Mel C

Była sławna, ale czuła się nieszczęśliwa. Cierpiała na depresję.
„Bywały chwile, że chciałam umrzeć”, wyznaje była gwiazda Spice Girls. Ale to już przeszłość. Teraz ta piękna, młoda kobieta chce cieszyć się tym, co przynosi jej życie.

Fani nazywają ją Sporty Girl, ale ona nie jest typem sportowca. To raczej pewna siebie, atrakcyjna kobieta. Przymierzając suknie przygotowane specjalnie na sesję dla „Vivy!”, z przyjemnością przegląda się sobie w lustrze. Tymczasem jeszcze kilka lat temu nie znosiła swego ciała. Opowiada, że przełomem był dla niej moment, kiedy sama zaczęła koncertować. Wtedy uwierzyła w siebie. Dziś przekonuje, że nigdy wcześniej nie czuła się tak spokojna, jak teraz.

Iza Bartosz: - Tęsknisz za czasami, kiedy miałaś dwadzieścia kilka lat i wiodłaś szalone życie wokalistki z zespołu Spice Girls?
Mel C: Oj, nie! Wręcz przeciwnie. Kiedy miałam dwadzieścia kilka lat, byłam najzwyczajniej w świecie nieszczęśliwa. Bywały nawet momenty, że chciałam umrzeć.

- Chciałaś umrzeć? Dlaczego?
To były lata 90. Z dziewczynami ze Spice Girls koncertowałyśmy po całym świecie. Czułam się nieustannie zmęczona. Do tego jeszcze dochodziła presja związana z naszym wyglądem, a ja nie radziłam sobie z tym najlepiej. Zaczęłam mieć problem z jedzeniem. To nie była anoreksja, ale przestałam normalnie jeść. Gdy zjadłam kawałek czekolady, miałam tak wielkie wyrzuty sumienia, że potem już nie chciałam niczego tknąć. Doprowadziłam się do tego, że właściwie jadłam tylko owoce i warzywa, i to w minimalnych ilościach. Przy moim ówczesnym trybie życia to było zabójstwo. Szybko wpadłam w depresję.

- Interesowało Cię tylko to, żeby być chudą?
Tak. Wtedy rozumowałam w ten właśnie sposób. Miałam napady płaczu i złego nastroju. Całymi dniami chodziłam przemęczona, ale nie przyszło mi do głowy, że moje złe samopoczucie to wynik diety. Chwile radości miałam tylko wtedy, kiedy przymierzałam ubrania w rozmiarze S i wyglądałam w nich świetnie.

- Kiedy postanowiłaś skończyć z odchudzaniem?
Gdy zrozumiałam, że muszę zacząć śpiewać sama i odejść od Spice Girls. Wtedy właśnie z Wielkiej Brytanii przeprowadziłam się do Los Angeles. Postanowiłam, że będę żyła w zdrowy sposób. Zaczęłam lepiej się odżywiać, regularnie chodziłam na siłownię. A później przeprowadziłam się z powrotem do Londynu i wtedy zaczęły się ze mną prawdziwe problemy. Straciłam motywację do ćwiczeń i zaczęłam tyć. Im więcej ważyłam, tym bardziej czułam się załamana. W końcu doprowadziłam się do tego, że nie byłam w stanie wstać z łóżka. Ciągle tylko płakałam, mówiłam, że moje życie nie ma sensu, że wszystko się skończyło. Któregoś dnia wzięłam się w garść i poszłam do terapeuty. Zaczęłam brać leki na depresję. O mój Boże, kiedy myślę o tamtych chwilach, naprawdę nie jest mi łatwo.

- Nie pomagali Ci też dziennikarze, którzy wyśmiewali Twoją figurę.
To prawda. Dostałam wtedy nawet przydomek Sumo Spice. Wściekałam się na siebie, że tak przytyłam, ale nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Straciłam kontrolę nad własnym życiem.

- Teraz wyglądasz świetnie. Jak sobie poradziłaś z nadwagą?
Po kilku miesiącach przyjmowania leków powiedziałam sobie: „Stop! Nie muszę już łykać tego więcej. Będę umiała żyć bez tego”. Zamiast lekarstw zaczęłam chodzić na akupunkturę, masaże. No i po raz pierwszy zrozumiałam, co to znaczy zdrowo jeść. Zachwyciłam się zdrową żywnością, bez pestycydów, pochodzącą z naturalnych hodowli. Dotarło w końcu do mnie, że to wspaniale, kiedy jest się chudym, ale że o wiele ważniejsze jest to, żeby być zdrowym. Może to brzmi banalnie, ale w tamtym czasie zrozumiałam, że moje rozmiary nie mają znaczenia, że najważniejsze jest to, abym rano miała energię do tego, żeby rozpocząć dzień. Nie ma nic gorszego niż moment, kiedy człowiek się budzi i od razu nic mu się nie chce. Teraz, kiedy patrzę na takie wychudzone dziewczyny, to strasznie mi ich żal. Przypominam sobie wtedy siebie sprzed lat. Czasami mam nawet ochotę krzyknąć do nich: „Dziewczyny, nie warto się tak katować”. Wiem jednak, że one i tak zrobią wszystko po swojemu.

- W tamtym, tak trudnym dla Ciebie czasie miałaś koło siebie kogoś, kto Ci pomagał?
Tak. Była przy mnie mama - moja największa przyjaciółka. Ona jest naprawdę niesamowitą osobą. Wtedy była ze mną każdego dnia, gotowała mi i przytulała, kiedy mówiłam jej, że nie daję już sobie rady.

- Co jej zawdzięczasz?
Dzięki niej kocham muzykę. Ona sama pięknie śpiewa i ma doświadczenie w występowaniu na scenie. Kiedy miała 14 lat, zaczęła śpiewać w kapeli rockowej. Mój dziadek, mężczyzna surowy i apodyktyczny, szukał jej po pubach i za włosy ściągał ze sceny. Na szczęście mama wychowywała mnie i mego brata zupełnie inaczej. Mieliśmy zawsze dużo swobody, ale szanowaliśmy zdanie mamy. Wiem, że nikt nie rozumie mnie tak jak ona.

- To prawda, że już jako mała dziewczynka marzyłaś o tym, że będziesz sławna?
Chciałam być tancerką. Kiedy miałam osiem lat, mama zapisała mnie na lekcje baletu. Marzyłam, że będę primabaleriną. Potem jednak okazało się, że nie mam figury baletnicy. Poszłam więc do liceum o profilu artystycznym i każdego dnia marzyłam o scenie. Pewnego razu pojechałam na wycieczkę do Londynu. Na jednej z ulic zobaczyłam ogłoszenie, że potrzebują dziewczyny do girlsbandu. Zgłosiłam się. Przyjęto mnie i tak właśnie narodziły się Spice Girls.

- Czułaś, że spełnia się Twoje największe marzenie?
Szybko okazało się, że bycie popularnym ma też drugą, gorszą stronę. Kiedy zaczęłyśmy razem śpiewać, każda z nas myślała, że wie o życiu wszystko, tymczasem tak naprawdę byłyśmy wtedy dziećmi. Ciężko znosiłyśmy życie pod presją. To wówczas pierwszy raz przekonałam się, jak bezwzględni potrafią być ludzie. W gazetach wypisywano na mój temat tyle bzdur, że nie nadążałam z czytaniem tego wszystkiego.

- Teraz też denerwujesz się, kiedy czytasz plotki na swój temat?
Teraz nie czuję się tak bardzo popularna, jak kiedyś. Mieszkam w Londynie, w dzielnicy, w której żyje wiele sław. Wszyscy traktują mnie tam normalnie, a paparazzi nie czyhają na mnie za każdym rogiem. Kiedy śpiewałam w Spice Girls, było zupełnie inaczej.

- Masz jeszcze kontakt z koleżankami z zespołu?
Tak. Czasami dzwonimy do siebie. Najbliżej jestem chyba z Victorią (Beckham - przyp. red.). Niedawno spędziłam popołudnie z nią i jej synami. Oni są naprawdę wspaniali. Uwielbiam tych chłopaków.

- Sama nie planujesz dzieci?
No pewnie, że o tym myślę. Bardzo chciałabym je mieć. Nie planuję jednak niczego. Nauczyłam się, że w życiu wszystko przychodzi w odpowiednim momencie.

- Pod koniec zeszłego roku nagrałaś swój trzeci solowy album. Dużo pracujesz w studiu, koncertujesz. Wygląda na to, że niewiele masz czasu dla siebie.
Staram się co jakiś czas zrobić sobie dzień wolny. Wtedy długo śpię, potem ćwiczę jogę. Uwielbiam też robić zakupy i kiedy mam chwilę, to dzwonię do wszystkich swoich przyjaciółek i razem wyruszamy na podbój sklepów. Potem sama przyrządzam jedzenie. Lubię gotować, szczególnie wegetariańskie potrawy. Jestem najszczęśliwsza, gdy uda mi się wyrwać z miasta. Razem z moim chłopakiem jedziemy wtedy do Walii. Tam mamy dom. Nie ma nic przyjemniejszego niż w ciepły, słoneczny dzień zjeść śniadanie w ogrodzie. O takich chwilach marzę, kiedy jestem zmęczona.

- Kim jest Twój chłopak?
Ma na imię Thomas, jest dyrektorem firmy budowlanej.

- Długo jesteście razem?
Od czterech lat i ciągle nie mogę się nadziwić, że mam tak miłego i kochanego chłopaka. Thomas jest moim idealnym uzupełnieniem, jest dla mnie kimś, kto potrafi przywrócić harmonię w moim życiu.

- Planujecie ślub?
Nie. Nie rozmawiamy o tym. Bo tak naprawdę co to zmieni? Nic. A nam jest tak dobrze ze sobą teraz, że taka uroczystość byłaby tylko stratą czasu.

- Masz na ciele 10 tatuaży. Na jednym z nich po tybetańsku napisane jest „miłość i szczęście”. Znalazłaś już w życiu i jedno, i drugie?
Kiedyś byłam bardzo nieszczęśliwa i pogubiona. A potem były moje 30. urodziny. To był dla mnie wielki przełom. Poczułam, że wszystko wokół mnie zaczyna się uspokajać. Sama także stałam się bardziej wyciszona, mniej krytyczna dla samej siebie. W jednej ze swoich piosenek „Pierwszy dzień mojego życia” śpiewam o tym, że oto właśnie zaczynam czuć, że naprawdę żyję. I te słowa płyną z głębi mego serca. Bo teraz już nie chcę tak bardzo zmieniać wszystkiego wokół mnie. Pogodziłam się ze światem i zaczęłam cieszyć się tym, co mi się przydarza. Czuję się tak, jakbym narodziła się na nowo.

Rozmawiała Iza Bartosz/ Viva!
Zdjęcia Robert Wolański
Stylizacja Anna Jurgaś
Asystentka stylistki Pola Madej
Makijaż Gonia Wielocha/ Helena Rubinstein
Fryzury Robert Kupisz
Scenografia Ewa Iwańczuk i Tomek Felczyński
Produkcja sesji Ewa Opalińska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)