Maryla Rodowicz ma wymarzony dom

Wreszcie w wymarzonym domu! Po latach starań słynna piosenkarka zamieszkała w ukochanym podwarszawskim Konstancinie.
/ 31.01.2006 16:01
 
Krystyna Pytlakowska: Przeprowadziła się Pani niedawno do nowego domu w Konstancinie. Urzeczywistnienie marzeń?
Maryla Rodowicz: Na pewno tak. Przez większość życia tułałam się, mieszkając w bardzo różnych warunkach.

– Najpierw wynajmowała Pani mieszkanie?
Tak, zanim osiadłam na Ursynowie, gdzie dostałam pierwsze własne lokum. Byłam wtedy w ciąży z pierwszym dzieckiem, Jaśkiem. Ale mówiąc o tułaczce, mam na myśli głównie dzieciństwo. Moją rodzinę po wojnie zapakowali w bydlęce wagony i przerzucili z Wilna na Ziemie Odzyskane. Zdołali zabrać tylko komodę babci i etażerkę. Oba meble są teraz u mnie. Ja urodziłam się w Zielonej Górze. Rodzice z dziadkami mieszkali tam w poniemieckim domu. Zastawiali na noc drzwi szafami, żeby uniknąć szabrowników, czyli złodziei kradnących zostawiony przez wysiedlonych Niemców dobytek. Po paru latach wylądowaliśmy we Włocławku. Z dzieciństwa pamiętam ciągle jakieś przeprowadzki. Pierwsze mieszkanie, które zapisało się w mojej pamięci, to był pokój ze wspólnym korytarzem, łazienką i kuchnią dzieloną z lokatorami, do których nas dokwaterowano. Potem był pokój z kuchnią w domku bez łazienki. Babcia grzała wodę do mycia. Mycie się było horrorem. I zimne poranki, bo piec wygasał nad ranem. A potem studia, akademik, wynajmowane mieszkania, przez całe lata 70. I 79 rok, ciąża z Jaśkiem. Należałam wprawdzie od siedmiu lat do spółdzielni mieszkaniowej, ale wiadomo, jakie były wtedy terminy oczekiwania. Znajomi poradzili mi: „Idź do prezesa Kukuryki, może popchniesz sprawę. Zaczęłam więc wydzwaniać, żeby umówić się na spotkanie. W końcu, po roku, jego sekretarka zawiadomiła mnie: „Proszę być jutro o siódmej rano”. „O siódmej? Nie ma takiej godziny. Mogę być o dziewiątej”. Połączyła mnie z prezesem i umówiliśmy się o ludzkiej porze.


– No proszę, jaki dobry człowiek.
I Kukuryka mówi do mnie: „To co tam chcecie? (wtedy tak mówili do każdego per »wy«, jak do towarzyszy). To gdzie chcecie mieszkać?” Mama była zachwycona Ursynowem, że tam niby budują takie słoneczne mieszkania. Odpowiedziałam więc, że marzę o jasnym, słonecznym na Ursynowie. No i jeszcze żona mojego technicznego, która pracowała w tej spółdzielni, powiedziała mi, że są takie dwupoziomowe, na ostatnich piętrach. A artystom wtedy należał się nadmetraż. Dostałam więc M-3 z pracownią. I był to dla mnie szczyt luksusu.

– Bieganie po schodach tam i z powrotem?
No tak, ale na górze było 50 metrów. Wymarzyłam sobie, że będę tam miała tylko czerwone firanki z jedwabiu i wielki czerwony skórzany fotel – taki szpan. Ale kiedy pojawiły się dzieci – najpierw Jasiek, potem Kasia – trzeba było tę przestrzeń podzielić ścianką. I meble jakieś wstawić. Nie miałam za dużo pieniędzy. Szafę więc zrobiłam na gwoździach powbijanych w drewnianą belkę. Urządziłam tylko kuchnię i łazienkę, cała reszta była wielką prowizorką.

– Chyba mieszkała tam Pani dość długo?
Ponad 10 lat. Jeszcze Jędrek zdążył się tam urodzić.

– To było szczęśliwe mieszkanie?
Dużo wspomnień. Wszystkie dzieci tam się rodziły. Ale bez przerwy wyłączano wodę, trzeba było nosić ją z beczkowozu albo z komisariatu milicji na sąsiedniej ulicy. Przez cztery lata mieszkałam bez telefonu. Wiało ze szpar okiennych. I ciągle winda się psuła. Odetchnęłam, kiedy mąż wykończył dom na Bemowie i mogliśmy się tam wprowadzić.

– Pani mąż, Andrzej Dużyński, uchodził za majętnego człowieka.
Kiedy go poznałam, prowadził autoryzowany serwis Peugeota. Później zajął się przetwórstwem tworzyw sztucznych, produkcją nakrętek plastikowych. Zawsze, widząc butelkę, biorę do ręki nakrętkę i rozpoznaję, czy to jego.

– Nigdy w życiu bym nie domyśliła się, że zna się Pani na formach wtryskowych.
My wszyscy się znamy. W domu, gdy odkręcamy butelkę, narzekamy: „Oj, ciężko chodzi, Andrzej, czyje to nakrętki?” A on, że jak ciężko, to amerykańskie. Zawsze był bardzo ambitny i miał duży udział w rynku nakrętkowym.



– Jego ambicja dotyczyła też Pani. Wydał Pani płytę „Złota Maryla”.
No, nie tylko. W sumie siedem tytułów, między innymi „Marysię biesiadną”, „Antologię”, „Łatwopalnych” o łącznym nakładzie około 800 tysięcy.

– Bankiet promocyjny „Złotej Maryli” wspomina się w Warszawie do dziś.
I zaniedbał wtedy swoją firmę. Doceniam to, że zainwestował we mnie, nie mając pojęcia, czy się zwróci. Był po prostu dobrym mężem. I to mu zostało.

– Kiedy się poznaliście, Andrzej wprowadził się do Pani?
Kiedy go poznałam, mieszkał w domu rodzinnym. I tam odbywały się głośne w Warszawie bankiety. Był znanym playboyem.

– I to się Pani w nim spodobało?
On mi się w ogóle spodobał. Fizycznie. Oczy, sylwetka. No i to, że był inżynierem, a nie artystą. Miałam dość artystów. Agnieszka Osiecka zawsze mi powtarzała: „Słuchaj, Mańka, musisz poznać inżyniera”. Ona nas wyswatała.

– Z właściwą sobie przenikliwością.
Miała jakieś przeczucie. Ja już wtedy przeprowadziłam się z dziećmi z Krakowa do Warszawy, a Krzysztof coraz rzadziej przyjeżdżał. Mnie zabrakło tolerancji i cierpliwości. Wtedy byłam bardzo bezkompromisowa.

– Tolerancja i cierpliwość przychodzi z czasem?
To trudna nauka, długotrwała. Myślę, że dziś już to umiem. Wtedy – nie bardzo.

– Zastanawia mnie, że właśnie taki mężczyzna playboy, dla którego nie było kobiety nie do zdobycia, wybrał Panią – samotną matkę.
Andrzej to typ sybaryty – długa kąpiel, z cygarem, dyskretna muzyka. A dzieci wtedy – temat kompletnie mu obcy. Skarżył się, że jakieś dziecko znajomych wdeptało mu w dywan ciasteczko. Bardzo to przeżywał. Nie wyobrażał sobie mieszkania z dziećmi. Rodzina go ostrzegała: „Źle skończysz z kobietą z dwójką dzieciaków i jeszcze artystką. Boże! Roztrwoni ci majątek”.

– A wy, na przekór, szybko „zaszliście w ciążę”. To bardzo wiąże?
Myśmy byli bardzo w sobie zakochani. Nadal jesteśmy, tylko trochę innym rodzajem miłości. Związek dwojga ludzi jest bardzo trudnym przedsięwzięciem. Każdy ma swoje przyzwyczajenia, upodobania, widzenie świata. Trzeba się dotrzeć i przestrzegać pewnych reguł. Niedawno czytałam, że w USA mąż zastrzelił żonę, ponieważ po 30 latach położyła mu rano do śniadania gazetę z innej strony filiżanki niż zwykle. No i musiał ją zabić.

– Bezpieczniej więc nie podawać mężowi śniadania?
W każdym razie jeszcze Jędrka nie było na świecie, kiedy Andrzej powiedział, że został członkiem spółdzielni „Oszczędność”, budującej na Bemowie osiedle szeregowców. Pojechaliśmy tam i patykami wymierzaliśmy na trawie granice naszego przyszłego domu.

– Pamiętam ten dom. Wydawał się bardzo duży, bogaty, chromowo-niklowy, w kolorach gołębioszarych.
Teraz nie wiem, dlaczego byłam zafascynowana takimi kolorami. Wszystko musiało być stonowane, szaro-czarne. Strasznie smutne. Tam było jedno piętro i strych. Na dole zburzyliśmy wszystkie ściany, połączyliśmy salon z kuchnią. Mąż codziennie przeklinał, że mi uległ. Nie można było obejrzeć w spokoju telewizji, porozmawiać, bo każdy szczęk garów było słychać.

– Ale Pani lubiła ten dom?
Przemieszkaliśmy tam 15 lat. Dla mnie, po tych wynajmowanych mieszkaniach i po Ursynowie, to był wielki krok naprzód. Aczkolwiek nie był to mój wymarzony dom. Zawsze chciałam mieszkać pod miastem. Marzyłam o Konstancinie. Ale to wydawało się nierealne. Myśmy z Andrzejem poznali się właśnie za sprawą Konstancina.



– Na jakimś party u konstancińskich bogaczy?
Nie, nie. Moja koleżanka, znana plastyczka – Ola Laska ciągle mnie namawiała, żeby poszukać, pooglądać, że może jakaś okazja. Upatrzyłam sobie dom blisko parku. Miał okna do samej ziemi, ogród. Umówiłam się z właścicielką i rzeczoznawcą, że pojedziemy zobaczyć tę willę. Agnieszka Osiecka mówi: „To ja pojadę z tobą”. Byłam umówiona w Hotelu Europejskim z Agnieszką i rzeczoznawcą. Agnieszka siedziała przy stoliku z kobietą Andrzeja, której ja nie znałam. I było tam jeszcze parę osób. Agnieszka mówi: „No to jedziemy”. I w tym momencie Andrzej przyszedł po swoją partnerkę. Wymieniliśmy spojrzenia. I nagle wszyscy chcieli jechać do Konstancina, cała wycieczka. Pojechaliśmy w trzy czy cztery samochody. Ja byłam z malutkim Jaśkiem. Oglądamy ten dom, rzeczoznawca chodzi po strychu. My stoimy na tarasie. Ja z Andrzejem patrzymy sobie głęboko w oczy. Nikogo nie słyszę. Rzeczoznawca coś do mnie mówi. I Jasiek zaczął marudzić, że chce natychmiast wracać. Andrzej więc zaofiarował się, że go odwiezie. A Jasiek, który miał chorobę lokomocyjną, natychmiast zwymiotował mu w samochodzie, jego pięknym, pachnącym, czyściutkim audi, w którym woził szampana i kieliszki. Ale dla niego nie miało to znaczenia, bo już był we mnie zakochany.

– Zakochanie następuje podobno w ciągu 30 pierwszych sekund.
Andrzej był trafiony i ja też. Konstancin na zawsze pozostanie dla nas takim miejscem magicznym, sentymentalnym. Ale potem straciliśmy się z oczu, ja pojechałam na dwa miesiące do Stanów Zjednoczonych. Wróciłam z zapaleniem płuc. Była zima stulecia. I Andrzej dzwoni do mnie, czy pójdę z nim na kolację. A ja, że mam zapalenie płuc i nie mogę wychodzić z domu. Pomyślał więc, że dostał kosza. Ale Agnieszka potwierdziła, że ja naprawdę jestem chora. Spotkaliśmy się dopiero po miesiącu.

– A domu Pani nie kupiła?
Nie leżał w zasięgu moich możliwości finansowych. Z muzykami zaczęliśmy przeliczać, ile lat musiałabym grać w Rosji i Stanach, żeby tyle zarobić. Żartowaliśmy, że wracam już jako staruszka, a dzieci pytają: „Przepraszam, pani do kogo?” Konstancin to była mrzonka.

– Jak więc czuje się Pani teraz, gdy mrzonka stała się rzeczywistością?
Największa przyjemność to jeść tam rano śniadanie i patrzeć na drzewa. Ogromne sosny, po których biegają wiewiórki. Jeszcze nie wierzę, że to mnie dotyczy.

– Ten dom miał być niespodzianką, dowodem miłości?
Mąż wiedział, że ten Konstancin to moje marzenie. I to miała być niespodzianka. Wcześniej, ilekroć mu mówiłam: „Słuchaj, może spróbować, poszukać”, odpowiadał: „A wiesz, ile tam kosztuje metr ziemi?” Ale po cichu szukał, rozglądał się. Wszystko jednak jest dziełem przypadku. Kiedyś wróciłam po koncercie w Szczecinie. Mąż odebrał mnie z lotniska i zawiózł na kolację do znajomych. Tam obok niego posadzono dziewczynę zajmującą się handlem nieruchomościami właśnie w Konstancinie. Od słowa do słowa umówili się, pojechali. I zaczęło się, jedna działka za mała, druga za blisko ulicy, a może chce pan zobaczyć działkę z domem? Andrzej na to, że on chce wybudować dom sam. W końcu jednak się zgodził na oględziny. Zobaczył i zadecydował: „To jest to”. To była rudera z czerwonych cegieł, w trakcie remontu, bez dachu, wokół chaszcze, przewrócona siatka. A jednak coś go natchnęło i powiedział: „Tak, to chcę”. Po tygodniu dopiero mnie tam zawiózł.

– To było jak ponowne oświadczyny?
Można to tak nazwać. Byłam ciekawa, co z tego wyniknie. Znam jego ostrożność. Kiedy mnie tam zawiózł, było już ciemno, padał deszcz. Zobaczyłam tę ruderę. Straszne. I pytam: „Dlaczego właśnie ten dom?” A on, że ma wizję. Protestuję: „Matko, ale w takim stylu? Ja nie chcę!”

– No i udało się. Z czerwonych cegieł pewnie niewiele zostało?
Andrzej umiał sobie wyobrazić, co można z tego domu zrobić. Ja nie umiałam. A cegły musiały zostać, bo są pod opieką konserwatora. To stary 100-letni dom.

– Krążą już o nim legendy.
Że?

– Że rezydencja, służba, wideofony...
Na razie nie ma nawet dzwonka przy furtce. A z rezydencją to jest tak. Kiedy nie było nas w domu na Bemowie, ochroniarz odbierał telefony i mówił: „Rezydencja Maryli Rodowicz i Andrzeja Dużyńskiego”. Jest to więc pojęcie względne. Mąż zaanektował cały strych na swój gabinet i książki. Moje miejsce do pracy z muzykami jest w piwnicy.

– Każdy dom ma swoją atmosferę. Ten także. Jaką?
Radosną. Lubię, kiedy siedzimy razem w salonie. Delektujemy się nowymi wnętrzami. Wszyscy mówią, że dom jest przytulny i przyjazny.

– Co się Pani śniło podczas pierwszej nocy?
Niestety, nie pamiętam. Wypiliśmy za dużo wina. Przeprowadzka odbyła się w urodziny męża. O północy otworzyliśmy szampana. Ja byłam po dniu pakowania. Byliśmy zawaleni kartonami. Po drodze kupiłam coś do jedzenia. Potem szukałam tych siatek. Szukałam czajnika. Wszystkiego. Ale następnej nocy śniło mi się, że strzelają do mnie z samolotu. A ja stoję na jakimś dachu. Na szczęście się obudziłam, zanim zdążyli mnie zabić.



– Przeprowadzka to wielki stres. Psycholodzy dają jej najwięcej ujemnych punktów, po śmierci bliskiej osoby i rozwodzie.
Nie wiedziałam. Zresztą czeka mnie rozpakowywanie stosów kartonów, porządkowanie mojego archiwum. Te stosy wycinków prasowych, płyt, zdjęć, pamiątek, nagród trzeba gdzieś ułożyć, posegregować, opisać. A cały czas w dodatku trwa promocja mojej najnowszej płyty „Kochać”. Koncerty, wywiady, programy telewizyjne. Przeprowadzka więc nastąpiła z marszu, nie mogłam się na niej skupić.

– Skąd czerpie Pani siły do tego wszystkiego? Ten power, którym Pani tryska?
Mam power na scenie. Coś za coś. Kiedy poświęcam się muzyce, dom leży odłogiem.

– Czy w nowym domu śpiewa się inaczej?
Energia tego domu miała wpływ na mój sposób śpiewania na płycie „Kochać”. Nowy etap w życiu – nowy dom, nowa płyta...

– Piękna, inna, z nowoczesnym brzmieniem, świetne teksty Kasi Nosowskiej.
Wszystko mi sprzyja. Mimo że dom jest starszy nawet ode mnie, to dobrze wpłynął na dobry, młody klimat tej płyty.

– Podoba się wszystkim pokoleniom, jak zwykle. Umie się Pani wyłączyć?
Muszę, żeby móc się skupić na jednej sprawie. Umiem się wyłączać nawet w tłumie ludzi. Nauczyłam się tego. A ten dom sprzyja skupieniu. Jest w nim wielki komfort – prywatności. Nigdy takiej nie miałam. Zawsze, gdy rano wychodziłam w szlafroku, spotykałam panią, która zajmuje się domem. „O, dzień dobry! Pani Marylko, a co zrobić z tym mięsem? A telefon do pani...” I tak dalej. Tutaj tego nie mam. Schodzę na dół ubrana, umalowana. Czujemy się swobodnie. Wieczory mamy dla siebie.

– Taki dom to pomnik miłości?
Na pewno. Mieliśmy trudne momenty. Zwłaszcza kiedy mąż wydawał moje płyty, ja wielokrotnie chciałam go zabić, on mnie udusić. Ale ludzie się docierają. Jak się jest ze sobą tyle lat... Obok miłości trzeba się lubić, po prostu. Andrzej jest dla mnie wielkim oparciem, podtrzymuje mnie psychicznie. Lubię z nim rozmawiać, radzić się go.

– Przyjaźń to podstawa?
Absolutnie. Zdajemy sobie sprawę, że nikt nie jest doskonały, ma wady. Ale z wiekiem przychodzi taka mądrość życiowa, która pozwala te wady zaakceptować. Kiedyś wydawało mi się, że mężczyznę można zmienić. A to jest niemożliwe i prowadzi do napięć, wiecznej wojny. Mężczyzny nie można wiecznie krytykować.

– Po ilu latach związku ma się już tę mądrość?
Nie wiem. W każdym razie teraz, przy urządzaniu tego domu, nie było już między nami żadnych tarć, kłótni. Myśmy się tak dotarli, jeśli chodzi o gust, że podobają nam się te same rzeczy. Niesamowite. Dom jest w ciepłych kolorach.

– Upodobania kolorystyczne też się zmieniają?
Nie rozumiem, jak mogły mi się kiedyś podobać takie zimne barwy.

– Może Pani stała się cieplejsza?
Bardziej wyrozumiała. Jesteśmy z Andrzejem bardzo sobie bliscy. Oczekuję od niego dowodów miłości. I dostaję je. Mąż włożył w ten dom tyle wysiłku, serca. Nauczył się wszystkiego, wiedział, jak rozmawiać z hydraulikiem, ze stolarzami. Dbał o detale. Ale ten dom zbudował też dla siebie. Bo to duma dla mężczyzny.

– A Pani co w niego włoży? Swoją duszę, pomysły.
Będę przerabiać kuchnię, już to wiem. Moje znajome wielokrotnie przerabiają swoje domy. Mnie też to pewnie czeka. Ten dom ma być docelowy, jak się to mówi.

– Czyli do śmierci?
Do życia raczej.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Beata Wielgosz
Stylizacja Jola Czaja
Makijaż Katarzyna Rogacewicz
Fryzury Grzegorz Grudziński
Produkcja sesji Joanna Guzowska
Aranżacja wnętrz Klaudia Westnes
Redakcja Vivy! dziękuje za pomoc w realizacji sesji salonowi Klaudia Westnes Decoration, ul. Mokotowska 39, w Warszawie,
oraz firmie Villeroy & Boch.


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (14)
/19.11.2013 12:21
Biedaczka, nic w PRL-u nie zarabiała, w demoludach też jej nie płacili za śpiewanie? Dla ideei robiła to wszystko No nawet nie wiedziałem, że tułała się tym Porschakiem po Ursynowie! Gdybym wcześniej wiedział, to bym je szybki za friko umył!
/05.02.2013 12:00
Maryla jest wielka. Ot co.
/05.01.2013 00:12
To dlaczego ma tak niską emeryturę bidula. To nie sprawiedliwie.
POKAŻ KOMENTARZE (11)