Mariusz Pudzianowski

Dziewczyno! Serce najsilniejszego człowieka świata jest wolne. Może zabije właśnie dla ciebie?
Dziewczyno! Serce najsilniejszego człowieka świata jest wolne. Może zabije właśnie dla ciebie? Ale nie myśl, że jak by co, Pudzian będzie o ciebie walczył. "Szarpać się o kobietę? Żenada dla mnie", mówi człowiek zwany Dominatorem.

Pana łóżko robi wrażenie: białe ze złoceniami i różową pościelą. Ma pewnie ze dwa metry?
Dwa na dwa metry dwadzieścia centymetrów. Jest dosyć wygodne.

– I to łóżko dla samotnego?
Na tym etapie tak. Na razie nie mam zamiaru zmieniać swojego życia.

– Od kiedy?
Od trzech lat.

– To chyba niedobrze?
Przy mojej pracy nie ma innej możliwości. Mam bardzo napięty czas, dosłownie minuty sobie wyliczam. Ciągle się z czymś nie wyrabiam. Dziś też miałem poślizg czasowy.

– Dobrze, że nie fizyczny.
Wczoraj zaliczyłem i upadek. Zresztą całe życie to są również upadki. Czasami się wygrywa, czasami przegrywa. Ciągła walka.

– A jak się przegrywa, to co wtedy?
Nikt nie lubi. Trzeba to umieć, przyzwyczaić się również do przegranych. Wkalkulować je.

– Ubiegły rok miał Pan gorszy.
Można tak powiedzieć, chociaż w sumie był dobrym rokiem. Jeśli jest się drugim na 40 zawodników z całego świata, to przecież niezły wynik. Każdy by chciał być drugi. Tylko że wcześniej byłem pierwszy... Przegrałem przez własną głupotę. Nie to, że słabszy byłem, tylko straciłem czujność, nie doceniłem przeciwnika. Ale człowiek uczy się na błędach.

– Zawsze musi Pan być pierwszy?
Staram się wykorzystać mój czas jak najlepiej. Chcę wygrywać, choćby nie wiem, ile mnie to kosztowało ciężkiej pracy.

– Z czego się to wzięło?
Nie wiem, z charakteru może? Mój ojciec też jest taki uparty.

– A więc taki się już Pan urodził?
To też kwestia wytrenowania. Ja idę do końca. Nie przerywam nawet, gdy coś nie wychodzi.

– Nawet gdyby na tym końcu miał Pan spaść w przepaść?
Nawet. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym zrezygnował w pół drogi. Teraz na przykład uparłem się, że skończę studia, dwa kierunki – AWF za dwa lata i marketing za trzy. I skończę, choćby się paliło. A potem będę chciał iść jeszcze wyżej, jak da radę.

– Doktorat chce Pan zrobić?
Dlaczego nie?

– Chce Pan udowodnić, że nie tylko mięśnie się liczą, ale i IQ?
Bo takim ludziom, jak ja dopina się karteczkę: duży, napakowany, ograniczony umysłowo. Niech sobie tak mówią. To oni mają kompleksy, nie ja.

– Że nie tylko 56 centymetrów w bicepsie jest ważne?
Dobrze odrobiła pani lekcje.

– I 130 centymetrów w udach? Zastanawiałam się – w obu czy w jednym?
W jednym – 80. W obu – 160. Dlatego muszę ubrania zamawiać u krawca. Żadnych spodni nie wcisnę. Ale w talii mam 96 centymetrów. A co do szarych komórek, to organizm ludzki jest niezbadany. Nasz mózg wykorzystuje tylko małą część swoich możliwości. A ja chciałbym się przekonać, ile ludzka głowa może pojąć.

– Dawniej chciał Pan przekonać się, ile można podnieść kilogramów?
Zacząłem trenować, jak miałem dziesięć lat. Ojciec też uprawiał kiedyś wielobój siłowy, miał w piwnicy różne przyrządy do ćwiczeń. Pomyślałem: czemu nie spróbować? Wtedy ważyłem 64 kilogramy, a w siódmej klasie – już 78. Byłem taki masywny, nabity.

– Coś Pan sobie kompensował, ćwicząc siłę?
Po prostu znalazłem sobie zajęcie, żeby nie wałęsać się po mieście bez celu i żeby głupoty do głowy nie przychodziły. Bo w takim miasteczku, w jakim się wychowałem, kompletnie nic się nie dzieje.

– Nudy?
Straszne. I monotonia. Wyznaczyłem więc sobie cel, ale nie myślałem wtedy, że będę strongmanem.

– A myślał Pan, że kim będzie w przyszłości?
Po prostu znajdę jakąś normalną pracę. Biurową. Skończę szkołę, studia. Gdyby spytano mnie w 1998 roku, czy chciałbym zostać mistrzem świata, zaśmiałbym się w twarz. To przyszło z dnia na dzień. Szukano nowych zawodników. Sam zgłosiłem się do zawodów strongmanów w Płocku, w 1999 roku. Miałem wtedy 21 lat. Ważyłem bodajże 112 kilogramów. Teraz – 140. Spora różnica.

– Jak się doprowadza ciało do takiej kondycji, jaką Pan ma teraz?
Tylko systematycznymi ćwiczeniami, typowymi dla kulturysty. To już 17 lat tych ćwiczeń. I ani dnia przerwy.

– Gdyby został Pan kimś zwyczajnym, byłby Pan rozczarowany życiem?
Chyba nikt nie chce być przeciętniakiem, każdy chce się wyróżniać. Jeden w matematyce, inny w humanistyce. Trzeci jako najlepszy menedżer w Polsce.

– A Pan chce być wszystkim naraz? Bo jest Pan i menedżerem, i właścicielem firmy nauczającej pracowników ochrony, i sportowcem, i studentem.
Tak, a teraz zaczyna się muzyka. Stworzyliśmy z bratem Krystianem taką kapelę, żeby coś nowego się działo. Bo najbardziej nie znoszę zastoju.

– W telewizyjnych "Faktach" wymieniono Pana w gronie najbogatszych sportowców. Sprawia to Panu przyjemność – widzę po uśmiechu?
Śmieję się, bo nie mam wpływu na to, na ile mnie podliczają. Zresztą to nie tajemnica, za mistrzostwo świata dostaję 70 tysięcy dolarów. Za Grand Prix – 10 tysięcy euro. Jest 15 imprez, co daje 150 tysięcy euro. Rocznie jakaś tam sumka się zbierze.

– Nieźle można sobie żyć ze sportu?
Każdy może robić to, co ja, startować w zawodach. Jeśli jest na tyle silny. Niech spróbują, czy nie wymiękną. A potem mówią: on ma fajnie, bo jeździ mercedesami. Pierwszego mercedesa kupiłem sobie za pierwsze mistrzostwo świata. Za drugie – wybudowałem dom.

– Mały biały domek?
Żółty, coś około 400 metrów. Oczywiście niektórzy żyją na 80 czy 100 metrach. I tak też można. Ale dlaczego ja mam mieszkać na 80 metrach, skoro tak ciężko pracuję? Czemu mam sobie żałować, skoro stać mnie na mercedesa?

– A z rodzicami na ilu metrach Pan mieszkał?
Było chyba ze 150. Rodzice też mieli dom.

– Dziwię się więc, że kilka lat temu skazano Pana za kradzież złotego łańcuszka.
Celowo, żeby mnie pogrążyć. Od zarzutu kradzieży uniewinniono mnie, co prawda.

– Ale za pobicie odsiedział Pan 19 miesięcy?
Jak się chce uderzyć psa, to kij zawsze się znajdzie. To były stare zatargi, a mnie jako niewygodnego trzeba było wsadzić, unieszkodliwić.

– O co poszło? O dziewczynę?
O dziewczynę nigdy bym się nie bił. Chyba żeby w moim towarzystwie ktoś ją zaczepił. Ale gdyby miała do wyboru: ja czy tamten, to gdyby się wahała, od razu bym ją wygonił. Szarpać się o kobietę? Żenada dla mnie. Po prostu zareagowałem, gdy ten, który mnie oskarżył, bił młodszego, słabszego chłopaka. Miał w Białej Rawskiej duże wpływy i jeszcze większe konto w banku. A potem to była taka pokazówka, policja musiała się wykazać.

– Ma Pan wrogów?
Ludzka zazdrość nie ma granic. A tamto było, minęło. Został mi z tych czasów tatuaż na ramieniu – symbol dobra i zła. Nie chcę do tego wracać. W każdym razie wyciągnąłem wnioski z tej nauki. I poskreślałem z mojej listy paru znajomych. Od tamtej pory nie mam kolegów, nie potrzebuję. Wiem, że jak człowiek jest na dnie, może liczyć tylko na rodzinę. Wtedy wszystko widzi się we właściwym świetle. Ile co jest warte.

– Skreślił Pan tych, którzy się wtedy odwrócili od Pana?
Można tak powiedzieć. Gorzka lekcja. W każdym razie przedtem miałem wielu "przyjaciół".

– Jest Pan samotnikiem?
Korzystam z pomocy innych, gdy muszę. Ale dobrze mi samemu. Przywykłem.

– Co Pan robi, gdy jest sam w domu?
Nastawiam sobie budzik, zasypiam, chociaż na godzinkę. I nic mi się nie śni. Rano trenuję, wieczorem trenuję. Najważniejsza w tym sporcie jest systematyczność. Jak wracam, kąpię się i do łóżka.

– A dziewczyny? Był Pan w kilkuletnim związku z jedną o imieniu Sylwia.
Nie pasowaliśmy do siebie. Każde poszło w swoją stronę.

– Zawiodła Pana?
To, co czułem, chcę zostawić dla siebie.

– Łączono też Pana z najsilniejszą kobietą świata – Anetą Florczyk?
Dla mnie to tylko znajoma z zawodów. Kiedyś opublikowano dla żartu nasze zdjęcia, niby-ślubne, na prima aprilis. Taka zabawa. Stąd te plotki.

– Ale przecież nie zostanie Pan samotny do końca życia? Jaka powinna być kobieta siłacza?
Hmmm. Zaradna. Życie płata różne figle. Dajmy na to – mam wypadek samochodowy i ląduję na wózku. A ona co? Odchodzi do innego? Takiej kozy nie potrzebuję, która jest przy mnie, dokąd pracuję i zarabiam. Taka osoba od razu jest u mnie przekreślona, na starcie. Choćby to była miss Polski i miss świata jednocześnie.

– To na jaką Pan czeka?
Na partnerkę. Przyjdzie czas, to może się znajdzie.

– A jeśli nie?
Jeśli nie, to będę sam. Ja mam czas, poczekam. Mogę się ożenić nawet w wieku 40 lat.

– I wtedy mieć dzieci? Nie za późno?
Mój kolega w Stanach ma 56 lat i roczną córeczkę. A drugą – trzyletnią. Dla faceta nigdy nie jest za późno. Ale ja nie będę układał sobie życia, bo tak wypada. Teraz najwięcej czasu poświęcam na rozjazdy, wywiady, nagrania, spotkania najróżniejsze, sesje na uczelni.

– Po co więc jeszcze Panu nagrywanie płyty?
Bo ja dźwiganiem żelastwa zajmuję się już tyle lat i to jest rutyna. A muzyka to coś innego, nowe środowisko. Można przecież odbić w bok trochę?

– Można. To w Białej Rawskiej ma Pan swoje miejsce, do którego wraca?
Tam jest mój dom i rodzina, bracia, rodzice. Moje psy – dwa rottweilery.

– Ale głównie mamusia, która ponoć tak dobrze gotuje?
I mamusia. Jej kuchnia jest niezrównana. Ale ja mieszkam w całej Polsce. Trochę w Warszawie, trochę w Łodzi, gdzie studiuję.

– To na wypadek, gdyby Pan zrezygnował ze sportu?
Nie myślę, co będzie za kilka lat. Teraz na pewno nie zrezygnuję. Może będę trenerem? Opcji jest dużo.

– A jak mięśnie zwiotczeją?
Nie zwiotczeją. Niektórzy z moich znajomych mają po 65 lat i wyglądają lepiej niż 30-latki. Dostaję maile od kobiet po czterdziestce: "Panie Mariuszu, co robić, żeby ciało miało dobry wygląd?". Trenować, drogie panie, trenować. A ja jestem skazany na trenowanie do śmierci.

– Wykorzystuje Pan swoją siłę na co dzień?
Nie muszę. Mam dwóch ochroniarzy. Ale jak trzeba przenieść wersalkę, to nie wołam o pomoc. 50 kilogramów to pestka.

– No tak, na zawodach podnosi Pan prawie 400 kilo. Nigdy Pan sobie nie odpuszcza?
Nie należy sobie odpuszczać. Iść trzeba zawsze do przodu. A ja obliczam, że mam przed sobą jeszcze pięć lat startów. I przynajmniej dwa razy muszę zdobyć mistrzostwo świata. To byłbym pięciokrotnym mistrzem świata. Okrągła cyfra.

– A jak się nie uda?
Uda się. Znam swoje możliwości i możliwości moich przeciwników. Ja stawiam na systematyczność. A poza tym mam wolę walki. I osobowość dominującą.

– Nawet ma Pan przezwisko – Dominator. Ulega Pan czasem słabościom, smutkowi? Chandrom?
Czasami tak. Mam słabość do słodyczy. A jak mi źle, to zamykam się na siłowni, odkręcam muzykę do oporu – techno lub pop. Nalewam sobie kilka lampek wina, które piję przed telewizorem. I nie odbieram telefonów. Jak się zaprę, to mnie nikt nie znajdzie.

– Często tak?
Nie, bo ja nie mogę się schować. Czasem jednak odwołuję jakieś spotkanie. Mówię, że jestem padnięty, bardzo przepraszam, ale nie jestem maszyną, przykro mi. Niekiedy komentują, że mi już odbiło. Trudno. To ich problem.

– Marzy Pan o czymś?
Już nie, wszystko osiągnąłem. Co chciałem mieć, mam. No, może jeszcze kupię sobie lamborghini.

– Pewien amerykański psycholog napisał, że człowiek czuje się szczęśliwy nie wtedy, gdy ma pieniądze, tylko gdy ma przyjaciół. A Pan ich nie ma.
Ja ich nie szukam. Mam braci i to wystarczy. Przejechałem się na przyjaźniach trzy razy. Czwartego razu nie będzie. Przepraszam, ale mój czas się kończy…

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Rafał Milach
Stylizacja Bartek Michalec
Charakteryzacja Agnieszka Jańczyk
Scenografia Ewa Iwańczuk
i Tomasz Felczyński
Produkcja Elżbieta Czaja


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (15)
/12 lat temu
w moich oczach dzisiaj bardzo stracił!!!!beeee
/12 lat temu
mariusz jestes super poodziwiam cie i jestes moim idolem. w przyszlosci bede strogmenka bo ja to powiadasz 'poprostu soba badz'.oczywiscie mi sie to podoba.
/12 lat temu
rub tak dalej . zabujalam sie w tobie i masz bardzo przyjemna twaz .jest mila ,ze jak ty sie usmiehniesz to zaraz sie pociesze w trudnych chwilach.
POKAŻ KOMENTARZE (12)