Marek Kondrat

Dla tej miłości zrezygnował z kariery filmowej. Ale nie chodzi o kobietę, tylko… o wino.
konrad1.jpgDla tej miłości zrezygnował z kariery filmowej. Ale nie chodzi o kobietę, tylko… o wino. W poszukiwaniu szlachetnych trunków Marek Kondrat wybrał się do hiszpańskiej winnicy Bohigas. W trakcie tej podróży opowiedział dziennikarzom RMF FM i VIVY!, jak spełnił swoje pragnienia.

Hiszpania jest cudowna. Sama zobaczysz – mówi Marek Kondrat, kiedy na lotnisku w Warszawie czekamy na lot do Barcelony. Ale to nie Barcelona jest celem naszej podróży. Prosto z tego miasta pojedziemy do oddalonej o półtorej godziny drogi winnicy Bohigas. Stamtąd właśnie Kondrat sprowadza najwięcej hiszpańskich win, które po długiej podróży trafiają na półki jego sklepów w Warszawie i w Krakowie. „Ludzie uwielbiają wina z Katalonii, a mnie to wcale nie dziwi”, opowiada aktor, który produkcją wina zainteresował się ponad dziesięć lat temu. Po pięciu latach wpadł na pomysł założenia własnej firmy zajmującej się dystrybucją tego trunku. Aby do jego sklepów trafiały tylko najlepsze gatunki, Kondrat jeździ po całym świecie, spotyka się z winiarzami, dowiaduje się, w jakich warunkach dane wino powstawało, co sprawia, że smakuje tak, a nie inaczej. Zaledwie kilka tygodni temu wrócił z RPA. Wcześniej odwiedził już Portugalię, Włochy, Francję i Australię. „Interesuję się nie tylko tym, jak powstaje wino. Pasjonują mnie przede wszystkim ludzie, którzy pracują nad jego produkcją. To wspaniałe, kiedy dzielą się ze mną największymi tajemnicami, pozwalając zajrzeć do swoich piwnic, spróbować win, które kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu wyprodukowali ich ojcowie, dziadkowie, pradziadkowie. Wystarczy w Warszawie wsiąść do samolotu i za dwie, trzy godziny znaleźć się w innym świecie, w którym to natura dyktuje warunki życia, a my, ludzie, nie jesteśmy w stanie niczego przyspieszyć ani zmienić”, opowiada aktor.
W słonecznych okularach, czarnych sztruksach i z szarą marynarką przewieszoną przez ramię nie wygląda jak gwiazda polskiego kina. Zresztą zupełnie się nią nie czuje. Aktorstwo to w jego życiu rozdział zamknięty. I nie nowe role interesują go teraz najbardziej.

W poszukiwaniu harmonii
Na lotnisku w Barcelonie czeka na nas Jose Canto. To Hiszpan, który prowadzi firmę Terra Nostra zajmującą się dystrybucją win z najlepszych winnic. Z Kondratem wita się wylewnie. „Świetnie wyglądasz, Marek. Dobrze cię widzieć”, mówi Jose. Zaprasza nas do swego samochodu. W trakcie drogi panowie nawet przez chwilę nie przestają się śmiać i żartować. W pewnym momencie Jose patrzy na mnie i pyta: „A on jest na pewno tak znanym u was aktorem? My tu jesteśmy przekonani, że on zmyśla. Nigdy nie widzieliśmy żadnego filmu z jego udziałem”. Marek, słysząc to, wybucha śmiechem: „Jak to, nie widziałeś «Historii żółtej ciżemki»?” – pyta. Jose przez chwilę stara się powtórzyć polski tytuł filmu. W końcu jednak rezygnuje. Zresztą właśnie dojeżdżamy do Bohigas, wspaniałych zabudowań ukrytych wśród hiszpańskich pól i lasów.
Po swoich włościach oprowadza nas właściciel winnicy, Jordi Casanovas. Cierpliwie tłumaczy, jak przebiega fermentacja i ile czasu potrzeba, żeby uzyskać wino o najszlachetniejszym smaku. „Nie jest sztuką zrobić wino. Prawdziwym wyzwaniem jest to, aby trunek, który produkujesz, był naprawdę dobry”, mówi Jordi. Jego rodzina uprawą win zajmuje się od ponad sześciuset lat. Tego, jak robić wino, uczył się już jako mały chłopiec, przyglądając się pracy swego ojca, dziadka i pradziadka. Kondrat, spacerując po jego winnicy, wnikliwie przygląda się liściom spalonych na słońcu winogron, dotyka wysuszonej ziemi, na której rosną.

– Dlaczego wino tak bardzo Cię pasjonuje?
Wino ma w sobie niezwykłą tajemnicę. Przy nim ludzie się wspaniale otwierają, znikają między nimi wszelkie podziały. Pamiętam moje pierwsze wyprawy do winnic. Wtedy ze zdumieniem zauważyłem, że ludzie poświęcający życie tej pasji są spokojni, pełni harmonii. Zauważ, jesteśmy w tej winnicy już od kilku dobrych godzin i ani przez chwilę nikt nie mówił o polityce, nie narzekał na sytuację gospodarczą kraju. Bo ci ludzie mają swoje życie. Dla nich najważniejsze jest to, żeby dopisała pogoda i żeby winogrona dobrze się rozwijały. Czy to nie jest wspaniałe, kiedy możesz żyć tak blisko natury, czerpać z niej siłę? Krzak winogron żyje dokładnie tyle, co człowiek, i w połowie swego życia wydaje najlepszy owoc. To wspaniała metafora.

– Dlatego tą pasją postanowiłeś zarazić także swojego starszego syna?
Mój młodszy syn Wojtek szybko znalazł dla siebie miejsce w życiu. Zajął się muzyką, został skrzypkiem. Starszy Mikołaj długo nie mógł się określić. Zdawał na dziennikarstwo, marketing, potem rzucał te studia, bo okazywało się, że to zupełnie nie dla niego. Zawsze bardzo zmysłowo podchodził do życia, a ja od początku, kiedy się urodził, czułem, że mam wobec niego do spłacenia dług. Bo kiedy masz ojca aktora, to wbrew pozorom nie żyje ci się łatwiej, ale trudniej. Sam doskonale o tym wiem. Mój ojciec też był aktorem i to jego wyborom było podporządkowane życie moje i mojej matki. Kiedy zacząłem zajmować się winem, Mikołaj wyjechał na profesjonalny kurs winiarski do Francji. Wrócił i okazało się, że to także i jego wielka pasja.

– Masz dobry kontakt ze swoimi synami?
Bardzo się staram. Zawsze uważałem, że na szczęśliwe życie dzieci trzeba zasłużyć czymś innym niż tylko faktem spłodzenia ich, bo to akurat ma najmniejsze znaczenie. Z moimi synami nie wisimy na sobie, każdy ma swoje życie. Ale mamy świadomość, że możemy na siebie liczyć.

Spotkania przy winie
Nasz spacer dobiega już końca. Teraz Jordi zaprasza nas do piwnicy, w której leżakują butelki jednego z najsławniejszych hiszpańskich win, musującej Cavy. A potem czeka nas najmilsza część wieczoru – degustacja 25 gatunków win, które do winnicy Bohigas przywiozło siedmiu hiszpańskich winiarzy. Kolejno opowiadają o swoich ostatnich zbiorach i o planach na najbliższy rok. Siedzimy przy długim, odświętnie nakrytym stole. Przed każdym z nas stoi kilka kieliszków. Dziennikarze radia RMF FM, Marta Grzywacz i Piotr Jaworski, którzy są gospodarzami weekendowych programów tej rozgłośni, skrupulatnie nagrywają przebieg winnej uczty.

– Na czym Ci w życiu najbardziej zależy?
Na spotkaniach z ludźmi, na wartościowych rozmowach. Wszystkie wina mógłbym kupować na targach, nie musiałbym jeździć po całym świecie i spotykać się z winiarzami. Najpiękniejsze dla mnie jest jednak to, że kiedy na półce w swoim sklepie ustawiam butelkę, to patrząc na jej etykietę, doskonale wiem, skąd pochodzi, kto ją zaprojektował, jak wyglądają ludzie, którzy doglądali winogron.

– Wino zapewnia Ci dostatnie życie?
Byłoby mi trudno utrzymać się z wina. Tak naprawdę najwięcej w życiu zarobiłem, występując w reklamie banku. I wcale się tego nie wstydzę. Dzięki temu właśnie mam w życiu wolność, mogę robić to, co naprawdę lubię, decydować, jak będzie wyglądało moje życie.

– Jesteś teraz pogodniejszym człowiekiem niż kiedyś?
Nie. Z pewnością nie. Zawsze twierdziłem, że mam zwichniętą psychikę, bo jestem jednostką depresyjną. Mam momenty, kiedy się w sobie zapadam, wycofuję się ze świata, skazuję na samotność. I najbardziej niebezpieczne jest to, że te stany podobają mi się coraz bardziej.

Świat staje się nieznośny
Następnego dnia Jordi przygotowuje niespodziankę. Na śniadanie zaprasza nas na jedno z należących do niego wzgórz. Wioząc nas na sam szczyt, opowiada, że raz w roku spotyka się tam ze wszystkimi znajomymi winiarzami: „Wtedy wszyscy się wykłócamy, czyje wina są najlepsze”, żartuje. Kiedy przybywamy na miejsce, okazuje się, że tam, gdzie ze wzgórza rozciąga się najpiękniejszy widok na katalońskie pola i lasy, stoi szeroki stół. Czekają na nas grubo krojone kawałki chleba posmarowane najlepszą hiszpańską oliwą. Obok ułożono kilka rodzajów wędlin. Jordi zaprasza nas gestem dłoni, a z bagażnika wyjmuje kolejne butelki wina: „To na wypadek, gdybyście nie mieli dość po wczorajszej degustacji”, żartuje.

– W chwilach takich jak ta można pomyśleć o najważniejszych decyzjach w życiu. Dla Ciebie przełomowy był wypadek samochodowy sprzed kilkunastu lat? Zmienił Twój sposób postrzegania świata?
Miałem chyba kilka takich ważnych, przełomowych momentów. Jednym z nich zapewne był wypadek, któremu uległem, gdy skończyłem 40 lat. Wtedy jak za dotknięciem najlepszej w świecie wizażystki moja twarz się zmieniła. Nie miałem już rysów beztroskiego Dyzia, ale twarz faceta z bliznami, którego los nieźle doświadczył. To był moment wielkich dla mnie
zmian. Potem zacząłem myśleć o tym, żeby sobie znaleźć jakąś odskocznię od aktorstwa. I namówiłem znajomych aktorów: Zamachowskiego, Lindę i Malajkata, żebyśmy założyli razem własną sieć lokali „Prohibicja”. Kiedy po ośmiu latach doszliśmy do wniosku, że już nie chcemy tego ciągnąć, wymyśliłem, że teraz będę zajmował się winem. Ale sukces tego przedsięwzięcia zaskoczył nawet mnie samego.

– Nigdy nie chciałeś cofnąć czasu?
W życiu! To byłoby straszne! Teraz, kiedy jestem już po pięćdziesiątce, świat z tą swoją pogonią za jakimiś układami, profitami, staje się dla mnie coraz bardziej nieznośny. I kiedy myślę o upływającym czasie, to przypomina mi się, jak kiedyś, dawno temu, siedziałem na Gubałówce z moim ojcem chrzestnym, wspaniałym aktorem Kaziem Opalińskim. On miał już wtedy 80 lat i obserwując go, zrozumiałem, że pomału go tracę, że on niebawem umrze. Zebrałem się wtedy na odwagę i zapytałem go: „Kaziu, czy ty czujesz, że twoje życie jest wypełnione?”. A on mi na to odpowiedział: „Tak, Mareczku, tak, świat już coraz bardziej mnie nudzi”. I była w nim zgoda na los, był spokój.

– Niedawno ogłosiłeś, że nie chcesz już być aktorem, że to zamknięty rozdział w Twoim życiu. Film i teatr już zupełnie przestały Cię pasjonować? Nie marzysz o żadnej nowej roli? Nawet gdyby trafiło się coś wyjątkowo interesującego?
Nie. Życie aktora jest straszne. To zawód samotników, egocentryków, którzy na potrzeby sztuki wypłukują się ze wszystkich emocji. Bo żeby zagrać przekonywająco miłość lub nienawiść, to naprawdę musisz to czuć. A potem spada kurtyna, gasną światła i zostajesz sam ze sobą. Skąd wziąć potem siłę na to, żeby takie emocje przeżywać w prawdziwym życiu? Ja już nie chcę się tak wypłukiwać. Chcę żyć.

Rozmawiała Iza Bartosz/ Viva!
Zdjęcia Rafał Milach
Produkcja sesji Paweł Walicki
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/12 lat temu
Wiam ciepło Panie Marku... przez kilka lat każdego roku miałam okazję w Pana towarzystwie spędzac kilka dni na firmowych konferencjach i chcę dzisiaj podziękować za te chwile - jest Pan CUDOWNY. dzisiaj kochamy to samo hiszpanię i wino,wyborne wino... proszę o odp. kiedy mogę Pana spotkać w sklepie i w którym? Z ŻYCZENIAMI WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO K.P.
/12 lat temu
Panie Marku,posmakowałabym wina z Panem,bo też go lubię.Pozdrawiam Kasia.