Mariusz Kwiecień

Biją się o niego najlepsze teatry operowe świata. 32-letni baryton odniósł sukces i potrafi z niego korzystać.
/ 19.05.2005 16:45
I pomyśleć, że jego kariera ruszyła z miejsca dopiero wtedy, gdy zaczął zachowywać się jak rozkapryszona gwiazda...

Sergiusz Pinkwart: Jakie koszmary śnią się soliście prestiżowej nowojorskiej Metropolitan Opera?
Mariusz Kwiecień: Słyszę, że orkiestra gra uwerturę. Jestem w kulisach. Wiem, że zaraz muszę wejść na scenę i zacząć śpiewać. I w tym momencie dochodzi do mnie, że nie znam tekstu. Nie wiem, co mam śpiewać ani co to za opera, ale stoję w kostiumie i czuję falę strachu. Wtedy się budzę.

– Zdarzyło się coś takiego naprawdę?
Tylko raz, niemal na początku mojej kariery – w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie. Śpiewałem rolę Papagena w „Czarodziejskim flecie” Mozarta. To była taka uproszczona wersja dla dzieci, a spektakle odbywały się o 11 rano – godzina dla śpiewaka fatalna. Tłukliśmy tych przedstawień mnóstwo i któregoś razu zawiodła mnie rutyna. Miałem powiedzieć tekst... coś w stylu: „Teraz przyjdzie Królowa Nocy, drogie dzieci. Jak to, ona zmusza swoją córkę do zabicia ojca? To jest niemożliwe...” i w tym momencie wyleciało mi z głowy, co ma być dalej. Zacząłem mówić sam nie wiem o czym. Na widowni było kilkoro moich znajomych, którzy widzieli mnie w tej operze już wcześniej i mieli niezły ubaw.

– Dobrze, że przedstawienie było po polsku.
Właśnie że bardzo niedobrze. O wiele prościej jest improwizować na scenie po niemiecku czy po francusku. Mówi się wtedy, co ślina na język przyniesie, nawet bez sensu, byle tylko brzmiało odpowiednio: „Parlamultrufulerasamenapatorale” czy coś takiego. I nikt się nie zorientuje.

– Chyba, że akurat śpiewa Pan w Paryżu...
Dlatego staram się nie występować w Niemczech po niemiecku, we Francji – po francusku, a w Polsce – po polsku, bo w sytuacjach „awaryjnych” trzeba byłoby coś zmyślać z sensem.

– Jak Pan, młody artysta z Krakowa, trafił do zespołu jednego z największych teatrów operowych świata?
Przyjechałem do Nowego Jorku siedem lat temu, tuż przed Bożym Narodzeniem i wziąłem udział w otwartych przesłuchaniach do Metropolitan Opera. Byłem w Stanach dwa tygodnie i wróciłem zachwycony. Przede wszystkim tym, że udało mi się wykonać ogromny skok – wprost z desek scenicznych Teatru Roma do Metropolitan Opera. Gdy poznałem wyniki egzaminów, zadzwoniłem do domu i krzyczałem w słuchawkę: „Mamo! Jestem w niebie!”. Ale gdy pojechałem we wrześniu do szkoły MET i zaczęło się zwyczajne życie, załamałem się. W nocy nie mogłem spać, bo ciągle budziły mnie sygnały karetek pogotowia. Zabijała mnie wszechobecna klimatyzacja, byłem samotny i przytłoczony. Na dodatek miałem problemy z angielskim. Co innego mówić po angielsku od czasu do czasu, a co innego zadzwonić do urzędu i załatwić problem z rachunkiem telefonicznym. Po kilku miesiącach chciałem wracać.

– Co Pana zatrzymało?
Duma i ambicja. Miałem wrażenie, że wszyscy rzucają mi kłody pod nogi, więc przekornie postanowiłem, że się nie dam. Zacisnąłem zęby i poszedłem do przodu. Zacząłem się nawet kłócić z nauczycielami.

– Co to dało?
W szkole przy Metropolitan Opera nikt się nie cackał z młodymi śpiewakami. Od rana do późnego popołudnia ciągle były zajęcia: lekcje śpiewu, dykcji, języków. A wieczorami grałem małe rólki w spektaklach. Spędzanie 12 godzin dziennie w teatrze było ponad moje siły. Pracowałem zbyt ciężko i nikt mnie nie szanował. Gdy zacząłem stawiać warunki, odmawiać, samemu ustalać program swoich studiów wokalnych... banalizując – zachowywać się jak rozkapryszona gwiazda, mój przełożony mówił dyrektorom innych oper, że jestem trudny we współpracy. Oni tym bardziej chcieli usłyszeć, jak śpiewam. A że śpiewałem dobrze – dostawałem coraz więcej propozycji pracy. Moja pozycja wzrosła i automatycznie sytuacja się poprawiła. Poza tym odkryłem, że nie jestem sam.

– Sam w wielomilionowej metropolii?
Nowy Jork nazywany jest czasami „miastem samotników”. Też tak uważałem, dopóki nie poznałem Greenpointu.

– Polska dzielnica na Brooklynie to miejsce, od którego wielu emigrantów stara się trzymać z daleka.
Racja. Wszystko zależy od tego, czego pan oczekuje. Greenpoint przypomina małe prowincjonalne miasteczko ze wszystkimi swoimi wadami, ale i zaletami. Znalazłem w centrum tej polskiej „wioski” miłą restaurację – Christina’s Restaurant, która wkrótce stała się moim drugim domem. Spędzam tam każdą wolną chwilę. Zresztą nie tylko ja. Właścicielka, pani Krystyna, potrafiła stworzyć atmosferę, która przyciąga polską inteligencję. Przy tradycyjnej polskiej kuchni można porozmawiać z muzykami, fotografami, pisarzami i aktorami.

– Mam wrażenie, że po prostu tęsknił Pan za Krakowem...
Jak wracam do Krakowa, to tęsknię za Nowym Jorkiem. A żeby było to jeszcze bardziej skomplikowane, to podczas podróży, gdy na kilka tygodni czy miesięcy jadę śpiewać do Tokio, Mediolanu lub Paryża, tęsknię i za Krakowem, i za Nowym Jorkiem.

– Jak Pan sobie wtedy radzi z samotnością?
Lubię być sam. Przy tym wcale nie czuję się samotny. Płacę kolosalne rachunki telefoniczne, bo z każdego miejsca na świecie prawie codziennie dzwonię do mamy i przyjaciół – do Krakowa. A poza tym mam swój świat – książki, rysunki, fotografie. Wszystko to wożę ze sobą.

– Jak się to „wszystko” mieści do walizki?
Tragedia! Praktycznie zawsze muszę płacić za nadbagaż. Do walizek pakuję całą masę ciuchów, bo nigdy nie wiem, w co się ubiorę, jaki będę miał nastrój. Taką samą ilość rzeczy zabieram na tydzień, jak i na trzy miesiące. Poza tym jakieś słoniki od mamy i znajomych na szczęście, zdjęcia, książki, które pomagają mi znaleźć spokój i zrelaksować się, nuty, świeczki o zapachu wanilii...

– Łatwo się Pan aklimatyzuje w nowym miejscu?
Nie mam z tym problemu. W nowoczesnych luksusowych hotelach zawsze coś mnie może zachwycić – jakiś detal, kształt fotela, widok z okna... Wtedy łapię ołówek i rysuję. Te rysunki inspirują mnie potem, gdy projektuję swoje własne meble i wystrój mieszkania.

– Co artysta robi w hotelu po próbie?
Zawsze mam co robić. Jeśli nie pracuję nad rolą, biegam po mieście i robię zdjęcia. Najgorsze są dni, kiedy pada deszcz. Wtedy jest mi smutno i wracają wspomnienia: gdy jako dziecko siedziałem przy oknie w domu i z całych sił marzyłem o tym, żeby kiedyś było mnie stać na wszystko. Żeby mieć coś swojego. A nie miałem wtedy ani na dobre ubrania, ani na rozwój zainteresowań. Nie było w domu wideo, nie mówiąc już o pianinie. Czasem wraca taka nutka melancholii, ale na szczęście nie trwa długo.

– Teraz stać Pana na to wszystko.
Mam 32 lata i wiem, że odniosłem sukces. Ale zdaję sobie sprawę, że siedzi gdzieś we mnie ten dzieciak, który marzył o karierze i dostatnim życiu. Dlatego tak łatwo przychodzi mi poprawianie sobie nastroju zakupami. Dziś kupiłem piękną sofę z ciemnozielonej skóry i już wiem, że najbliższe trzy dni spędzę wpatrując się w nią i podziwiając, jak pasuje do pomarańczowych ścian. Czasem mam tak zwaną „fazę” i przez tydzień nic nie robię, tylko kupuję ciuchy. Lubię wyglądać i, co za tym idzie, czuć się dobrze.

– Szczery Pan jest...
Często słyszę to jako zarzut. Ale taki już jestem. Jeżeli śpiewam o miłości, to szukam kontaktu wzrokowego z publicznością, aby moje uczucia wlać głosem przez uszy do serc. Ludzie z pierwszych rzędów czasami są tym zażenowani, nie wiedzą, jak się zachować, uciekają wzrokiem. Boją się tej mojej otwartości.

– Wróci Pan jeszcze do Polski?
Nigdy tak naprawdę z Polski nie wyjechałem. Kupiłem mieszkanie w Krakowie, z którego przy dobrej pogodzie pięknie widać Tatry. W urządzenie go włożyłem mnóstwo serca. Czy postępowałbym tak, gdybym nie chciał tu zamieszkać? Ale teraz mam swoje pięć minut. Dostaję oferty współpracy z najlepszymi teatrami operowymi na świecie. Nie mogę tego nie docenić. Moim marzeniem byłoby śpiewanie tylko kilka razy do roku w najbardziej prestiżowych salach świata, a później spokojne życie w Krakowie i podróże do najciekawszych miejsc świata. Tyle marzeń mi się już spełniło...

Rozmawiał Sergiusz Pinkwart / Viva
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (3)
/07.09.2009 02:27
Ciekawy artykul. Jednak smiechem musze odpowiedziec na komentarz, ze wielu emigrantow stara sie trzymac z daleka od Greenpointu. Chyba raczej wiekszosci emigrantow nie stac na wynajem czy kupno domu na Greenpoincie. Owszem, kiedys moze nie bylo to zbyt atrakcyjne miejsce ale od lat jest to jedna z najdrozszych i najlepiej zapowiadajacych sie dzielnic.
/07.09.2009 02:27
Ciekawy artykul. Jednak smiechem musze odpowiedziec na komentarz, ze wielu emigrantow stara sie trzymac z daleka od Greenpointu. Chyba raczej wiekszosci emigrantow nie stac na wynajem czy kupno domu na Greenpoincie. Owszem, kiedys moze nie bylo to zbyt atrakcyjne miejsce ale od lat jest to jedna z najdrozszych i najlepiej zapowiadajacych sie dzielnic.
/07.09.2009 02:27
Ciekawy artykul. Jednak smiechem musze odpowiedziec na komentarz, ze wielu emigrantow stara sie trzymac z daleka od Greenpointu. Chyba raczej wiekszosci emigrantow nie stac na wynajem czy kupno domu na Greenpoincie. Owszem, kiedys moze nie bylo to zbyt atrakcyjne miejsce ale od lat jest to jedna z najdrozszych i najlepiej zapowiadajacych sie dzielnic.