Małgorzata Pieczyńska fot. ONS

Małgorzata Pieczyńska pragnie dać swojemu synowi wolność

Aktorka Małgorzata Pieczyńska była kłopotliwą siostrą Halskiego w „Ekstradycji“, teraz boryka się z wychowaniem Filipa w serialu „Na Wspólnej“. A w prawdziwym życiu znalazła metodę na przyjaźń z synem.
/ 22.07.2008 08:45
Małgorzata Pieczyńska fot. ONS
– Jak się żyje w biegu między Polską a Szwecją – nie gubi się Pani?
Małgorzata Pieczyńska:
Niedawno, pracując w Warszawie, trzy razy prosiłam moich panów – syna i męża: „Przywieźcie ze Szwecji moje brązowe rybaczki”. Przeszukali cały dom, szafy, garderobę, a spodnie znalazłam w Warszawie. Już sama nie wiem, gdzie co mam – pasek w Sztokholmie, a sukienkę w Warszawie. Torebkę w Warszawie, a buty do niej w Sztokholmie...

– Wróci Pani do Polski?
Małgorzata Pieczyńska:
Chętnie bym wróciła, bo zawodowo bardzo mnie ciągnie do Polski. Jednak mąż nie chce o tym słyszeć. Ale ja nigdy tak na dobre nie zerwałam z Polską. Nadal mam tu mieszkanie i kwiatki w oknie. Zatrzymuję się w nim, grając w serialu „Na Wspólnej”, a wcześniej w „Ekstradycji” czy spektaklach teatralnych. Nękają mnie wyrzuty sumienia, bo ciągle brakuje mi czasu na remont mieszkania w Warszawie i ostateczne urządzenie tego w Sztokholmie. U stolarza od pół roku stoją gotowe meble kuchenne i nie mam ich kiedy odebrać.

– A mąż nie może Pani wyręczyć?
Małgorzata Pieczyńska:
Nigdy bym tego nie zrzuciła na męża, zresztą on by się nie podjął takich prac. Dom to moja domena. A ja uwielbiam być gospodynią. Po dłuższej nieobecności z pasją rzucam się w wir prozaicznych obowiązków. Mąż wtedy mówi: „Oho, Małgorzata wróciła i znów bawi się w dom”. A ja sprzątam, gotuję, zapraszam gości… Uwielbiam domowe klimaty. Przeżyłam niejeden remont. Umiem malować, tapetować i często zaskakiwałam majstrów trafnymi pomysłami. Nie na darmo jestem córką inżyniera.

– Skoro jest Pani tak zabiegana, czy nie żałuje Pani decyzji o udziale w „Tańcu na lodzie“? Warto było?
Małgorzata Pieczyńska:
Warto. To, co przez trzy miesiące łyżwiarstwo zrobiło z moją sylwetką, przez lata nie zrobiła żadna inna dyscyplina sportu. Latem tego roku poszłam z synem w Tatry. Skakałam po górach jak kozica, a on – 17-latek – szedł za mną i jęczał: „Mamo, zlituj się!”. Zresztą wytrwałam w zawodach aż pięć tygodni. Udowodniłam sobie i chyba wielu kobietom w moim wieku, że zawsze jest czas na przygodę. 

– Lubi Pani wyzwania?
Małgorzata Pieczyńska:
Wyzwania i ryzyko. Kiedy przeniosłam się do Szwecji, nie znałam języka i uczyłam się tekstów na pamięć, nie do końca je rozumiejąc. Języka uczyła mnie specjalistka od dykcji z Teatru Królewskiego. Przyszły kolejne propozycje, m.in. rola w spektaklu „Józef i jego bracia” w reżyserii Larsa Rudolfssona, jednego z najwybitniejszych twórców teatru szwedzkiego. W jego reżyserii zagrałam główną kobiecą rolę szekspirowskim jednozgłoskowcem.

– Ambitne kobiety bywają wymagające w stosunku do dzieci?
Małgorzata Pieczyńska:
Kiedyś rzeczywiście byłam bardzo wymagająca, ale ścisły nadzór nad Victorem, jak ja to nazywam – sztywny hol, trwał tylko do 15. roku życia. Gdy skończył 15 lat, powiedziałam: „Teraz idź, człowieku, w świat”. Hołduję zasadzie: do piątego roku życia chowaj syna jak księcia, od piątego do 15. – jak niewolnika, a od 15. – jak przyjaciela!


– Nie obawiała się Pani tak totalnie odpuścić synowi?
Małgorzata Pieczyńska:
Bałam się. Wiedziałam jednak, że pępowinę trzeba kiedyś przeciąć. A im wcześniej, tym lepiej. To był test na nasze rodzicielstwo. Czy przez 15 lat zdołaliśmy wpoić synowi spójny system wartości. Zawsze uważałam, że nie można więcej wymagać od dziecka niż od siebie. Więc my z mężem staraliśmy się być dla niego przykładem. Można tysiąc razy powtarzać: nie pij, nie bierz narkotyków, nie rozrabiaj… Ale jak dziecko nie będzie miało hamulców moralnych, to i tak zrobi swoje.

– Przestała Pani pilnować syna?
Małgorzata Pieczyńska:
Dokładnie. Wracał do domu, o której chciał, spotykał się, z kim chciał, sam decydował, kiedy będzie się uczył, a kiedy odpoczywał, jak spędzi wakacje. Wybrał sobie kierunek dalszej nauki. Na początku Victor popełnił mnóstwo błędów. Najgorszy był pierwszy rok: zabawa, dziewczyny, koledzy, hokej, kick-boxing – wszystko, tylko nie nauka, im głupiej, tym lepiej… Z prymusa, który się dostał do najlepszej szkoły w Sztokholmie, nagle stał się kiepskim uczniem. Ale na szczęście z miesiąca na miesiąc jest coraz lepiej. Dziś Victor zmaga się samodzielnie ze swoim życiem i wyrasta na interesującego człowieka.

– I sam tak zmądrzał?
Małgorzata Pieczyńska:
Zgadza się. Parę razy walnął nosem w ścianę i wyciągnął z tego wnioski. Ja powstrzymuję się od ingerencji. Jestem czujna, ale twarda. Syn jest bardzo silną osobowością, to moje lustrzane odbicie. Dobrze pamiętam, że gdy ja byłam nastolatką, rodzice wcześnie stracili na mnie wpływ. Ich zakazy i nakazy wywoływały odwrotny skutek. Przestałam się im zwierzać. Wyciągnęłam z tego wnioski. Dając synowi tyle wolności, jakiej sama nigdy nie miałam, wywalczyłam jego szacunek i przyjaźń. Teraz mam bardzo dobre partnerskie relacje. Nakazami i zakazami popsułabym nasze stosunki.

– O jakiej przyszłości marzy?
Małgorzata Pieczyńska:
Syn zanim skończył 18 lat, zdał maturę, co przyszło absolutnie za wcześnie. Jest bardzo zdolny, zrobił siódmą i ósmą klasę w jeden rok. Uważam jednak, że to się nie przekłada na psychiczną dojrzałość. Wygląda jak mężczyzna, jest przystojny, wysportowany, ma brązowy pas jujitsu, ale emocjonalnie to jeszcze zwykły nastolatek. Chce iść do wojska. W Szwecji dziewięciomiesięczne wojsko tylko wspomaga przyszłą karierę niezależnie od tego, czy będzie ona związana z wojskiem, czy nie.

– Mąż i syn przepadają za Panią, a na ogół mężczyźni nie lubią mocnych kobiet. Jak Pani to robi?
Małgorzata Pieczyńska:
Szczerze mówiąc, rzadko mi się zdarzało, żebym nie potrafiła zdominować partnera. Wyjątkiem jest mój mąż. Już na początku znajomości było wiadomo, kto jest silniejszą stroną. Jest mężczyzną dominującym, co mnie się szalenie podoba. Daje poczucie bezpieczeństwa. Jest jak owczarek podhalański, który bezustannie zabiega o swoje stado. Z drugiej strony, wychowany był w matriarchacie i szukał kobiety, która mogłaby mu zaimponować. Pytał mnie 20 lat temu: „Czy kochałabyś mnie, gdybym był drwalem z północy?”. Odpowiedziałam: „A ty kochałbyś mnie, gdybym była księgową ze Stomilu?”. Po prostu mieliśmy szczęście, spotykając się.

Anna Stefopulos / Przyjaciółka