jest dziwny dlatego, że był inny niż wszyscy ludzie - on był ponad to całe g**** jakie teraz dzieje się na świecie! Jako jeden z nielicznych robił wiele dobrego dla tego świata a nie tylko narzekał jak większość. W tym artykule jest wiele sprzeczności 1. Michael po procesie nigdy nie wrócił do Neverlandu 2. Jego dzieci nie były więźniami - zasłaniając im twarze chustami chciał je chronić przed publiką - podejrzewam, że każdy rodzic na jego miejscu biorąc pod uwagę to przez co przeszedł Michael robiłby tak samo 3. Michael NIGDY nie zapraszał nikogo do własnego łóżka! Dzieci pytały czy mogą zostać z nim na noc, Michael w takich sytuacjach zawsze pytał o zgodę rodziców dziecka. A kiedy dziecko zostawało w jego sypialni na noc nigdy nie spali w jednym łóżku! Wiec zanim znowu go oczernicie to zastanówcie sie co wy byście czuli na jego miejscu. Pewnie większości ludziom od takiej sławy i kasy poprzewracałoby się w głowach. Zanim go znów oczernicie pooglądajcie troszkę wywiadów z nim albo przeczytajcie jego książke "Moonwalk", czy chociażby zajrzyjcie do internetu! Studiuję dziennikarstwo - wiem jak to działa :/ i mam nadzieję, że nigdy nie zrobię krzywdy komuś tak jak jemu zrobiono za życia, a jeśli będę musiała to wybiorę inny zawód. R.I.P Michael [*]
/10 lat temu
Po procesie Jackson nigdy nie powrócił do Neverland. Śmieszy mnie negacja z tytułu "nie,bo nie". I to nie z powodu opinii niezgodnych z moimi(sznuję odmienność poglądów). Martwi mnie raczej (zjawisko często w Polsce spotykane) wypowiadanie przekonujących referatów niepopartych wiedzą. To tak jakby powiedzieć-"nie lubię (np.)Argentyńczyków",a na pytanie "co o nich wiesz?" odpowiedzieć "mieszkają w Argentynie". No!! Ewentualnie można ich nie lubić bo tata i mama nie lubili,choć też nie wiedzieli dlaczego(to też w Polsce często spotykane). KIedy się natomiast pisze artykuły tym bardziej powinno się wiedzieć co się wyraża. Pozdrawiam autorkę (choć z opóźnieniem)
POKAŻ KOMENTARZE (2)