Małgorzata Kożuchowska fot. Marlena Bielińska/Makata

Małgorzata Kożuchowska: Zmarszczek nie liczę

Tylko w najnowszym magazynie Viva! gorący wywiad z Małgorzatą Kożuchowska!
/ 29.06.2011 06:50
Małgorzata Kożuchowska fot. Marlena Bielińska/Makata
– Boli ta czterdziestka?
Małgorzata Kożuchowska:
Nie boli (śmiech). I nie mam poczucia, że to przełom. Ostatnie urodziny, które przeżyłam, były 11 lat temu. Przejście z dwudziestki na trzydziestkę wydawało mi się skokiem. Jakbym nagle przestała być dzieckiem i od razu stała się kobietą.

– Żarty się skończyły?
Małgorzata Kożuchowska:
Nastał czas na odpowiedzialne decyzje. I nie mogę już pozwolić sobie na błędy, bo czasu, żeby je naprawić, nie mam w nadmiarze.

– Dziesięć lat później tym bardziej.
Małgorzata Kożuchowska:
Ale dziś nie ma już we mnie lęku.

– Dla kobiety, zwłaszcza aktorki, to jednak jest cezura, bo do czterdziestki mówi się, że jest pod górkę, a po – z górki...
Małgorzata Kożuchowska:
To ludzie wymuszają tę cezurę. Jest w naszym świecie niezgoda na starość. A przecież im człowiek starszy, tym jego wartość, w sensie życiowej mądrości, jest większa. Byłam wychowywana w szacunku dla ludzi, którzy dobrze przeżyli życie, mają na koncie pomyłki, które też ich w jakiś sposób zbudowały, podnieśli się z upadków, wyszli z zakrętów. Może dlatego ta czterdziestka nie jest dla mnie stresem. Stresuję się raczej wtedy, kiedy jestem o to pytana (śmiech).

– Miałyśmy pogadać o trudnych rzeczach!
Małgorzata Kożuchowska:
O trudnych rzeczach… Trudno jest czasami (na szczęście robię to rzadko) czytać w Internecie opinie na swój temat. Ostatnio przeczytałam, że po czterdziestce nie powinnam pokazywać nóg, bo w tym wieku nie wypada, że już jestem starym próchnem...

– ...i powinnaś położyć się do trumny.
Małgorzata Kożuchowska:
Pewnie niektórym byłoby to na rękę (śmiech).

– Przejmujesz się?
Małgorzata Kożuchowska:
Coś ty! Choć miłe to nie jest, nie mam paranoi. Widzę, że się zmieniam: tu mam większe dołki, policzki bardziej wystają, czoło marszczę.

– Czyli botoksu nie robiłaś!
Małgorzata Kożuchowska:
Nie robiłam.

– I nigdy w życiu nie zrobisz?
Małgorzata Kożuchowska: Może przyjdzie kiedyś taki czas, że stanę przed lustrem i powiem: „Gośka, już musisz!” (Śmiech).

– I co mąż na to?
Małgorzata Kożuchowska:
O ewentualnych poprawkach nie chce nawet słyszeć. Dla męża jestem doskonała. Przynajmniej tak mówi (śmiech). Nie daje mi powodów, żebym się martwiła.

– Ale jest młodszy!
Małgorzata Kożuchowska:
Nawet już tego nie pamiętam. Jeśli będę chciała coś poprawić, to dla siebie. Ale z drugiej strony myślę, że czułabym, że z botoksem to już nie ja.

– Wszystko Ci się w życiu ułożyło?
Małgorzata Kożuchowska:
Nie wszystko tak, jak chciałam. Pewnie wolałabym teraz odbierać Oscara w Hollywood albo grać u braci Coen. Ale nie mam pretensji do losu. Wiem, w jakich czasach się wychowywałam, co się wtedy w Polsce działo. Gdybym dziś zaczynała, pojechałabym do szkoły w Nowym Jorku czy Los Angeles. A ja nie miałam takich możliwości. Mieszkałam z rodzicami i siostrami w bloku na toruńskim osiedlu i jedyne, co chciałam, to grać. I nie miałam motywacji, żeby rzucić wszystko i wyjechać.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Czyżby zabrakło Ci odwagi?
Małgorzata Kożuchowska:
Nie mnie, a mamie (śmiech). Po pierwszej klasie liceum wyjechałam z mamą odwiedzić rodzinę w Niemczech. I wujek któregoś wieczoru powiedział: „Małgosia, zostań tu z nami! Świat stanie przed tobą otworem, nauczysz się języka. Zobaczysz, twoje życie będzie zupełnie inaczej wyglądało”. To był rok 1986 czy 1987. Nie byliśmy w stanie przewidzieć, co się zdarzy. I nawet mnie to kusiło, ale mama powiedziała, że nie może wrócić beze mnie, bo tata by jej nie wpuścił do domu. Więc wróciłyśmy do Torunia, a ja zrobiłam tak, jak mi się wydawało, że powinnam zrobić. Matura, studia, zagrałam dyplom i poszłam do teatru. Taka porządna droga, którą żebym się czuła dobrze ze sobą, powinnam była przejść.

– Zawsze byłaś porządna i zwyczajna?
Małgorzata Kożuchowska:
Nawet miałam moment w szkole teatralnej, gdy wydawało mi się, że jestem za zwyczajna. I muszę się jakoś wykreować. Kilka lat później udzielałam Magdzie Mołek wywiadu do Canal +, do programu „Reflektor”. A tam zapytano różnych ludzi o opinię na mój temat. Jedną z nich była moja mama. Nie wiedziałam, że ją poproszono. Widzę więc mamę na monitorze, w naszym domu, w Toruniu, a ona mówi: „Małgosiu, cokolwiek się będzie działo, pamiętaj, żebyś zawsze była sobą”. Rozpłakałam się tak, że aż musieliśmy przerwać nagranie. To było tuż po premierze „Kilera”. Rozdzwoniły się telefony, były wywiady, sesje zdjęciowe, ogromna popularność. Nie byłam przygotowana, że stanie się to tak od razu po szkole. I nagle to zdanie mamy: „Najważniejsze, żebyś zawsze była sobą”. To mi dało wiarę, że nie muszę się kreować. Że siłą jest to, jaka jestem.

– I to pomaga?
Małgorzata Kożuchowska:
Tak. Bo nie kłamię. Nie jestem intrygantką, nie wymyślam historii na swój temat, żeby wzbudzić zainteresowanie. To jest dla mnie obce. Wiem, że są tacy, którzy to robią i pewnie im to pomaga. Mnie by nie pomogło.

– Mama to dla Ciebie wzór?
Małgorzata Kożuchowska:
Tak. Im jestem starsza, tym więcej mam z mamy. Ona potrafi tak panować nad emocjami, że nawet czasami wydaje mi się to podejrzane (śmiech).  

– Ale w Twoim wieku miała trójkę dzieci, pracę i szyła Wam sukienki na maszynie. W tym jej nie naśladujesz.
Małgorzata Kożuchowska:
Rodzice niczego mi nie narzucali, ale parę razy przeprowadzili ze mną poważną rozmowę. Jedną pamiętam szczególnie. W kuchni, na szóstym piętrze, w moim wieżowcu peerelowskim. Już wiedziałam, że będę aktorką i koniec. Mama: „Czy ty sobie wyobrażasz, jak będzie wyglądało twoje życie?”. Ja: „Będę wstawała o dziesiątej, szła na próbę, wieczorem będzie przedstawienie”. Ona dalej: „Ale pomyśl, sobota, niedziela, ludzie wychodzą z domów, spotykają się, idą na kolację, do kina. Ty nie będziesz mogła tego robić. Jak w ogóle założysz rodzinę? Zawsze będzie coś ważniejszego niż dom. Poza tym możesz natrafić na mężczyznę, który będzie zazdrosny, że będziesz na scenie w ramionach innych. Jak ty to zniesiesz psychicznie? Jak ty to wytrzymasz?”. A ja na to: „Mamo, ale ja nie chcę mieć męża, żeby go obsługiwać, prać mu i gotować obiady! Ja się do tego nie nadaję!”.

– I co? Pierzesz pewnie teraz i gotujesz?
Małgorzata Kożuchowska:
Namiętnie! Od rana do nocy (śmiech). Wychowałam się w tradycyjnej rodzinie. I nie myśl, że nie podobało mi się, jak żyjemy. To wszystko było takie oczywiste: kanapki do szkoły, ugotowany obiad, w sobotę piekło się ciasto, w niedzielę szło się do kościoła. Jeździłam z tatą rowerem na wycieczki. Pewnie powinnam to powtórzyć, ale wtedy nie w głowie mi był mąż i dzieci. Ja chciałam być aktorką. Chciałam być sławna, no bo co to za aktorka, której nikt nie zna.  


– Masz potrzebę ciągłego udowadniania swojej wartości?
Małgorzata Kożuchowska:
Już nie. Ale miałam. Bałam się, czy sobie poradzę, miałam mnóstwo wątpliwości. Nie byłam „pistoletem”. Nigdy też nie myślałam o sobie, że jestem jak milion dolarów. Że jestem wielką pięknością. Wiedziałam, że brzydka nie jestem, ale moją największą siłą nie jest uroda, a temperament, poczucie humoru, osobowość.

– I ten temperament pokazałaś w „Kilerze”!
Małgorzata Kożuchowska:
Jak pytasz o przełomy, to na pewno rola w „Kilerze” była przełomem. Dała mi rozpoznawalność i „nazwisko”. Od „Kilera” zaczął się nowy rozdział w polskim kinie. Wcześniej ludzie rzadko chodzili na polskie filmy, a tu taki frekwencyjny sukces! Z drugiej strony, na festiwalu w Gdyni „Kiler” został pominięty. Bo komedia, bo komercyjna, bo nie wiem jeszcze co… Dostaliśmy nagrodę publiczności Złotego Klakiera. Po latach  za swój sukces uważam Super Jantara na Festiwalu Debiutów Filmowych w Koszalinie za debiut aktorski dekady. Dostałam go trzy lata temu i było to kolejne potwierdzenie, że rola Ewy Szańskiej była dobrym wejściem w świat filmu. Choć wtedy takiego przekonania nie miałam. Dla mnie to była lekcja: „Aaa, czyli nie zaczęłam od Ofelii, a od komedii”. Widziałam się jako aktorkę teatralną grającą role dramatyczne. Ale zdarzyło się inaczej. Ale potem przyszedł dołek. Dostawałam propozycje, z których większość to były role przebojowych dziennikarek. Odmawiałam, mówiąc, że ja już taką rolę zagrałam. I telefon ucichł. Siedziałam w domu, czekając. Dla aktora coś strasznego. Pomógł mi teatr i rola w „Niezidentyfikowanych szczątkach ludzkich” Grzegorza Jarzyny. Weszłam w to jak w trans.

– Osiem lat temu zrobiłyśmy wywiad…
Małgorzata Kożuchowska:
I to był kolejny przełom. Bo rozmawiając, uświadomiłam sobie, że jestem na zakręcie.

– Taki był zresztą tytuł tego wywiadu.
Małgorzata Kożuchowska:
Miałam 32 lata. Pierwszy raz, gdy pomyślałam, że bycie aktorką jednak mi do życia nie wystarczy. Zrozumiałam, że żeby być szczęśliwym człowiekiem, muszę mieć życie prywatne. A wcześniej wydawało mi się, że wystarczy być podziwianą (śmiech). I rozsypało się: „Chcę mieć męża! Chcę założyć rodzinę, dom! Chcę mieć gdzie wracać!”. I wydawało się, że poznałam mężczyznę, który mi odpowiada. Zakochałam się. Imponował mi, lubiłam jego wrażliwość, poczucie humoru. Oczyma wyobraźni widziałam, że tak będzie na zawsze. Weźmiemy ślub, będą dzieci. Ale los dał mi pstryczka w nos. Nie mogłam zrozumieć: Jak to?! Przecież tak cudownie to wymyśliłam! I co? I nic?  

– I wali się świat.
Małgorzata Kożuchowska:
Nie byłam oswojona z porażkami. Wcześniej życie układało mi się po mojej myśli. Mam optymistyczną naturę. Trudno mnie ściąć z nóg. Przegrane zdjęcia próbne przeżywałam dwa dni, trzy. Potem przychodziło coś innego, jakaś rola, jakiś plaster. A tutaj to, co mnie bolało najbardziej, to bezsilność, że nie mogę nic zrobić, muszę to po prostu przeżyć z godnością (śmiech). Z perspektywy czasu myślę, że dobrze, że tak się stało. Że taka miłość była mi dana, i rozstanie też. Zresztą przyjaźnimy się do dziś.


– Można się przyjaźnić z byłym?
Małgorzata Kożuchowska:
Można! Czasami się widujemy przypadkiem: „Cześć, cześć, musicie nas koniecznie odwiedzić!”. Mało mamy czasu, ja mam Bartka, pracę, on ma rodzinę, dziecko. Jest szczęśliwy. Znam jego dziewczynę. Bartek, gdy go poznał, powiedział: „Wiesz, mógłbym się z nim zaprzyjaźnić. To superfacet”. Ujął mnie tym. Myślę: Kurczę, jakie to szczęście, że nie mam u boku zazdrośnika.

– Więc kolejny przełom to Bartek?
Małgorzata Kożuchowska:
I decyzja, że wychodzę za mąż.

– Za miesiąc miną trzy lata od Waszego ślubu. Nie rozczarowało Cię małżeństwo? Gdzie się podziała Twoja niezależność?
Małgorzata Kożuchowska:
Nie wyszłabym za człowieka, który by mi tę niezależność ograniczył. Nie dopasowuję się do Bartka, on też nie musi dopasowywać się do mnie. Dużo rzeczy chcemy robić razem. Razem mieszkamy, jeździmy na wakacje, robimy zakupy i chodzimy na kolacje. Mam poczucie, że jest ktoś, kto w razie czego złapie mnie za rękę i powie: „Jestem z tobą bez względu na to, jaką decyzję podejmiesz”. To jest dla mnie bezpieczeństwo i wolność. Nie siedzimy sobie na głowie, nie zamęczamy się czekaniem na siebie. Mamy swoje grona przyjaciół. On spotyka się ze swoimi przyjaciółmi, a ja z kolegami z teatru czy z planów. Dużo wyjeżdżam sama i nie muszę się z niczego tłumaczyć.

– Jak Bartek sobie poradził z byciem Twoim mężem?  
Małgorzata Kożuchowska:
Nie przepada za tym, gdy ktoś mówi: „A, to pan jest mężem Małgorzaty Kożuchowskiej”. To normalne, że każdy chce być postrzegany przez pryzmat tego, kim sam jest i co robi. Jak sobie z tym poradził? Pewnie czasem go to denerwuje, ale tego nie okazuje, nie dręczy mnie tym.

– Jak możesz docenić zalety małżeństwa, skoro nieustannie jesteś na planie?
Małgorzata Kożuchowska:
To nieprawda. Dużo pracuję, fakt, ale tak wszystko ustawiam, żeby jak najszybciej wracać do domu. Kilka lat temu to pewnie było nie do pojęcia. Nie tylko dlatego, że nie spieszyło mi się do pustych ścian. Ale byłam po prostu nauczona w szkole teatralnej, że aktorstwo to zawód, który wymaga poświęcenia. Więc jeżeli próba w teatrze jest w niedzielę o dziesiątej, wszystko rzucam, idę i nie dyskutuję. Jak są zdjęcia nocne, idę i już. Dziś mam większy wpływ na swoje terminy, mam więcej szacunku dla siebie i swojej prywatności. Poza tym mam już 40 lat i muszę mieć czas na wypoczynek! (Śmiech).

– O, nie wierzę w to, co słyszę! I jak trzeba będzie, tak ustawisz wszystko, by móc poświęcić się dzieciom?
Małgorzata Kożuchowska:
Bez problemu.

– Więc kiedy te dzieci?
Małgorzata Kożuchowska:
Czekałam na to pytanie (śmiech).  

– Mówiłam, że nie będzie łatwo!
Małgorzata Kożuchowska:
Jeszcze kilka lat temu dziennikarze zadawali mi pytanie, kiedy w końcu wyjdę za mąż. Teraz pierwsze pytanie: „Kiedy dziecko?”. To może powiem raz, a wyraźnie: Tak, chciałabym być mamą! A teraz zdanie, które po tym, jak ukaże się ten wywiad, będzie pewnie w każdym portalu: Jeśli pojawi się dziecko, będziemy szczęśliwi. Natomiast na pewno nie cierpię z powodu tego, że na razie nie mamy dzieci, nie leczę się i nie mam ochoty na in vitro.


– To odważna deklaracja.
Małgorzata Kożuchowska:
Nigdy nie rozpatrywałam in vitro, bez względu na to, czy jestem za, czy przeciw. To są indywidualne decyzje i każdy podejmuje je w zgodzie z własnym sumieniem. Czasami w kobietach rodzi się tak silna potrzeba posiadania swojego dziecka, że decydują się na drogę przez mękę. Ja mam życiową pokorę, o której ci mówiłam. Jeżeli ma być mi dane coś tak pięknego, jak macierzyństwo, będę szczęśliwa. Ale nie będę tego wymuszać na naturze. Nie mam poczucia, że jeżeli nie urodzę dziecka, zmarnuję życie. Nie mam też potrzeby tłumaczenia się z tego, i parsknę sobie śmiechem na te próby „wymuszenia” ze mnie dziecka, bo „powinnam”. Kilka lat temu w „M jak miłość” Hanka adoptowała dwie córki. I wszyscy chcieli na mnie prywatnie wymusić tę adopcję. A to jest moje życie i moje decyzje. I co do ślubu, wyboru męża, dziecka…

– Salma Hayek 42, Monica Bellucci 46, Marcia Cross 47. One wszystkie wyszły późno za mąż i późno zostały mamami. Świat dzisiaj daje nam tyle możliwości i wiem, że jak będziesz mamą, to świetną, a jak nie będziesz, to…
Małgorzata Kożuchowska:
…będę robiła to, co robię do tej pory. Grała, podróżowała, urządzała dom. Spotykała się z widzami. Ostatnio byłam na spotkaniu ze studentami w Częstochowie. Ogromna sala wypełniona po brzegi. I patrząc na tych młodych ludzi, pomyślałam: Czy ja w ogóle mam prawo opowiadać im o sobie? Radzić? A potem przypomniałam sobie siebie, jak byłam w ich wieku. Ile miałam wątpliwości, niepewności, pytań. I jak chciałam, żeby mi ktoś na nie odpowiedział.

– A dziś w co wątpisz? Czego się boisz?
Małgorzata Kożuchowska:
Intryg. Kłamstw. Zawiści. Takich, jakich doświadczyłam, gdy podjęłam decyzję, że odchodzę z „M jak miłość”.

– Wiem, że już dawno myślałaś, żeby pożegnać się z Hanką.
Małgorzata Kożuchowska:
Było wiele prowokacji ze strony dziennikarzy: „Jak mogę jeszcze siedzieć w tej nudzie? Co mi to w ogóle daje? To rutyna, ciepła posadka”. Nie zwracałam na nie uwagi. To była moja uczciwa ciężka praca i poświęciłam jej 11 lat życia. Szanuję ludzi, dla których pracowałam, i tych, z którymi pracowałam, mimo że – jak to powiedzieć…

– Po prostu powiedz!
Małgorzata Kożuchowska:
…najdelikatniej mówiąc – nie wszystkim udało się przyjąć tę moją decyzję z klasą.

– Dlaczego odeszłaś z serialu?
Małgorzata Kożuchowska:
Bo przez te lata dałam Hance Mostowiak wszystko, co mogłam. Czas zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Obudziłam się pewnego dnia i pomyślałam: Koniec. Wystarczy. I poczułam ulgę. Wolę, żeby widzowie za Hanką tęsknili, niż mieli jej po dziurki w nosie.

– Hanka Ci więcej dała czy zabrała?
Małgorzata Kożuchowska:
Na pewno odsunęła mnie od fabuł. I tego żałuję. Jak ostatnio widziałam migawkę z Cannes, a w niej rozmowę Oliviera Janiaka z Andrzejem Chyrą, którego bardzo cenię i lubię, razem pracowaliśmy przy „Komorniku” Feliksa Falka, pomyślałam: Szczęściarz z niego, że tyle gra w filmach. To moje niespełnione marzenie. To mi się zdecydowanie nie ułożyło. Mam jednak nadzieję, że są jeszcze role dla mnie. Biorąc pod uwagę aktorki, które wymieniłaś przed chwilą, dojrzałe, świadome siebie kobiety, i aktorki, które niejednokrotnie udowodniły, że ich wartość nie polega tylko i wyłącznie na fizycznej atrakcyjności, tylko na sile osobowości, los nie zamyka przede mną jeszcze możliwości zagrania ciekawych ról.


– Myślisz, że większość dobrych ról przypadło nie Tobie, a Magdzie Cieleckiej?
Małgorzata Kożuchowska:
Nasz start był kompletnie różny. Ja – szkoła warszawska i „Kiler”, ona – krakowska, przedstawienia Grzegorza Jarzyny, debiut w „Pokuszeniu” Barbary Sass. Jesteśmy inne, ale porównywano nas. Blondynki, drobne, długie włosy... Pewnie gdybym dostawała ciekawe fabuły, nie zdecydowałabym się na serial, bo nie miałabym czasu. Ale w 2000 roku, trzy lata po „Kilerze”, Hanka z „M jak miłość” była wyzwaniem. Pamiętaj, że ona na początku była wredną babą. To mnie kręciło. Ale pierwszą lekcję pokory przez Hankę dostałam parę lat później. Byłam wtedy jeszcze w Teatrze Dramatycznym, a poszłam na casting do Jerzego Jarockiego, legendy teatru, który zaczynał próby do swojego nowego spektaklu. To było dość upokarzające dla aktorki, która jest w zespole teatru, że idzie na casting. Ale schyliłam głowę i poszłam. I wygrałam. I tu się zaczęła moja kolejna przełomowa przygoda: za Jarockim przeszłam do Teatru Narodowego. Dla aktorki – marzenie.

– Więc Hanka Ci zabrała…
Małgorzata Kożuchowska:
…ale i dała. „M jak miłość” miało ogromną oglądalność. Dwanaście milionów! Hanka stała się ikoną. To był okres, kiedy dostawałam najwięcej nagród. Dwie Telekamery z rzędu, Złotą Kaczkę. Szczyt mojej popularności, w dużej mierze dzięki serialowi. Więc z jednej strony Hanka, a w teatrze ambitne rzeczy: „Błądzenie”, potem „Kosmos” ze Zbigniewem Zapasiewiczem, dla mnie lekcja, grałam jego córkę. Potem „Miłość na Krymie” i spełnienie kolejnego marzenia – rola u boku Janka Frycza.

– I logistyczna gimnastyka: zdążyć.
Małgorzata Kożuchowska:
Były miesiące, kiedy miałam 16 dni zdjęciowych. A próby w teatrze codziennie, nawet dwa razy dziennie. Często było tak, że jechałam przed próbą, o świcie, żeby zagrać dwie sceny, potem próba. Potem znowu na plan na kolejne dwie sceny i znów biegłam na próbę. Wysiłkiem się to odbywało wielkim. I kosztem życia prywatnego. Ale na tyle to było dla mnie ważne, że chciałam temu poświęcać czas. Więc jeżeli ktoś teraz chce zdeprecjonować moją pracę w „M jak miłość”, nie pozwolę na to.

– Jakich ról niezagranych żałujesz?
Małgorzata Kożuchowska:
Czego nie zagrałam? Wielu ról. Staram się nie przechowywać ich w pamięci. Teraz mogłam na przykład wybrać między „Przepisem na życie” a „Rodzinką.pl”. Wybrałam „Rodzinkę”. Mogłam zagrać w „Farbie” Michała Rosy. Zagrała Agnieszka Krukówna. Zresztą zrobiła to świetnie. Ja wybrałam coś innego. Z perspektywy – błąd.

–  Nigdy nie zagrałaś u Andrzeja Wajdy.
Małgorzata Kożuchowska:
Żałuję, że nie zagrałam w „Katyniu”. Ale nawet nie udało mi się dostać na zdjęcia próbne. Nie umiem prosić. Może to jest zła cecha w tym zawodzie.

– Nie martwi Cię, że na horyzoncie już młodsze koleżanki?  
Małgorzata Kożuchowska:
Nie. Pamiętam, jak ja wchodziłam w ten zawód i pamiętam aktorki, które były starsze ode mnie. Podziwiałam je, patrzyłam, jak się zachowują w stosunku do mnie, młodej, takiej, która dopiero zaczyna. I była życzliwość, zrozumienie. Dobrze to zapamiętałam. W aktorstwie nie ma etapów łatwych, a etap debiutanta jest bardzo trudny. Na szczęście mam już go za sobą (śmiech).


– Już nie walczysz?
Małgorzata Kożuchowska:
Walczę, ale już bez pazerności. Jest we mnie zgoda, że każdy ma swoją drogę. Nie znaczy, że moje ambicje się zmniejszyły, tylko mam tyle innych rzeczy, w których się spełniam, że mi to wystarczy. Mam jedno życie i nie jestem w stanie osiągnąć wszystkiego, o czym może kiedyś naiwnie marzyłam.

– Pocieszasz mnie więc, że 40-latki są mniej rozchwiane niż 30-latki!
Małgorzata Kożuchowska:
(Śmiech). Pod warunkiem że się nie zestarzały, bo tak im było wygodnie. Nie odcinają już tylko kuponów i nie popadły w rutynę. Ja ciągle wiem, że najlepsze przede mną.

– Ale Hollywood już nie podbijesz!
Małgorzata Kożuchowska:
Za to czekają mnie wyjątkowe przygody. Ostatnio zostałam ambasadorką produktów do włosów Biosilk. Zaśpiewałam na gali zorganizowanej w Warszawie, na którą przyjechali przedstawiciele firmy z Europy. Tak spodobał im się mój występ, że zaproponowali mi, bym recitalem uświetniła spotkanie w Meksyku. I czy to nie jest przygoda?

– A propos przygód, potrafiłabyś dzisiaj spakować walizki i zacząć wszystko od nowa?
Małgorzata Kożuchowska:
Dlaczego nie? Na pewno potrafiłabym żyć w innym miejscu na świecie. Czasem mam nawet na to ochotę…Wszystko zależy od okoliczności. 

– Kiedyś zżymałaś się, że nie żyjesz normalnie. Że u Twojej siostry jest obiad na stole i poukładany dom. A u Ciebie – improwizacja.
Małgorzata Kożuchowska:
Skoro minęło 10 lat, a ja dalej żyję, jak żyłam, to może właśnie to jest to moje normalne życie?

– I nie tęsknisz za spokojem?
Małgorzata Kożuchowska:
Gdyby mi się moje życie nie podobało, coś bym w nim zmieniała. Teraz mam kochającego męża, pracę, jestem szczęśliwa, jestem zdrowa.  Wykańczamy z Bartkiem dom, choć tabloidy  już nas do niego sto razy przeprowadziły.

– I tak będzie za 10 lat?
Małgorzata Kożuchowska
: Chciałabym... Może już wtedy w ogródku będą biegały dzieci. Najlepiej dwójka.

Rozmawiała Katarzyna Przybyszewska
Zdjęcia Marlena Bielińska/Makata
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylisty Magda Smus
Makijaż Julita Jaskółka/ISA DORA
Fryzury Adam Szaro
Produkcja Anna Wierzbicka

Za organizację podróży i pomoc przy realizacji sesji redakcja dziękuje firmom