Martyna Wojciechowska

Na ekranie wydaje się, że nic się nie zmieniło: jest energiczna, przebojowa, uśmiechnięta. W rzeczywistości walczy o odzyskanie zdrowia po wypadku.
Uprzedzam, że nie ma tu żadnych atrakcji, tylko same ciężkie ćwiczenia – mówi Martyna. Tylko VIVIE! pozwoliła towarzyszyć sobie przez cały dzień w sanatorium w Ciechocinku. Na skutek wypadku samochodowego, do którego doszło w Islandii, gdzie kręciła „Misję Martyna”, miała złamany kręgosłup, pękniętą kość łonową i pozrywane mięśnie. Myślała, że to już koniec. Była załamana, nie chciała się leczyć.
Rodzice siłą wsadzili ją do samochodu i przywieźli do sanatorium. Nie odezwała się do nich przez całą drogę. Wtedy nosiła jeszcze gorset i jeździła na wózku. Po kilku tygodniach ciężkich ćwiczeń zaczęła stawiać pierwsze kroki. Po pół roku zdjęła gorset ortopedyczny. Teraz już chodzi normalnie, ale przyznaje, że często ma wszystkiego dość. Najtrudniejsze jest to, że nie ćwiczy po to, żeby poprawić formę, tylko żeby choć trochę zbliżyć się do tej, jaką miała przed wypadkiem. „Świadomość tego czasem mnie przerasta”, opowiada.
W sanatorium nikt nie jest gwiazdą. Ćwiczyć muszą wszyscy. Kiedy jednak Martyna przechodzi korytarzem, uśmiecha się prawie każdy. I to nie dlatego, że jest twarzą znaną z telewizji. „Wyróżnia się wolą walki. Ciągle chce więcej, lepiej, szybciej. Czasami mamy tego dość”, opowiada rehabilitantka Ewa Badźmirowska. O uporze Martyny krążą w Ciechocinku legendy. Ona sama niecierpliwi się, słuchając pochwał. „Znowu każdy pomyśli, że ja wszystko dostaję podane na tacy, że o nic nie muszę się starać. Jak jest naprawdę, wiem tylko ja i osoby, które są przy mnie najbliżej”, mówi niemal ze złością.

7.30 – pobudka
Jej sanatoryjny pokój jest malutki, ale przytulny. Wszędzie leżą porozkładane książki. Martyna pisze pracę dyplomową na studiach MBA i każdą wolną chwilę poświęca nauce. Ale wolne chwile ma tylko wieczorami. Dzień w sanatorium zaplanowany jest co do minuty. Na dobry początek siłownia i ćwiczenia w terenie – co najmniej 2–3 godziny. „Kiedy dzwoni budzik, korci mnie, żeby zrobić sobie wagary i nie schodzić na dół. Marzę, by poleżeć w łóżku, poczytać”, mówi dziennikarka. „Kilka razy, kiedy naprawdę miałam »doła«, zadzwoniłam do rehabilitantki i powiedziałam, że jestem obłożnie chora. Nic nie powiedziała. Wiedziała, że zmyślam. Ale byłam w takim stanie, że nie zrobiłabym żadnego ćwiczenia. Nie chciałam męczyć i jej, i siebie”, mówi.

O takich dniach, kiedy na nic nie ma siły, Martyna mówi „dno i wodorosty”. To właśnie rano najczęściej przypomina sobie tamtą tragedię, huk spadającego samochodu i przyjaciela – operatora Rafała Łukaszewicza siedzącego razem z nią na tylnym siedzeniu. Ona przeżyła, on zginął. „To ja namawiałam go do udziału w tym programie, mówiłam, że albo on, albo nikt. To takie niesprawiedliwe”, opowiada. Rafał miał wspaniałą żonę, trójkę małych dzieci. „Sprawiał, że chciałam być lepsza, bardziej się starać. Był dla mnie wzorem i pomagał mi odróżnić »ziarno od plew«, czyli to, co w życiu naprawdę ważne, od tego, co tylko błyszczy. Ze swoim zupełnie niekomercyjnym podejściem do świata stanowił prawdziwy skarb w zwariowanym środowisku mediów. Kiedy dowiedziałam się, że zginął, nie chciałam nawet myśleć o powrocie do normalnego życia, do pracy…”.
Kiedy po wypadku wróciła do Polski, nie mogła nawet sama pójść do łazienki. Z każdym dniem coraz bardziej zapadała się w sobie. „Pamiętam, że mój tata ciągle płakał, a ja się czułam coraz gorzej. Marzyłam o tym, żeby to wszystko się skończyło i żebym odzyskała moje życie, to sprzed wypadku”, wspomina Martyna. Jej twarz rozjaśnia się, kiedy przypomina sobie rozmowy ze swoimi rodzicami i rodziną zmarłego Rafała. „Przetłumaczyli mi jakoś w końcu, że Rafał nie chciałby, żebym zaprzepaściła wszystko, co razem zrobiliśmy. Poczułam, że mam o co walczyć: że chcę dokończyć program, napisać książkę, podróżować, a kiedyś opowiedzieć Jego dzieciom, jakiego miały wspaniałego ojca”.

11.20 – terapia manualna
Martyna leży na łóżku. Rehabilitant magister Mirosław Dębski naciąga jej każdy mięsień. Najgorzej jest, gdy przychodzi czas na kręgosłup. Martyna krzywi się z bólu. Ale są sukcesy tych wysiłków. Martyna będzie mogła robić dodatkowe ćwiczenia. Na samą myśl dostaje rumieńców. Rehabilitanci opowiadają, że tak jest z nią zawsze. Jak da się jej palec, to ona bierze całą rękę. „Tak było wtedy, gdy pan Mirek po raz pierwszy pozwolił mi pochodzić sobie w basenie. Dostałam na to kilka minut. No, ale przeszłam i pomyślałam sobie, że pochodzę jeszcze. A potem postanowiłam popływać z deską, potem żabką, aż w końcu zrobiłam dziesięć basenów kraulem... Niestety, przeforsowałam się. Pan Mirek zrobił mi awanturę, a ja musiałam trochę przystopować z ćwiczeniami. I znów krok do tyłu… Nienawidzę tego uczucia”, Martyna śmieje się sama z siebie. Rehabilitanci dzwonią do siebie i przestrzegają, żeby jej nie ustępować. Przewracają oczami, gdy Martyna opowiada o swoich planach. „Za dwa tygodnie jadę nurkować do Egiptu. Kolega poprosił mnie, żebym go pouczyła, to przecież mu nie odmówię”. I zaraz dodaje: „Nie będę przecież dźwigać sprzętu. Zniosą mi go po prostu, gdy już będę w wodzie”.
Kiedy zdecydowała się miesiąc temu wyjechać na wyprawę kończącą pierwszą edycję „Misji Martyna”, jej mama załamywała ręce. Martyna postawiła na swoim. „Jej kręgosłup bardzo ucierpiał podczas tego wyjazdu, mimo że było mniej ekstremalnie niż na wcześniejszych »misjach«. No, ale co ja mogę?”, mama Martyny patrzy na córkę i kręci głową. Żeby ukochanej jedynaczce nie było smutno, razem z nią przyjechała do Ciechocinka. Mieszka kilka pokojów dalej. „To moja najlepsza przyjaciółka. Zawsze jest ze mną”, mówi Martyna.

12.20 – gimnastyka
Martyna obiema rękami trzyma się drabinek. Podnosi do góry nogi. Na jej twarzy pojawia się wyraz bólu. „Jeśli boli, to znaczy, że to ćwiczenie nie jest jeszcze dla ciebie”, mówi Ewa Badźmirowska. Martyna schodzi z drabinki: „Jak to nie dla mnie?! Myślałam, że już je mogę robić. Znowu muszę czekać?!”. Jest wściekła. „Połóż się i weź do ręki taśmę. Poćwicz brzuszki”, tłumaczy cierpliwie rehabilitantka. „Nie chcę. Nie będę już ćwiczyła”. „Taśma czerwona czy niebieska?”, pyta Ewa. „Niebieska”, odpowiada Martyna. Rehabilitantka uśmiecha się pod nosem. Wiadomo, z niebieską trudniej. „Mam już dosyć. Tak się cieszyłam na to nowe ćwiczenie. A teraz znowu to samo”, narzeka.
„Po wypadku trafiłam do lekarza, który ciągle mi mówił, że będę musiała zupełnie zmienić styl życia. Wściekłam się i znalazłam takiego, który powiedział, że będę zdrowa, będę tańczyć, skakać i jeździć na motorze. A więc na poprawę nastroju kupiłam sobie nowy motor. Kiedy w salonie dealerskim usiadłam na nim jeszcze w gorsecie ortopedycznym, to pan sprzedawca otworzył usta ze zdumienia. Teraz nowy jednoślad stoi w garażu i czeka na moją lepszą formę. Już niedługo…”, rozmarza się Martyna.
Za chwilę musi przejść na inne łóżko. Będzie ćwiczyła szyję. Posłusznie kładzie się na plecach i opiera głowę na specjalnej taśmie. Musi tak ćwiczyć kilka minut. Przerwa. „Kiedy ćwiczę, nie myślę o niczym innym, tylko żeby się to już w końcu skończyło”. Martyna wzdycha na samą myśl o tym, ile jeszcze ją czeka takich miesięcy. „Może gdybym bardziej się starała, była mniej leniwa, to wszystko poszłoby szybciej?”, zastanawia się głośno. Rehabilitantka zaczyna się śmiać. „Bardziej się już starać nie można. Ty i tak momentami przesadzasz”.

13.00 – obiad
Po obiedzie jest czas wolny. Można iść na spacer. Martyna często odwiedza stare zabytkowe tężnie. Mówi, że wtedy najlepiej jej zebrać myśli, zrewidować plany na przyszłość. Jej kalendarz zapisany jest do końca roku. „O większości rzeczy, które miałam w planie, teraz mogę już zapomnieć. Ale pojawiły się inne. Przecież nie mogę siedzieć w miejscu”.
Mimo że niedawno otarła się o śmierć, na pytanie, czy nie chce trochę zwolnić, odpowiada natychmiast: „A po co? Właśnie teraz chcę zrobić jeszcze więcej i jeszcze lepiej. Życie jest takie kruche”, mówi. „Chcę patrzeć w przyszłość. Kiedyś żyłam w złych związkach z mężczyznami, którzy podcinali mi skrzydła, teraz czuję, że moje życie należy do mnie”, opowiada. Na pytanie, czy się nie boi ciągle ryzykować, odpowiada bez zastanowienia: „No pewnie, że się boję. I to jak. Ale najbardziej nie lubię swoich słabości i dlatego tyle nad sobą pracuję. Mam też naturę buntownika i najbardziej zaczynam walczyć, gdy słyszę, że czegoś mi nie wolno albo ktoś mówi, że nie dam rady” i dodaje, że już latem wyjeżdża na nową edycję „Misji Martyna”. O planach wypraw może mówić godzinami. „Dwa lata namawiałam wszystkich do realizacji programu podróżniczego. Wyrzucali mnie drzwiami, wchodziłam oknem. W końcu udało się znaleźć sponsorów, przekonać szefa, zgromadzić ekipę. Dobrze, że nie dałam się zniechęcić”.

15.30 – masaż
To ostatni punkt dnia. Potem Martyna będzie już miała czas tylko dla siebie i jak co dzień do późnej nocy będzie pisała pracę dyplomową. Na razie jednak rehabilitantka ugniata jej ciało milimetr po milimetrze. Podczas pierwszych zabiegów Martyna prawie płakała na stole przy rozmasowywaniu zrostów na zniszczonych w wypadku mięśniach. „Pamiętam, kiedy się poznałyśmy. Przyjechała taka biedulka. Siedziała przed gabinetem i trzymała w ręku swoje wyniki badań. Nagle wszystko upadło jej na podłogę, a ona nie mogła się nawet po to schylić. Dziś dopiero widać, ile pracy włożyła w swój powrót do zdrowia”, opowiada Ewa Badźmirowska.
Martyna zamyśla się. Mówi, że wypadek zmienił jej całe życie. „Zrozumiałam, co jest najważniejsze. Co z tego, że mam program w telewizji, że odniosłam sukces. Gdyby nie moja rodzina, mój narzeczony i kilkoro przyjaciół, o których zawsze dbałam, nie miałby kto mi podać przysłowiowej szklanki wody. W obliczu tragedii, problemów ze zdrowiem wszyscy jesteśmy równi. I na co wtedy mi się przydała moja znana twarz?”. Jej narzeczony jest biznesmenem, który nie zatracił pasji życia. Imponuje jej wiedzą i cierpliwością. A cierpliwości właśnie teraz Martynie potrzeba. „Uczę się spokoju, nie chwytam wszystkiego na siłę. Wiem już, że goniąc za niczym, można stracić wszystko”.

Iza Bartosz/ Viva!
Zdjęcia Marta Pruska
Charakteryzacja Monika Kaleta
Produkcja sesji Joanna Guzowska


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)